🇬🇧 🇵🇱
🇵🇱 🇬🇧

Iocte Nocte: Polski Komiks Niezależny, Darmowe Webtoony i Proza Dark Fantasy

Yoggotta

Yoggotta

/// 🩸 Horror | 16+ | Macabre. Before Cyrus became the shadow of the God of Memories, he had to swallow his own hunger. A story of devotion… ///

🩸 Horror | +16 | Gore, Makabra, Czarna komedia

Zanim Cyrus Desmondo został nienagannym cieniem boga wspomnień, musiał przełknąć gorycz własnego nienasycenia. Ale nie spodziewajcie się skruchy – Cyrus z właściwą sobie, makabryczną elegancją woli opowiadać o wielkości swojego Pana niż o brudzie własnej przeszłości.

To historia o głodzie, którego nie da się nasycić ziemskim pokarmem, i o narodzinach potwora, który w przerwach między serwowaniem dusz na złotej tacy, filozofuje nad naturą oddania. W świecie Yoggotty każde danie ma posmak czyjejś tragedii, a lojalność graniczy z obsesją, której nie zrozumie żaden śmiertelnik.

Mroczna proza z pogranicza horroru i czarnej komedii, kreśląca krwawe początki najbardziej zagadkowego sługi w uniwersum.


🩸 Horror | 16+ | Gore, Macabre, Dark Comedy

Before Cyrus Desmondo became the immaculate shadow of the god of memories, he had to swallow the bitterness of his own insatiable hunger. But don’t expect remorse—true to his macabre elegance, Cyrus prefers to speak of his Master’s greatness rather than the filth of his past.

This is a story about a hunger no earthly meal can satisfy, and the birth of a monster who, between serving souls on a silver platter, philosophizes about the nature of devotion. In the world of Yoggotta, every dish carries the aftertaste of someone else’s tragedy, and loyalty borders on an obsession no mortal mind could ever comprehend.

A dark, blood-soaked tale straddling horror and black comedy, tracing the gruesome origins of the most enigmatic servant in the universe.


Rozdział X
Zasady

Jak znaleźć kogoś podobnego mi mój lordzie? Ludzi szuka się łatwo: muszą codziennie coś jeść i pić, potrzebują do życia czegoś więcej niż powietrza. Budują domy, grupują się, tworzą kultury, handlują… ludzie rozpełzają się po planetach jak zaraza i nie sposób pomylić ich z niczym innym.

Ja nie byłem jednak człowiekiem. Szukałem czegoś innego. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że jestem Yoggottą – w swoich własnych oczach przypominałem raczej diabła. Ale nie wyglądałem wcale inaczej, niż ludzie, nie rozpoznałbyś mnie mój lordzie pomiędzy innymi, zresztą… nie poznał lord we mnie kogoś nieśmiertelnego, dopóki nie zobaczyłeś jak w wolnej chwili ćwiczyłem. Yoggotty nie przynoszą odmiennego zapachu, jak wszyscy pozostali nieśmiertelni, wliczając w to ludzi. Nie odstają również zachowaniem i wyglądem. Nie mają takiej mocy, by przykuła ona czyjąkolwiek uwagę. Są niezauważalne w tłumie.

Jak więc odnaleźć drugiego z mojego rodzaju? Równie dziwne stworzenie jak ja? Ty wpadłbyś na to szybciej mój lordzie, o wiele szybciej. Mi zajęło to tydzień. Powinieneś być ze mnie dumny, chociaż wiem, że nawet gdybyś był, nigdy mi tego nie powiesz.

Pomyślałem, że skoro ja żywię się duszami, to i mi podobni się nimi żywią. Wystarczyło więc rozpuścić informację, że oddałbym duszę, za worek złota. Powiedzieć to za głośno w tłocznym miejscu. A potem czekać.

Ludziom wydaje się zawsze, że gdy w pokoju są sami, to nie ma tam nikogo, prócz nich. A jednak czuć ten dreszcz na kręgosłupie, jakby ktoś obserwował, doskonale pamiętam to uczucie. Nagła duszność, niepokój i strach. Ciemne moce dbają o swoich wychowanków wynosząc z takich miejsc zapach ludzkich dusz. Kradnąc, co się da z ich świadomości, rozbudzając emocje: nie można czuć się bezpiecznie dlatego, że jest się samemu.

Podobnie, wydaje się im też, że w tłumie takie westchnienia umykają ciekawskim uszom, że nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. Być może w tym Wszechświecie są miejsca, gdzie faktycznie tak jest, ale nie tu, gdzie się wychowałem.

Pamiętam, że kiedy poszedłem na jarmark i rozmawiałem z ulicznym sprzedawcą dzwonków, takich, które wiesza się nad drzwi, było gorąco. Wyjątkowo słoneczny dzień, nawet jak na warunki Leokasji, sprawił, że tłumy ludzi chowały się pod parasolami, albo w ogóle nie wychodziły z domów na tę spiekotę. Było stosunkowo cicho i każdy mógł nas usłyszeć. O to mi właśnie chodziło.

Mówiłem bardzo cicho, ciszej może niż powinienem, oglądając uważnie miedziane kloszyki, które wydawały ten charakterystyczny dźwięk, kiedy je tylko odrobinę potrącić. Potem pożegnałem się i odszedłem, niby spojrzeć na klatki z ptactwem. Sądziłem nawet, że mój plan poszedł wyjątkowo kiepsko, że nikt niczego nie usłyszał. Och… gdybyś mnie wtedy znał wybuchnąłbyś śmiechem mój lordzie, kpiąc z mojego niedoświadczenia.

Wróciłem do mieszkania i wydawało mi się, że jedynie się łudzę. Najpewniej gdybym spróbował podobnego triku na Endeni tak by właśnie było, ale nie tutaj. Doskonałe miejsce, które zdołałem pokochać od czasu, gdy zmuszony byłem tutaj zamieszkać będąc jeszcze zbyt młodym, by to w ogóle pamiętać. Stolica wszelkiego handlu, nawet tak nierozpowszechnionego.

Portret Rundiga, młodej Yoggotty z uniwersum Dzieci Chaosu. Postać ma szczupłą twarz, przeszywające spojrzenie i charakterystyczne, ciemne, rozwichrzone włosy. Szkic wykonany w stylistyce mrocznego webkomiksu, oddający niepokojącą naturę nieśmiertelnych istot żywiących się duszami.
Ryc 8 Rundig – pierwsza Yoggotta jaką poznałem

Do drzwi rozległo się pukanie, ale nie takie żywe i energiczne, jak gdy to robią obchodni sprzedawcy, ciche, wyważone. Otworzyłem bez wahania: czego miałbym się obawiać?

Młody chłopiec wszedł do środka bez pytania mnie o zgodę i skłonił się lekko. Był niewysoki, szczupły i wesoły, nosił brązowe spodnie, szelki, beżową koszulę i komicznie przekrzywiony beret w kratkę osadzony na odstających uszach. I przysiągłbym wtedy, że jego podbródkiem śmiało można by było zostawiać dziury, na wylot, w każdym dostępnym materiale. Zamknął drzwi mojego mieszkania i oparł się o nie, a potem roześmiał się, tak, jak to czynią niektórzy zbyt pewni siebie złodzieje. Pracując dla lorda poznałem ich kilku, ale żaden nie wzbudził mojej sympatii.

– Obiło mi się o uszy, że szukasz pan dobrej oferty na swoją duszę. Czego pan sobie życzysz za swój jeden podpis, jeśli wolno spytać? – mówił swobodnie, a jednak brzmiało naprawdę kusząco. Gdybym faktycznie miał coś na sprzedaż pewnie recytowałbym już swoje warunki. Brzmiało tak dobrze, że postanowiłem brnąć w to dalej, jeszcze chociaż przez moment.

– Złota – odpowiedziałem udając speszonego. Nie byłem nim w istocie. Nie peszył mnie w ogóle fakt tego, z kim rozmawiam, ani o co toczy się stawka. Co mogło się stać? Teraz wiem, co mogło i klnę się, na Twoje dobre imię mój lordzie, że wdzięczny jestem za to, jak potoczyło się wtedy spotkanie.

– A! Niewiele prawdę powiedziawszy… – chłopak naparł na mnie tak, że się potknąłem cofając się i wsparłem o drewnianą ścianę, a on oparł dłoń na niej, przy moim uchu i wysunął szyję wprost do mojej twarzy. – Tylko niech mi pan nie mówi, że jest z tych głupców, co to nie wierzą w duszę. Niech mi pan tego nie robi… .

Brzmiało niemal jak melodia, kuszenie diabła, którego nie sposób nie usłuchać. A nie powiedział przecież niczego, co naprawdę mogło mnie skusić. Uznałem zaraz, że dobrze będzie usunąć się z tego niedogodnego położenia i wyjaśnić przyczynę spotkania: zanim jegomość sam zrozumie, że w istocie nie mam zupełnie nic do sprzedania. Zjechałem więc nieco po ścianie i w sposób dość nie elegancki wysunąłem się pod jego ramieniem.

– A więc pan też… też je je – wymówiłem cicho. Uniósł nieco brwi, potem uniósł też głowę poważniejąc i oblizał usta.

– Sinsemen Yoggotta – wymówił zupełnie innym, lodowaty niemal tonem. Nie wiedziałem, co to znaczy. Może to jakieś zaklęcie z nieznanej mi księgi, albo tajemny język, którego nie znam zupełnie? W tym drugim nie pomyliłem się akurat tak wiele: Yoggotty mają swoje własne słowa na opisanie pewnych zjawisk, zupełnie inne niż te znane wszystkim.

Kiedy nie odpowiedziałem uniósł brwi ku górze zaskoczony. Potem wolno się uśmiechnął, opuścił nieco głowę, zadartą do góry i odwrócił się do mnie sztywno.

– A więc to ciebie pobili na piętrze baru? Tylko ktoś, kto nie wie, kim jest pozwoliłby na coś takiego… a ty nie wiesz – mówił już zupełnie pewnie, niemalże jakby już osądził z kim ma do czynienia. Mój lordzie, czy bogowie mieli kiedykolwiek podobne problemy pomiędzy sobą? Śmiem wątpić, by oceniano się u was, jeszcze za nim towarzysz dobrze otworzy usta.

– Nie wiem, więc pomyślałem, że tak dowiem się najszybciej – odpowiedziałem. Brzmiało to tak nierozsądnie w moich ustach, a ja nie wiedziałem co począć. Trafiłem jednak na dość przyjaznego kompana, o ile inna Yoggotta może być dla mnie w ogóle przyjazna.

Wśród mi podobnych nie ma bowiem zwyczaju dbania o współtowarzyszy i nowych przedstawicieli gatunku. To zrozumiałe, przynajmniej ja tak sądzę: kiedy jesteś głodny, to każdy kto może zjeść twój obiad staje się wrogiem. Zbytni przyrost Yoggott sprawiłby, że wymarlibyśmy z głodu – wbrew wszystkiemu, czego można się spodziewać, wcale nie ma w tym Wszechświecie wielu smacznych posiłków. Po za tym… dążenie do doskonałości, która zapewnia podobno całkowitą sytość jest procesem zawiłym i skomplikowanym, któremu nie sposób podołać nawet, gdy nie ma żadnej konkurencji.

Mi też zdarzyło się przyjmować raz nowego konkurenta: nie przeżył tej procedury, ponieważ nie życzyłem sobie, żeby ktoś jeszcze polował na to, czego chcę.

Kiedy jednak ja przystawałem do gatunku, nie było nas aż tak dużo: owszem, jak miało się okazać znacznie więcej, niż się spodziewałem, ale znowuż znad to nie aż tak dużo.

– Ukryłeś swoje ciało? – pytanie bardziej zasadne, niż by się mgło zdawać. Skinąłem głową. Tak, ukryłem, ale nie miałem zamiaru mówić gdzie.

– Wiesz też, jak się uczymy, prawda? Pewnie już to odkryłeś. Jako Yoggotta powinieneś znać rytuały i mi odpowiadać. Nie milcz, gdy mówię – brzmiał cudownie. Pamiętam doskonale, wtedy pierwszy raz coś tknęło mnie w środku. Podobał mi się… mógłbym z nim spędzić kolejne stulecie, słuchając jego miękkiego głosu. Uśmiechnął się znowu.

– Nie znam żadnych z rytuałów, o których mówisz, ale nauczę się. To nie problem. Chciałem wiedzieć tylko, czy nie jestem sam… – nie powiedziałem nic więcej. Nie przechodziło mi przez usta, czułem, jak głos znów chce się jąkać, chociaż nie byłem już małym chłopcem, a nawet nie czułem strachu. A jednak.

– Oj, na pewno się nauczysz. Umiesz podróżować przez portale? Bo że lepisz ciało to widzę… – mówił, jakby nie było między nami żadnej bariery, ale przecież była. Gdybym trafił na kogoś innego, nie miałbym tyle szczęścia… nie chcę nawet myśleć, jak to by się potoczyło.

– Tak… lepię – odpowiedziałem niepewnie, dużo, naprawdę dużo pracy wkładając w to, żeby się nie zająknąć.

Rundig, ponieważ tak miał na imię ten chłopak, jak się później okazało, zadał mi również wiele innych pytań. Ile mam lat? Dlaczego to zrobiłem? Kim jestem, jaki mam zawód, kogo do tej pory zjadłem, kto mnie prowadził… lista tego, o co pytał nie kończyła się przez długie godziny. Nie pamiętam wszystkich pytań. Ba! Nie zapamiętałem nawet połowy, z tego, co chciał wiedzieć. Gdy skończyliśmy rozmawiać za oknem zapadał zmrok.

Powiedział mi, żebym spakował swoje księgi i to, co chce zabrać, pożegnał się z mieszkaniem. Zabierał mnie w zupełnie inne miejsce.

Może to moje tchórzostwo i spolegliwość, kłanianie mu się z każdą kolejną odpowiedzią mnie uratowało, a może, tak naprawdę, miał akurat dobry dzień… wiem, że zdarzało mu się pozbywać się konkurencji, jak wszystkim Yoggottom. Ale nie tego dnia. Może nie wydałem mu się żadnym zagrożeniem? Jeśli tak, musiał być bardzo zaskoczony, gdy doszło do naszego ostatniego spotkania.

Pamiętam, że gdy wychodziliśmy na zewnątrz padało. Pierwszy raz od wielu, naprawdę wielu lat na Leokasji padał deszcz. Mieszał się z kurzem i brudną ziemią, zsuwał się po wysuszonym drewnie i brudnych wozach handlarzy. I pachniał… mój lordzie… Ty doskonale wiesz, jak cudowny jest zapach deszczu, prawda?

Jeden z najlepszych, jakie kiedykolwiek czułem, budzący dreszcze pod skórą i przyjemne ożywienie w kącikach oczu. Zapach świeżej wody i błota wdzierający się do nozdrzy i zaciskający chłodne, wilgotne dłonie na przełyku. Cudowna rozkosz wsłuchiwania się w krople wody: moja wstydliwa przyjemność.

Otworzył portal i zaprowadził mnie do miejsca, o którym nie mogę powiedzieć nazbyt wiele, nawet Tobie mój lordzie. Cóż byłaby ze mnie za Yoggotta, gdybym opowiedział wszystko to, co tam widziałem? Mimo wszystko czuję, że powinienem zachować wierność wobec mojego gatunku i przemilczeć niektóre sprawy tak, jak to nakazują nasze zwyczaje. Obowiązuje nas pewna dyskrecja.

Opowiem Ci więc o tym, mój lordzie, o czym opowiedzieć mogę. Miejsce to było przejmująco wręcz jasne, wysokie. Przywitał mnie hol, po którym kręciło się kilku mężczyzn z księgami: przesuwali się po fantastycznej mozaice podłogi, ułożonej na wzór kompasu, przy użyciu złota i alabastru. Ściany piętrzyły się ku górze, wspierając sufit (przepiękny, łukowy, z cudownymi freskami o żywych barwach) na półkolumnach ozdobionych rzeźbami, o jednoznacznym, erotycznym podtekście. I cudowny żyrandol, złoty, przypominający raczej koronę drzewa, z liśćmi i delikatnymi kwiatami kryształów światła.

Byłem zachwycony tym jak rozchodzi się światło i tym jak wielkie jest to miejsce, ale w porównaniu z pałacem pana Andrielacha nic nie jest już tak przejmujące… no może po za pałacem, w jakim mieszkałem z Tobą mój lordzie, gdy rządził Wariat.

Abstrakcyjny, gęsty szkic przedstawiający monumentalny hol świątyni Opatrzności z uniwersum Iocte Nocte. Widoczne wysokie kolumny z erotycznymi rzeźbami, sklepienia łukowe oraz postacie poruszające się po mozaikowej podłodze. Styl graficzny łączy mroczny webkomiks z architektonicznym horrorem.
Ryc 9 Hol świątyni widziany od boku

Z holu przeszliśmy do sali, obsadzonej fotelami w koło, piętrzącymi się w górę, jeden ponad drugim, niczym uczelniane katedry, na których dokonuje się sekcji zwłok. Rosły tak wysoko, że straciłem rachubę ile ich jest i gdzie się kończą. Sala była okrągła, oświetlona jedynie wielkim półokrągłym świetlikiem u szczytu: czystym, jak żadne z okien, jakie do tej pory widziałem. Gdy tam weszliśmy, na miejscach zaczęli zasiadać pozostali przedstawiciele rasy. Byłem tym nowym, a Yoggotty nie lubią nowych.

Nie jesteśmy urzędnikami, jak demony Gwiazdy Zarannej Lucyfera, ale ponieważ mamy różnych panów, a nie jednego tak jak w Niebiosach, potrzebna nam rada, jakieś miejsce, w którym można by było ustalać zasady. Zasady są bardzo istotne… bez nich panuje prawdziwy chaos, a wtedy trudno jest czegokolwiek dopilnować, nie mówiąc nawet o doprowadzeniu umów do końca.

Wyłożono mi tam zasady, jakimi kierują się Yoggotty – gdybyś wiedział mój lordzie, jak długo to trwało. Myślałem, że nigdy się nie skończą, że całą wieczność spędzę na słuchaniu.

I nie było to to, co chce się usłyszeć, gdy się staje w podobnej sytuacji. Czy nieśmiertelne istoty, diabły z legend, te, które trwają bez końca, nie powinny być wolne? Czy nie po to popełnia się kolejne niegodziwości, coraz gorsze i bardziej niestosowne rzeczy, poświęca się własne emocje, żeby w końcu się nie ograniczać? Jak się szybko okazało to wszystko bujdy, mrzonki, którymi karmią się legendy i baśnie, żeby jakoś lepiej nas wszystkich wytłumaczyć mój lordzie.

Nie wstydzę się tego, kim jestem. Nie mam czego. Ale niektóre z zasad, jakim jestem posłuszny czynią ze mnie nie wiele ponad niewolnika mojego pana.

Yoggotty nie mogą sprzeciwiać się swojemu panu. Yoggotty nie mogą wybierać własnej formy. Yoggotty nie mają swojego stałego imienia, jedyne, jakie się nie zmienia to to, z którym przyszły na świat. Yoggotty nie mają oporów. Nie mogą same stanowić o sobie. Chociaż tylko one mogą to zrobić, to nie zrywają kontraktów, nigdy. Nie użalają się nad sobą. Nie płaczą. Nie żywią się póki nie zapłacą. Nie zmieniają ciała, jeśli nie zmieniają pana.

To tylko te z listy zakazów, które mogę powtórzyć mój lordzie i, jak pewnie się już zorientowałeś, niektóre łamię nagminnie. Jako człowiek miałem wybór, wolną wolę, czułem granicę, jaką dzieli wysiłek od poniżenia. Rozumiałem, dlaczego czuję przymus zrobienia czegoś. Dla Yoggotty nie ma miejsca na jej własne pragnienia mój lordzie, na to, czego chce: od momentu podpisania kontraktu, aż do jego zakończenia stajemy się bezwolnymi niewolnikami swoich panów, którym kłaniamy się podobnie do służalczych piesków na dworach możnowładców. To też mi nie odpowiadało. Nikomu nigdy nie odpowiada, dlatego Yoggotty potrafią być przekorne w spełnianiu życzeń swoich panów, tak dalece, że życzenie zamienia się w synonim tortury. Przekora to czasami jedyna obrona, na jaką można sobie pozwolić. Ale czy tak nie jest zabawniej mój lordzie? Wiem, że rozumiesz.

Nim wyszedłem z tego przybytku minął niemal rok. Spędziłem go na czytaniu i uczeniu się tańców, ukłonów i ceremoniałów, jakie przystoi znać każdej, bez wyjątku Yoggottcie. Może któregoś dnia mój lordzie, gdy spotkamy Yoggottę różną od pana Musuki obejrzy pan to widowisko – nie pozwolę jednak, żebyś zginął dla niepotrzebnej wymiany udanych grzeczności.

Nauczyłem się też, wszystkich imion i tego, jak rozpoznać Yoggottę w tłumie ludzi. Nauczyłem się skakać wzwyż i poruszać się płynnie. Poznałem tajniki władania sztyletem, oraz podstawę języka, w którym przemawiasz i Ty mój lordzie: tego, który, jako jedyny, rozumieją wszyscy niezależnie od rasy i gatunku.

Na tym zakończyła się moja edukacja, jako Yoggotty i pozwolono mi wyjść zza murów Opatrzności. Tak nazywają tę świątynię próżniactwa i wzgardy, jaką wznieśli. Opatrznością – jakby wierzono, że naprawdę jest w stanie ująć nas swoją opieką i pozwolić nam zawsze dobrze wybierać. Jedyna wiara, jaką stamtąd wyniosłem to ta, że doskonałość, do której dążą wszystkie bez żadnego wyjątku Yoggotty jest niemożliwa do osiągnięcia. Można się do niej jedynie w nieskończoność zbliżać – a więc to cel idealny, taki, jakiego nie sposób jest się pozbyć.

Powinienem Ci lordzie opowiedzieć o tym fantastycznym miejscu, które z całą pewnością zechciałbyś podbić, ku swojej własnej uciesze. O każdej rzeźbie i filigranowym zdobieniu w salach głównych, o surowych pokojach i bibliotekach. Ale gdybym powiedział Ci to wszystko, z każdym szczegółem opisał wszelkie miejsca i zasady, wymienił imiona, odtworzył skład rady, wszystkie tajniki magii i obrzędu, ceremoniały… musiałbym sam spłonąć pod ich pręgierzem, poddać się wiecznej, niezapomnianej przez współbraci niesławie.

To co zobaczyłem w Opatrzności zostanie jedynie w mojej głowie, ale, chociaż nie wolno mi tego nikomu powtarzać, tak między nami mój najdroższy lordzie: zaufaj mi, nic naprawdę wspaniałego przez to nie tracisz.

Chapter X The Rules 

How does one find someone like oneself, my lord? Humans are easy enough to locate: they must eat and drink every day; they require more than air to sustain their lives. They build houses, gather in groups, form cultures, conduct trade… humanity spreads across planets like a contagion, and there is no mistaking it for anything else.

But I was not human. I was searching for something different. At the time, I did not yet know that I was a Yoggott—in my own imagination, I resembled a devil more than anything else. Yet in appearance, I differed not at all from ordinary men. You would not have recognized me among them, my lord. Indeed—you yourself did not recognize me as an immortal until you happened to see me practicing during a moment of leisure. Yoggotts carry no distinctive scent, unlike other immortals, including humans. Nor do they stand out in behavior or appearance. They possess no overwhelming power that would seize the attention of others. They vanish within a crowd.

So how does one find another of one’s kind? Another strange creature like myself? You would have discovered the answer far sooner, my lord. Far sooner indeed. It took me a week. You should be proud of me—though I know perfectly well that even if you were, you would never say so.

I reasoned that if I fed upon souls, then those like me must do the same. All I had to do was spread a rumor that I would sell my soul for a sack of gold. Say it loudly enough in a crowded place. And then wait.

Humans always imagine that when they are alone in a room, there is no one there but themselves. Yet they feel that faint shiver along the spine, as though someone were watching them—I remember that sensation very well. A sudden tightness in the chest, unease, fear. Dark powers care for their protégés, carrying the scent of human souls out of such places, stealing what they can from consciousness and stirring emotions. One cannot feel safe merely because one is alone.

In much the same way, people imagine that sighs and whispers vanish unnoticed within a crowd—that no curious ears are listening. Perhaps somewhere in the universe this truly happens, but not where I was raised.

I remember the day clearly. I went to the fair and spoke with a street vendor who sold little bells—the sort one hangs above a door. It was unbearably hot. An unusually brilliant sun, even for Leokasja, had driven many people beneath parasols or back into their houses to escape the heat. The streets were relatively quiet, and anyone could have heard us. That was precisely my intention.

I spoke very softly—perhaps even softer than necessary—while examining the small copper bells that produced their clear, delicate sound at the slightest touch. Afterward, I bade him farewell and wandered away, pretending to inspect a row of cages filled with birds. For a moment, I even thought my plan had failed miserably—that no one had heard a word. Oh… had you known me then, my lord, you would have laughed outright at my inexperience.

I returned to my lodgings convinced that I had imagined the whole affair. On Endenia, such a trick might indeed have failed, but not here. This place—so perfect in its own peculiar way—had grown dear to me ever since I had been forced to live there as a child, far too young even to remember it properly. It was the capital of every sort of commerce, even the less respectable varieties.

Portret Rundiga, młodej Yoggotty z uniwersum Dzieci Chaosu. Postać ma szczupłą twarz, przeszywające spojrzenie i charakterystyczne, ciemne, rozwichrzone włosy. Szkic wykonany w stylistyce mrocznego webkomiksu, oddający niepokojącą naturę nieśmiertelnych istot żywiących się duszami. Fig. 8 Rundig – the first of the Yoggott I have ever known

There came a knock at the door, but not the brisk, energetic knocking of traveling merchants—no. This one was quiet, measured. I opened it without hesitation: what, after all, had I to fear?

A young boy entered without asking permission and bowed slightly. He was short and slender, cheerful in appearance, dressed in brown trousers with suspenders, a beige shirt, and a comically crooked checked beret perched upon ears that stuck out rather prominently. I could have sworn his chin was sharp enough to pierce straight through any material known to man. He closed the door behind him, leaned against it—and laughed in the manner of thieves who are entirely too confident in themselves. I have known several such men while serving you, my lord, though none ever inspired my sympathy.

“I heard a rumor,” he said lightly, “that you are seeking a favorable offer for your soul. What price would you ask for a single signature, if I may inquire?”

His tone was casual, yet undeniably tempting. Had I truly possessed something to sell, I might already have begun listing my conditions. It sounded so convincing that I decided to pursue the conversation a little further, for a moment at least.

“Gold,” I replied, feigning embarrassment.

In truth, I felt none. The identity of my visitor did not trouble me in the least, nor did the stakes of our discussion. What could possibly happen? Now I know very well what could have happened, and I swear upon your good name, my lord, that I remain grateful for the way that meeting unfolded.

“Ah! That is not very much, truth be told…” The boy pressed forward suddenly, forcing me to step back until I stumbled against the wooden wall. He placed a hand beside my ear and leaned in close to my face. “Just don’t tell me you’re one of those fools who don’t believe in souls. Don’t do that to me.”

His voice almost resembled music—like the coaxing of a devil one cannot help but obey. And yet he had said nothing truly persuasive. Deciding it would be wise to free myself from that awkward position before he discovered that I had nothing at all to sell, I slid down the wall and slipped rather inelegantly beneath his arm.

“So you… you eat them too,” I murmured quietly.

He raised an eyebrow, then lifted his head, growing serious, and licked his lips.

“Sinsemen Yoggotta,” he pronounced in a voice suddenly cold as ice.

I had no idea what it meant. Perhaps some incantation from an unfamiliar grimoire—or a secret tongue I did not know. In the latter assumption, I was not entirely mistaken: Yoggotts possess their own words for certain phenomena, quite different from those known to others.

When I failed to answer, he looked surprised. Then he smiled slowly, lowered his head, and turned toward me with deliberate stiffness.

“So you’re the one they beat upstairs in the bar. Only someone who doesn’t know what he is would allow such a thing… and you don’t know.” He spoke with complete certainty, as though he had already judged the matter. Tell me, my lord—do gods ever suffer such misunderstandings among themselves? I doubt very much that one of your kind would presume to evaluate another before he had even opened his mouth.

“I don’t know, so I thought this would be the fastest way to find out,” I admitted. It sounded foolish even to my own ears. Fortunately, I had encountered a relatively friendly companion—if such a word may be applied to another Yoggott.

Among my kind, there exists no custom of caring for one’s fellows or welcoming new members of the species. That is understandable, at least in my opinion: when you are hungry, anyone capable of eating your dinner becomes an enemy. Too many Yoggotts would mean starvation for us all—contrary to expectation, the universe contains remarkably few truly satisfying meals. And the pursuit of perfection—the state that supposedly grants complete satiation—is an intricate and complicated process, difficult enough even without competition.

I myself have accepted a new rival once: he did not survive the procedure. I had no intention of allowing another hunter to pursue what I desired.

Yet when I first joined the species, our numbers were not so great. More than I had expected, certainly—but not excessively so.

“Have you hidden your body?” he asked. The question was far more sensible than it might appear. I nodded. Yes, I had hidden it—but I had no intention of revealing where.

“You know how we learn as well, don’t you? You must have discovered that already. As a Yoggott, you should know the rituals and answer me properly. Don’t remain silent when I speak.” He sounded wonderful. I remember it perfectly—that was the first moment something stirred within me. I liked him. I could have spent an entire century listening to his soft voice. He smiled again.

“I don’t know any of the rituals you speak of,” I admitted. “But I shall learn them. That is no problem. I only wished to know whether I was alone…” I said no more. The words would not pass my lips. My voice threatened to stammer again, though I was no longer a frightened child—and I felt no fear at all. And yet…

“Oh, you will certainly learn,” he said lightly. “Can you travel through portals? I see that you can shape a body…” He spoke as though no barrier existed between us. Yet there was one. Had I encountered someone else, my good fortune might have ended very differently.

“Yes… I shape one,” I replied cautiously, devoting an absurd amount of effort to avoiding a stammer.

Rundig—for that was the boy's name—asked me countless other questions. My age. Why I had done what I had done. Who I was. My occupation. Whom I had eaten. Who had guided me. The list seemed endless. By the time the conversation ended, dusk had fallen beyond the window.

He told me to pack my books and whatever possessions I wished to keep and to bid farewell to my lodgings. He intended to take me somewhere entirely different. Perhaps my cowardice and readiness to bow with each answer saved me then—or perhaps he was simply in a good mood that day. I know he has eliminated competitors before, but not on that occasion. Perhaps I did not appear threatening. If so, he must have been very surprised when we met for the last time.

I remember that when we stepped outside, it was raining. For the first time in many, many years, rain fell upon Leokasja. It mingled with dust and dirty earth, slid along sun-bleached wood and the grimy wagons of traders. And the scent… my lord—you know how wonderful the smell of rain is, do you not?

One of the finest fragrances I have ever known. Fresh water and mud filling the nostrils, cool damp fingers closing around the throat. A marvelous pleasure; my little, shameful indulgence.

Rundig opened a portal and led me to a place about which I cannot say very much—even to you, my lord. What sort of Yoggott would I be if I revealed everything I saw there? Some discretion is required among our kind. I shall tell you only what I am permitted to tell.

The place was astonishingly bright and lofty. We entered through a grand hall where several men wandered about carrying books, gliding over an exquisite mosaic floor arranged like a compass in gold and alabaster. The walls rose high, supporting a vaulted ceiling adorned with vivid frescoes. Half-columns decorated with sculptures—unmistakably erotic in suggestion—lined the sides. And above hung a magnificent chandelier of gold shaped like the crown of a tree, its branches bearing crystal leaves and blossoms of light.

I was entranced by the play of illumination and the sheer scale of the place. Yet after seeing the palace of Lord Andrielach, nothing impresses quite so deeply anymore… except perhaps the palace where I lived with you, my lord, when the Madman ruled.

Abstrakcyjny, gęsty szkic przedstawiający monumentalny hol świątyni Opatrzności z uniwersum Iocte Nocte. Widoczne wysokie kolumny z erotycznymi rzeźbami, sklepienia łukowe oraz postacie poruszające się po mozaikowej podłodze. Styl graficzny łączy mroczny webkomiks z architektonicznym horrorem. Fig. 9. The temple hall, seen from the side

From the hall, we entered a vast chamber lined with tiers of seats arranged in a circle, rising one above another like the galleries of a university theater. The chamber was round, lit only by a great semicircular skylight at its summit—clearer than any window I had ever seen. As we entered, the other representatives of my species took their seats. I was the newcomer, and Yoggotts do not care for newcomers.

We are not bureaucrats like the demons of Lucifer, but because we serve many different masters, we require a council—some place where rules may be established. Rules are extremely important; without them, there is chaos, and chaos makes it very difficult to ensure that contracts are properly fulfilled.

So they explained the rules that govern Yoggotts. My lord—if you knew how long it took. I thought it would never end. And it was not what one hopes to hear. Should not immortal beings—the devils of legend—be free? Are we not supposed to commit wickedness precisely so that we might one day live without restraint? As it turns out, such notions are nothing but pleasant fictions to make sense of creatures like us.

I am not ashamed of what I am. But some of the rules to which I am subject reduce me to little more than a slave to my master.

Yoggotts may not oppose their master.
Yoggotts may not choose their own form.
Yoggotts possess no permanent name—the only one that never changes is the name they were born with.
Yoggotts have no hesitation.
They may not determine their own fate.
They never break a contract—though only they could.
They do not pity themselves.
They do not weep.
They do not feed until payment is made.
They do not change their body unless they change their master.

Those are only a few of the prohibitions, my lord. As you may already have noticed, I break several of them rather frequently. As a human, I possessed choice—free will. For a Yoggott, there is no room for personal desire. From the moment a contract is signed, we become obedient servants, bowing like sycophantic little dogs at the courts of nobles.

That, too, displeased me. No one ever truly likes it. Which is why Yoggotts can be delightfully perverse when fulfilling a master’s wish—twisting it until the wish itself becomes a synonym for torture. Contrariness is sometimes the only defense we possess. But does that not make things more entertaining, my lord? I know you understand.

Nearly a year passed before I left that establishment. I studied the books and learned the dances, bows, and ceremonies every Yoggott must know. Perhaps one day, my lord—should we meet another Yoggott—you will witness such a spectacle. Though I shall not permit you to perish merely for the sake of exchanging polite gestures.

I also learned every name and how to recognize a Yoggott within a crowd. I learned to leap high and move with grace. I studied the art of the dagger and the fundamentals of the language you yourself speak, my lord—the only language understood by all beings regardless of race or species.

Thus ended my education. I was permitted to leave the walls of Providence—for that is what they call their temple of idleness and disdain. Providence—as though they truly believed it capable of guiding us. The only faith I carried away was the certainty that the perfection all Yoggotts pursue is impossible to attain. It is the ideal goal—the sort one can never escape.

I ought, perhaps, to describe that extraordinary place to you in greater detail, my lord—for I am certain you would wish to conquer it for your own amusement. But if I revealed everything—every rule, every name, every secret—I would be condemned by my own kind.

So what I saw within Providence shall remain only in my memory. Still—between ourselves, my dearest lord—you truly lose nothing remarkable by that omission.

Rozdział X Zasady

Jak znaleźć kogoś podobnego mi mój lordzie? Ludzi szuka się łatwo: muszą codziennie coś jeść i pić, potrzebują do życia czegoś więcej niż powietrza. Budują domy, grupują się, tworzą kultury, handlują… ludzie rozpełzają się po planetach jak zaraza i nie sposób pomylić ich z niczym innym. Ja nie byłem jednak człowiekiem. Szukałem czegoś innego. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że jestem Yoggottą – w swoich własnych oczach przypominałem raczej diabła. Ale nie wyglądałem wcale inaczej, niż ludzie, nie rozpoznałbyś mnie mój lordzie pomiędzy innymi, zresztą… nie poznał lord we mnie kogoś nieśmiertelnego, dopóki nie zobaczyłeś jak w wolnej chwili ćwiczyłem. Yoggotty nie przynoszą odmiennego zapachu, jak wszyscy pozostali nieśmiertelni, wliczając w to ludzi. Nie odstają również zachowaniem i wyglądem. Nie mają takiej mocy, by przykuła ona czyjąkolwiek uwagę. Są niezauważalne w tłumie. Jak więc odnaleźć drugiego z mojego rodzaju? Równie dziwne stworzenie jak ja? Ty wpadłbyś na to szybciej mój lordzie, o wiele szybciej. Mi zajęło to tydzień. Powinieneś być ze mnie dumny, chociaż wiem, że nawet gdybyś był, nigdy mi tego nie powiesz. Pomyślałem, że skoro ja żywię się duszami, to i mi podobni się nimi żywią. Wystarczyło więc rozpuścić informację, że oddałbym duszę, za worek złota. Powiedzieć to za głośno w tłocznym miejscu. A potem czekać. Ludziom wydaje się zawsze, że gdy w pokoju są sami, to nie ma tam nikogo, prócz nich. A jednak czuć ten dreszcz na kręgosłupie, jakby ktoś obserwował, doskonale pamiętam to uczucie. Nagła duszność, niepokój i strach. Ciemne moce dbają o swoich wychowanków wynosząc z takich miejsc zapach ludzkich dusz. Kradnąc, co się da z ich świadomości, rozbudzając emocje: nie można czuć się bezpiecznie dlatego, że jest się samemu. Podobnie, wydaje się im też, że w tłumie takie westchnienia umykają ciekawskim uszom, że nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. Być może w tym Wszechświecie są miejsca, gdzie faktycznie tak jest, ale nie tu, gdzie się wychowałem. Pamiętam, że kiedy poszedłem na jarmark i rozmawiałem z ulicznym sprzedawcą dzwonków, takich, które wiesza się nad drzwi, było gorąco. Wyjątkowo słoneczny dzień, nawet jak na warunki Leokasji, sprawił, że tłumy ludzi chowały się pod parasolami, albo w ogóle nie wychodziły z domów na tę spiekotę. Było stosunkowo cicho i każdy mógł nas usłyszeć. O to mi właśnie chodziło. Mówiłem bardzo cicho, ciszej może niż powinienem, oglądając uważnie miedziane kloszyki, które wydawały ten charakterystyczny dźwięk, kiedy je tylko odrobinę potrącić. Potem pożegnałem się i odszedłem, niby spojrzeć na klatki z ptactwem. Sądziłem nawet, że mój plan poszedł wyjątkowo kiepsko, że nikt niczego nie usłyszał. Och… gdybyś mnie wtedy znał wybuchnąłbyś śmiechem mój lordzie, kpiąc z mojego niedoświadczenia. Wróciłem do mieszkania i wydawało mi się, że jedynie się łudzę. Najpewniej gdybym spróbował podobnego triku na Endeni tak by właśnie było, ale nie tutaj. Doskonałe miejsce, które zdołałem pokochać od czasu, gdy zmuszony byłem tutaj zamieszkać będąc jeszcze zbyt młodym, by to w ogóle pamiętać. Stolica wszelkiego handlu, nawet tak nierozpowszechnionego. [caption id="attachment_3955" align="aligncenter" width="274"]Złamiesz zasady razem z Cyrusem? Wejdź do świata, gdzie wolna wola jest luksusem. Ryc 8 Rundig - pierwsza Yoggotta jaką poznałem[/caption] Do drzwi rozległo się pukanie, ale nie takie żywe i energiczne, jak gdy to robią obchodni sprzedawcy, ciche, wyważone. Otworzyłem bez wahania: czego miałbym się obawiać? Młody chłopiec wszedł do środka bez pytania mnie o zgodę i skłonił się lekko. Był niewysoki, szczupły i wesoły, nosił brązowe spodnie, szelki, beżową koszulę i komicznie przekrzywiony beret w kratkę osadzony na odstających uszach. I przysiągłbym wtedy, że jego podbródkiem śmiało można by było zostawiać dziury, na wylot, w każdym dostępnym materiale. Zamknął drzwi mojego mieszkania i oparł się o nie, a potem roześmiał się, tak, jak to czynią niektórzy zbyt pewni siebie złodzieje. Pracując dla lorda poznałem ich kilku, ale żaden nie wzbudził mojej sympatii. - Obiło mi się o uszy, że szukasz pan dobrej oferty na swoją duszę. Czego pan sobie życzysz za swój jeden podpis, jeśli wolno spytać? – mówił swobodnie, a jednak brzmiało naprawdę kusząco. Gdybym faktycznie miał coś na sprzedaż pewnie recytowałbym już swoje warunki. Brzmiało tak dobrze, że postanowiłem brnąć w to dalej, jeszcze chociaż przez moment. - Złota – odpowiedziałem udając speszonego. Nie byłem nim w istocie. Nie peszył mnie w ogóle fakt tego, z kim rozmawiam, ani o co toczy się stawka. Co mogło się stać? Teraz wiem, co mogło i klnę się, na Twoje dobre imię mój lordzie, że wdzięczny jestem za to, jak potoczyło się wtedy spotkanie. - A! Niewiele prawdę powiedziawszy… - chłopak naparł na mnie tak, że się potknąłem cofając się i wsparłem o drewnianą ścianę, a on oparł dłoń na niej, przy moim uchu i wysunął szyję wprost do mojej twarzy. – Tylko niech mi pan nie mówi, że jest z tych głupców, co to nie wierzą w duszę. Niech mi pan tego nie robi… . Brzmiało niemal jak melodia, kuszenie diabła, którego nie sposób nie usłuchać. A nie powiedział przecież niczego, co naprawdę mogło mnie skusić. Uznałem zaraz, że dobrze będzie usunąć się z tego niedogodnego położenia i wyjaśnić przyczynę spotkania: zanim jegomość sam zrozumie, że w istocie nie mam zupełnie nic do sprzedania. Zjechałem więc nieco po ścianie i w sposób dość nie elegancki wysunąłem się pod jego ramieniem. - A więc pan też… też je je – wymówiłem cicho. Uniósł nieco brwi, potem uniósł też głowę poważniejąc i oblizał usta. - Sinsemen Yoggotta – wymówił zupełnie innym, lodowaty niemal tonem. Nie wiedziałem, co to znaczy. Może to jakieś zaklęcie z nieznanej mi księgi, albo tajemny język, którego nie znam zupełnie? W tym drugim nie pomyliłem się akurat tak wiele: Yoggotty mają swoje własne słowa na opisanie pewnych zjawisk, zupełnie inne niż te znane wszystkim. Kiedy nie odpowiedziałem uniósł brwi ku górze zaskoczony. Potem wolno się uśmiechnął, opuścił nieco głowę, zadartą do góry i odwrócił się do mnie sztywno. - A więc to ciebie pobili na piętrze baru? Tylko ktoś, kto nie wie, kim jest pozwoliłby na coś takiego… a ty nie wiesz – mówił już zupełnie pewnie, niemalże jakby już osądził z kim ma do czynienia. Mój lordzie, czy bogowie mieli kiedykolwiek podobne problemy pomiędzy sobą? Śmiem wątpić, by oceniano się u was, jeszcze za nim towarzysz dobrze otworzy usta. - Nie wiem, więc pomyślałem, że tak dowiem się najszybciej - odpowiedziałem. Brzmiało to tak nierozsądnie w moich ustach, a ja nie wiedziałem co począć. Trafiłem jednak na dość przyjaznego kompana, o ile inna Yoggotta może być dla mnie w ogóle przyjazna. Wśród mi podobnych nie ma bowiem zwyczaju dbania o współtowarzyszy i nowych przedstawicieli gatunku. To zrozumiałe, przynajmniej ja tak sądzę: kiedy jesteś głodny, to każdy kto może zjeść twój obiad staje się wrogiem. Zbytni przyrost Yoggott sprawiłby, że wymarlibyśmy z głodu – wbrew wszystkiemu, czego można się spodziewać, wcale nie ma w tym Wszechświecie wielu smacznych posiłków. Po za tym… dążenie do doskonałości, która zapewnia podobno całkowitą sytość jest procesem zawiłym i skomplikowanym, któremu nie sposób podołać nawet, gdy nie ma żadnej konkurencji. Mi też zdarzyło się przyjmować raz nowego konkurenta: nie przeżył tej procedury, ponieważ nie życzyłem sobie, żeby ktoś jeszcze polował na to, czego chcę. Kiedy jednak ja przystawałem do gatunku, nie było nas aż tak dużo: owszem, jak miało się okazać znacznie więcej, niż się spodziewałem, ale znowuż znad to nie aż tak dużo. - Ukryłeś swoje ciało? – pytanie bardziej zasadne, niż by się mgło zdawać. Skinąłem głową. Tak, ukryłem, ale nie miałem zamiaru mówić gdzie. - Wiesz też, jak się uczymy, prawda? Pewnie już to odkryłeś. Jako Yoggotta powinieneś znać rytuały i mi odpowiadać. Nie milcz, gdy mówię – brzmiał cudownie. Pamiętam doskonale, wtedy pierwszy raz coś tknęło mnie w środku. Podobał mi się… mógłbym z nim spędzić kolejne stulecie, słuchając jego miękkiego głosu. Uśmiechnął się znowu. - Nie znam żadnych z rytuałów, o których mówisz, ale nauczę się. To nie problem. Chciałem wiedzieć tylko, czy nie jestem sam… - nie powiedziałem nic więcej. Nie przechodziło mi przez usta, czułem, jak głos znów chce się jąkać, chociaż nie byłem już małym chłopcem, a nawet nie czułem strachu. A jednak. - Oj, na pewno się nauczysz. Umiesz podróżować przez portale? Bo że lepisz ciało to widzę… - mówił, jakby nie było między nami żadnej bariery, ale przecież była. Gdybym trafił na kogoś innego, nie miałbym tyle szczęścia… nie chcę nawet myśleć, jak to by się potoczyło. - Tak… lepię – odpowiedziałem niepewnie, dużo, naprawdę dużo pracy wkładając w to, żeby się nie zająknąć. Rundig, ponieważ tak miał na imię ten chłopak, jak się później okazało, zadał mi również wiele innych pytań. Ile mam lat? Dlaczego to zrobiłem? Kim jestem, jaki mam zawód, kogo do tej pory zjadłem, kto mnie prowadził… lista tego, o co pytał nie kończyła się przez długie godziny. Nie pamiętam wszystkich pytań. Ba! Nie zapamiętałem nawet połowy, z tego, co chciał wiedzieć. Gdy skończyliśmy rozmawiać za oknem zapadał zmrok. Powiedział mi, żebym spakował swoje księgi i to, co chce zabrać, pożegnał się z mieszkaniem. Zabierał mnie w zupełnie inne miejsce. Może to moje tchórzostwo i spolegliwość, kłanianie mu się z każdą kolejną odpowiedzią mnie uratowało, a może, tak naprawdę, miał akurat dobry dzień… wiem, że zdarzało mu się pozbywać się konkurencji, jak wszystkim Yoggottom. Ale nie tego dnia. Może nie wydałem mu się żadnym zagrożeniem? Jeśli tak, musiał być bardzo zaskoczony, gdy doszło do naszego ostatniego spotkania. Pamiętam, że gdy wychodziliśmy na zewnątrz padało. Pierwszy raz od wielu, naprawdę wielu lat na Leokasji padał deszcz. Mieszał się z kurzem i brudną ziemią, zsuwał się po wysuszonym drewnie i brudnych wozach handlarzy. I pachniał… mój lordzie… Ty doskonale wiesz, jak cudowny jest zapach deszczu, prawda? Jeden z najlepszych, jakie kiedykolwiek czułem, budzący dreszcze pod skórą i przyjemne ożywienie w kącikach oczu. Zapach świeżej wody i błota wdzierający się do nozdrzy i zaciskający chłodne, wilgotne dłonie na przełyku. Cudowna rozkosz wsłuchiwania się w krople wody: moja wstydliwa przyjemność. Otworzył portal i zaprowadził mnie do miejsca, o którym nie mogę powiedzieć nazbyt wiele, nawet Tobie mój lordzie. Cóż byłaby ze mnie za Yoggotta, gdybym opowiedział wszystko to, co tam widziałem? Mimo wszystko czuję, że powinienem zachować wierność wobec mojego gatunku i przemilczeć niektóre sprawy tak, jak to nakazują nasze zwyczaje. Obowiązuje nas pewna dyskrecja. Opowiem Ci więc o tym, mój lordzie, o czym opowiedzieć mogę. Miejsce to było przejmująco wręcz jasne, wysokie. Przywitał mnie hol, po którym kręciło się kilku mężczyzn z księgami: przesuwali się po fantastycznej mozaice podłogi, ułożonej na wzór kompasu, przy użyciu złota i alabastru. Ściany piętrzyły się ku górze, wspierając sufit (przepiękny, łukowy, z cudownymi freskami o żywych barwach) na półkolumnach ozdobionych rzeźbami, o jednoznacznym, erotycznym podtekście. I cudowny żyrandol, złoty, przypominający raczej koronę drzewa, z liśćmi i delikatnymi kwiatami kryształów światła. Byłem zachwycony tym jak rozchodzi się światło i tym jak wielkie jest to miejsce, ale w porównaniu z pałacem pana Andrielacha nic nie jest już tak przejmujące… no może po za pałacem, w jakim mieszkałem z Tobą mój lordzie, gdy rządził Wariat. [caption id="attachment_3956" align="aligncenter" width="513"]Złamiesz zasady razem z Cyrusem? Wejdź do świata, gdzie wolna wola jest luksusem. Ryc 9 Hol świątyni widziany od boku[/caption] Z holu przeszliśmy do sali, obsadzonej fotelami w koło, piętrzącymi się w górę, jeden ponad drugim, niczym uczelniane katedry, na których dokonuje się sekcji zwłok. Rosły tak wysoko, że straciłem rachubę ile ich jest i gdzie się kończą. Sala była okrągła, oświetlona jedynie wielkim półokrągłym świetlikiem u szczytu: czystym, jak żadne z okien, jakie do tej pory widziałem. Gdy tam weszliśmy, na miejscach zaczęli zasiadać pozostali przedstawiciele rasy. Byłem tym nowym, a Yoggotty nie lubią nowych. Nie jesteśmy urzędnikami, jak demony Gwiazdy Zarannej Lucyfera, ale ponieważ mamy różnych panów, a nie jednego tak jak w Niebiosach, potrzebna nam rada, jakieś miejsce, w którym można by było ustalać zasady. Zasady są bardzo istotne… bez nich panuje prawdziwy chaos, a wtedy trudno jest czegokolwiek dopilnować, nie mówiąc nawet o doprowadzeniu umów do końca. Wyłożono mi tam zasady, jakimi kierują się Yoggotty – gdybyś wiedział mój lordzie, jak długo to trwało. Myślałem, że nigdy się nie skończą, że całą wieczność spędzę na słuchaniu. I nie było to to, co chce się usłyszeć, gdy się staje w podobnej sytuacji. Czy nieśmiertelne istoty, diabły z legend, te, które trwają bez końca, nie powinny być wolne? Czy nie po to popełnia się kolejne niegodziwości, coraz gorsze i bardziej niestosowne rzeczy, poświęca się własne emocje, żeby w końcu się nie ograniczać? Jak się szybko okazało to wszystko bujdy, mrzonki, którymi karmią się legendy i baśnie, żeby jakoś lepiej nas wszystkich wytłumaczyć mój lordzie. Nie wstydzę się tego, kim jestem. Nie mam czego. Ale niektóre z zasad, jakim jestem posłuszny czynią ze mnie nie wiele ponad niewolnika mojego pana. Yoggotty nie mogą sprzeciwiać się swojemu panu. Yoggotty nie mogą wybierać własnej formy. Yoggotty nie mają swojego stałego imienia, jedyne, jakie się nie zmienia to to, z którym przyszły na świat. Yoggotty nie mają oporów. Nie mogą same stanowić o sobie. Chociaż tylko one mogą to zrobić, to nie zrywają kontraktów, nigdy. Nie użalają się nad sobą. Nie płaczą. Nie żywią się póki nie zapłacą. Nie zmieniają ciała, jeśli nie zmieniają pana. To tylko te z listy zakazów, które mogę powtórzyć mój lordzie i, jak pewnie się już zorientowałeś, niektóre łamię nagminnie. Jako człowiek miałem wybór, wolną wolę, czułem granicę, jaką dzieli wysiłek od poniżenia. Rozumiałem, dlaczego czuję przymus zrobienia czegoś. Dla Yoggotty nie ma miejsca na jej własne pragnienia mój lordzie, na to, czego chce: od momentu podpisania kontraktu, aż do jego zakończenia stajemy się bezwolnymi niewolnikami swoich panów, którym kłaniamy się podobnie do służalczych piesków na dworach możnowładców. To też mi nie odpowiadało. Nikomu nigdy nie odpowiada, dlatego Yoggotty potrafią być przekorne w spełnianiu życzeń swoich panów, tak dalece, że życzenie zamienia się w synonim tortury. Przekora to czasami jedyna obrona, na jaką można sobie pozwolić. Ale czy tak nie jest zabawniej mój lordzie? Wiem, że rozumiesz. Nim wyszedłem z tego przybytku minął niemal rok. Spędziłem go na czytaniu i uczeniu się tańców, ukłonów i ceremoniałów, jakie przystoi znać każdej, bez wyjątku Yoggottcie. Może któregoś dnia mój lordzie, gdy spotkamy Yoggottę różną od pana Musuki obejrzy pan to widowisko – nie pozwolę jednak, żebyś zginął dla niepotrzebnej wymiany udanych grzeczności. Nauczyłem się też, wszystkich imion i tego, jak rozpoznać Yoggottę w tłumie ludzi. Nauczyłem się skakać wzwyż i poruszać się płynnie. Poznałem tajniki władania sztyletem, oraz podstawę języka, w którym przemawiasz i Ty mój lordzie: tego, który, jako jedyny, rozumieją wszyscy niezależnie od rasy i gatunku. Na tym zakończyła się moja edukacja, jako Yoggotty i pozwolono mi wyjść zza murów Opatrzności. Tak nazywają tę świątynię próżniactwa i wzgardy, jaką wznieśli. Opatrznością – jakby wierzono, że naprawdę jest w stanie ująć nas swoją opieką i pozwolić nam zawsze dobrze wybierać. Jedyna wiara, jaką stamtąd wyniosłem to ta, że doskonałość, do której dążą wszystkie bez żadnego wyjątku Yoggotty jest niemożliwa do osiągnięcia. Można się do niej jedynie w nieskończoność zbliżać – a więc to cel idealny, taki, jakiego nie sposób jest się pozbyć. Powinienem Ci lordzie opowiedzieć o tym fantastycznym miejscu, które z całą pewnością zechciałbyś podbić, ku swojej własnej uciesze. O każdej rzeźbie i filigranowym zdobieniu w salach głównych, o surowych pokojach i bibliotekach. Ale gdybym powiedział Ci to wszystko, z każdym szczegółem opisał wszelkie miejsca i zasady, wymienił imiona, odtworzył skład rady, wszystkie tajniki magii i obrzędu, ceremoniały… musiałbym sam spłonąć pod ich pręgierzem, poddać się wiecznej, niezapomnianej przez współbraci niesławie. To co zobaczyłem w Opatrzności zostanie jedynie w mojej głowie, ale, chociaż nie wolno mi tego nikomu powtarzać, tak między nami mój najdroższy lordzie: zaufaj mi, nic naprawdę wspaniałego przez to nie tracisz.

Chapter X The Rules 

How does one find someone like oneself, my lord? Humans are easy enough to locate: they must eat and drink every day; they require more than air to sustain their lives. They build houses, gather in groups, form cultures, conduct trade… humanity spreads across planets like a contagion, and there is no mistaking it for anything else.

But I was not human. I was searching for something different. At the time, I did not yet know that I was a Yoggott—in my own imagination, I resembled a devil more than anything else. Yet in appearance, I differed not at all from ordinary men. You would not have recognized me among them, my lord. Indeed—you yourself did not recognize me as an immortal until you happened to see me practicing during a moment of leisure. Yoggotts carry no distinctive scent, unlike other immortals, including humans. Nor do they stand out in behavior or appearance. They possess no overwhelming power that would seize the attention of others. They vanish within a crowd.

So how does one find another of one’s kind? Another strange creature like myself? You would have discovered the answer far sooner, my lord. Far sooner indeed. It took me a week. You should be proud of me—though I know perfectly well that even if you were, you would never say so.

I reasoned that if I fed upon souls, then those like me must do the same. All I had to do was spread a rumor that I would sell my soul for a sack of gold. Say it loudly enough in a crowded place. And then wait.

Humans always imagine that when they are alone in a room, there is no one there but themselves. Yet they feel that faint shiver along the spine, as though someone were watching them—I remember that sensation very well. A sudden tightness in the chest, unease, fear. Dark powers care for their protégés, carrying the scent of human souls out of such places, stealing what they can from consciousness and stirring emotions. One cannot feel safe merely because one is alone.

In much the same way, people imagine that sighs and whispers vanish unnoticed within a crowd—that no curious ears are listening. Perhaps somewhere in the universe this truly happens, but not where I was raised.

I remember the day clearly. I went to the fair and spoke with a street vendor who sold little bells—the sort one hangs above a door. It was unbearably hot. An unusually brilliant sun, even for Leokasja, had driven many people beneath parasols or back into their houses to escape the heat. The streets were relatively quiet, and anyone could have heard us. That was precisely my intention.

I spoke very softly—perhaps even softer than necessary—while examining the small copper bells that produced their clear, delicate sound at the slightest touch. Afterward, I bade him farewell and wandered away, pretending to inspect a row of cages filled with birds. For a moment, I even thought my plan had failed miserably—that no one had heard a word. Oh… had you known me then, my lord, you would have laughed outright at my inexperience.

I returned to my lodgings convinced that I had imagined the whole affair. On Endenia, such a trick might indeed have failed, but not here. This place—so perfect in its own peculiar way—had grown dear to me ever since I had been forced to live there as a child, far too young even to remember it properly. It was the capital of every sort of commerce, even the less respectable varieties.

Portret Rundiga, młodej Yoggotty z uniwersum Dzieci Chaosu. Postać ma szczupłą twarz, przeszywające spojrzenie i charakterystyczne, ciemne, rozwichrzone włosy. Szkic wykonany w stylistyce mrocznego webkomiksu, oddający niepokojącą naturę nieśmiertelnych istot żywiących się duszami. Fig. 8 Rundig – the first of the Yoggott I have ever known

There came a knock at the door, but not the brisk, energetic knocking of traveling merchants—no. This one was quiet, measured. I opened it without hesitation: what, after all, had I to fear?

A young boy entered without asking permission and bowed slightly. He was short and slender, cheerful in appearance, dressed in brown trousers with suspenders, a beige shirt, and a comically crooked checked beret perched upon ears that stuck out rather prominently. I could have sworn his chin was sharp enough to pierce straight through any material known to man. He closed the door behind him, leaned against it—and laughed in the manner of thieves who are entirely too confident in themselves. I have known several such men while serving you, my lord, though none ever inspired my sympathy.

“I heard a rumor,” he said lightly, “that you are seeking a favorable offer for your soul. What price would you ask for a single signature, if I may inquire?”

His tone was casual, yet undeniably tempting. Had I truly possessed something to sell, I might already have begun listing my conditions. It sounded so convincing that I decided to pursue the conversation a little further, for a moment at least.

“Gold,” I replied, feigning embarrassment.

In truth, I felt none. The identity of my visitor did not trouble me in the least, nor did the stakes of our discussion. What could possibly happen? Now I know very well what could have happened, and I swear upon your good name, my lord, that I remain grateful for the way that meeting unfolded.

“Ah! That is not very much, truth be told…” The boy pressed forward suddenly, forcing me to step back until I stumbled against the wooden wall. He placed a hand beside my ear and leaned in close to my face. “Just don’t tell me you’re one of those fools who don’t believe in souls. Don’t do that to me.”

His voice almost resembled music—like the coaxing of a devil one cannot help but obey. And yet he had said nothing truly persuasive. Deciding it would be wise to free myself from that awkward position before he discovered that I had nothing at all to sell, I slid down the wall and slipped rather inelegantly beneath his arm.

“So you… you eat them too,” I murmured quietly.

He raised an eyebrow, then lifted his head, growing serious, and licked his lips.

“Sinsemen Yoggotta,” he pronounced in a voice suddenly cold as ice.

I had no idea what it meant. Perhaps some incantation from an unfamiliar grimoire—or a secret tongue I did not know. In the latter assumption, I was not entirely mistaken: Yoggotts possess their own words for certain phenomena, quite different from those known to others.

When I failed to answer, he looked surprised. Then he smiled slowly, lowered his head, and turned toward me with deliberate stiffness.

“So you’re the one they beat upstairs in the bar. Only someone who doesn’t know what he is would allow such a thing… and you don’t know.” He spoke with complete certainty, as though he had already judged the matter. Tell me, my lord—do gods ever suffer such misunderstandings among themselves? I doubt very much that one of your kind would presume to evaluate another before he had even opened his mouth.

“I don’t know, so I thought this would be the fastest way to find out,” I admitted. It sounded foolish even to my own ears. Fortunately, I had encountered a relatively friendly companion—if such a word may be applied to another Yoggott.

Among my kind, there exists no custom of caring for one’s fellows or welcoming new members of the species. That is understandable, at least in my opinion: when you are hungry, anyone capable of eating your dinner becomes an enemy. Too many Yoggotts would mean starvation for us all—contrary to expectation, the universe contains remarkably few truly satisfying meals. And the pursuit of perfection—the state that supposedly grants complete satiation—is an intricate and complicated process, difficult enough even without competition.

I myself have accepted a new rival once: he did not survive the procedure. I had no intention of allowing another hunter to pursue what I desired.

Yet when I first joined the species, our numbers were not so great. More than I had expected, certainly—but not excessively so.

“Have you hidden your body?” he asked. The question was far more sensible than it might appear. I nodded. Yes, I had hidden it—but I had no intention of revealing where.

“You know how we learn as well, don’t you? You must have discovered that already. As a Yoggott, you should know the rituals and answer me properly. Don’t remain silent when I speak.” He sounded wonderful. I remember it perfectly—that was the first moment something stirred within me. I liked him. I could have spent an entire century listening to his soft voice. He smiled again.

“I don’t know any of the rituals you speak of,” I admitted. “But I shall learn them. That is no problem. I only wished to know whether I was alone…” I said no more. The words would not pass my lips. My voice threatened to stammer again, though I was no longer a frightened child—and I felt no fear at all. And yet…

“Oh, you will certainly learn,” he said lightly. “Can you travel through portals? I see that you can shape a body…” He spoke as though no barrier existed between us. Yet there was one. Had I encountered someone else, my good fortune might have ended very differently.

“Yes… I shape one,” I replied cautiously, devoting an absurd amount of effort to avoiding a stammer.

Rundig—for that was the boy's name—asked me countless other questions. My age. Why I had done what I had done. Who I was. My occupation. Whom I had eaten. Who had guided me. The list seemed endless. By the time the conversation ended, dusk had fallen beyond the window.

He told me to pack my books and whatever possessions I wished to keep and to bid farewell to my lodgings. He intended to take me somewhere entirely different. Perhaps my cowardice and readiness to bow with each answer saved me then—or perhaps he was simply in a good mood that day. I know he has eliminated competitors before, but not on that occasion. Perhaps I did not appear threatening. If so, he must have been very surprised when we met for the last time.

I remember that when we stepped outside, it was raining. For the first time in many, many years, rain fell upon Leokasja. It mingled with dust and dirty earth, slid along sun-bleached wood and the grimy wagons of traders. And the scent… my lord—you know how wonderful the smell of rain is, do you not?

One of the finest fragrances I have ever known. Fresh water and mud filling the nostrils, cool damp fingers closing around the throat. A marvelous pleasure; my little, shameful indulgence.

Rundig opened a portal and led me to a place about which I cannot say very much—even to you, my lord. What sort of Yoggott would I be if I revealed everything I saw there? Some discretion is required among our kind. I shall tell you only what I am permitted to tell.

The place was astonishingly bright and lofty. We entered through a grand hall where several men wandered about carrying books, gliding over an exquisite mosaic floor arranged like a compass in gold and alabaster. The walls rose high, supporting a vaulted ceiling adorned with vivid frescoes. Half-columns decorated with sculptures—unmistakably erotic in suggestion—lined the sides. And above hung a magnificent chandelier of gold shaped like the crown of a tree, its branches bearing crystal leaves and blossoms of light.

I was entranced by the play of illumination and the sheer scale of the place. Yet after seeing the palace of Lord Andrielach, nothing impresses quite so deeply anymore… except perhaps the palace where I lived with you, my lord, when the Madman ruled.

Abstrakcyjny, gęsty szkic przedstawiający monumentalny hol świątyni Opatrzności z uniwersum Iocte Nocte. Widoczne wysokie kolumny z erotycznymi rzeźbami, sklepienia łukowe oraz postacie poruszające się po mozaikowej podłodze. Styl graficzny łączy mroczny webkomiks z architektonicznym horrorem. Fig. 9. The temple hall, seen from the side

From the hall, we entered a vast chamber lined with tiers of seats arranged in a circle, rising one above another like the galleries of a university theater. The chamber was round, lit only by a great semicircular skylight at its summit—clearer than any window I had ever seen. As we entered, the other representatives of my species took their seats. I was the newcomer, and Yoggotts do not care for newcomers.

We are not bureaucrats like the demons of Lucifer, but because we serve many different masters, we require a council—some place where rules may be established. Rules are extremely important; without them, there is chaos, and chaos makes it very difficult to ensure that contracts are properly fulfilled.

So they explained the rules that govern Yoggotts. My lord—if you knew how long it took. I thought it would never end. And it was not what one hopes to hear. Should not immortal beings—the devils of legend—be free? Are we not supposed to commit wickedness precisely so that we might one day live without restraint? As it turns out, such notions are nothing but pleasant fictions to make sense of creatures like us.

I am not ashamed of what I am. But some of the rules to which I am subject reduce me to little more than a slave to my master.

Yoggotts may not oppose their master.
Yoggotts may not choose their own form.
Yoggotts possess no permanent name—the only one that never changes is the name they were born with.
Yoggotts have no hesitation.
They may not determine their own fate.
They never break a contract—though only they could.
They do not pity themselves.
They do not weep.
They do not feed until payment is made.
They do not change their body unless they change their master.

Those are only a few of the prohibitions, my lord. As you may already have noticed, I break several of them rather frequently. As a human, I possessed choice—free will. For a Yoggott, there is no room for personal desire. From the moment a contract is signed, we become obedient servants, bowing like sycophantic little dogs at the courts of nobles.

That, too, displeased me. No one ever truly likes it. Which is why Yoggotts can be delightfully perverse when fulfilling a master’s wish—twisting it until the wish itself becomes a synonym for torture. Contrariness is sometimes the only defense we possess. But does that not make things more entertaining, my lord? I know you understand.

Nearly a year passed before I left that establishment. I studied the books and learned the dances, bows, and ceremonies every Yoggott must know. Perhaps one day, my lord—should we meet another Yoggott—you will witness such a spectacle. Though I shall not permit you to perish merely for the sake of exchanging polite gestures.

I also learned every name and how to recognize a Yoggott within a crowd. I learned to leap high and move with grace. I studied the art of the dagger and the fundamentals of the language you yourself speak, my lord—the only language understood by all beings regardless of race or species.

Thus ended my education. I was permitted to leave the walls of Providence—for that is what they call their temple of idleness and disdain. Providence—as though they truly believed it capable of guiding us. The only faith I carried away was the certainty that the perfection all Yoggotts pursue is impossible to attain. It is the ideal goal—the sort one can never escape.

I ought, perhaps, to describe that extraordinary place to you in greater detail, my lord—for I am certain you would wish to conquer it for your own amusement. But if I revealed everything—every rule, every name, every secret—I would be condemned by my own kind.

So what I saw within Providence shall remain only in my memory. Still—between ourselves, my dearest lord—you truly lose nothing remarkable by that omission.

CHOOSE YOUR STARTING POINT

CHAPTERS
0 85
 
Set tyłem na tle fioletowych kryształów, AmorDei Iocte Nocte, kosmiczne dark fantasy, bóstwa i kryształy.
Mefisto w garniturze, Czarna Eminencja Iocte Nocte, mroczny komiks kryminalny, elegancki demon władzy.
Yuvi'an w żółtej sukni, Zaćmienie Iocte Nocte, komiks fantasy o elfach, złoty blask i magia.
Mefisto i Wszechmogący, Rajski kurz Iocte Nocte, komiks romance mystery, bliskość dwóch postaci.
Rajski kurz

Nie walcz. Po prostu uśmiechnij się
jakbyś tego chciał.
// Don’t fight it. Just smile as
if you wanted this.

previous arrow
next arrow
Okładka powieści Yoggotta, Cyrus Desmondo oblizujący krew przed tacą z czaszką, mroczny lokaj Tiramisa, horror fantasy Elżbiety Etery Wancław-Chłopik. Okładka komiksu Skazani na upadek, Belzebub ze złamanymi skrzydłami na czarnym tle, oneshot Elżbiety Etery Wancław-Chłopik, wizualna opowieść o wojnie w niebie. Okładka komiksu Rajski kurz, Mefisto osaczony przez wiele dłoni, oneshot Elżbiety Etery Wancław-Chłopik, mroczny romans psychologiczny Iocte Nocte. Okładka komiksu Pies Niebios, Tiramis w skórzanej kurtce i glanach z zakrwawionymi dłońmi, siedzący na krześle, autorka Elżbieta Etera Wancław-Chłopik, mroczne urban fantasy. Okładka Ostatni Przystanek. Para patrząca sobie głęboko w oczy na tle nocnego nieba. Dramat obyczajowy. Okładka Narodziny Boga. Portret elfki o niebieskich włosach z bogato zdobioną biżuterią. Styl fantasy. Okładka My Own Alien. Para w uścisku pod gigantyczną planetą z pierścieniem na gwieździstym niebie. Okładka komiksu Mefisto: Jego Wysokość Czarna Eminencja, zakrwawione dłonie nakładające złotą koronę na głowę Mefisto w garniturze, autorka Elżbieta Etera Wancław-Chłopik, mroczny kryminał Iocte Nocte. Okładka Maratony Komiksowe. Dynamiczna postać w skoku na jaskrawym, pomarańczowym tle. Styl akcja/shounen. Okładka Kroniki Laosu. Zielonowłosy elf obejmuje postać o różowych włosach na tle lasu. Okładka opowiadania fanfika Kiedy bogowie się rumienią. Ciemnowłosy mężczyzna obejmuje blond elfa w czerwonej koszuli. Pionowa okładka HOK. Zbliżenie na twarz mężczyzny z brodą i blizną pod okiem na tle czerwonego nieba. Styl military sci-fi. Okładka Election Echoes of Love. Elegancki mężczyzna wyciąga dłoń nad szklanką z napojem. Tło w stylu art deco. Romans polityczny. Okładka powieści Dzieci Chaosu, postać Tiramisa w skórzanej kurtce, autorka Elżbieta Etera Wancław-Chłopik, mroczna proza fantasy Iocte Nocte. Baner Amor Dei. Czarna sylwetka postaci na tle błękitnych obelisków i czerwonego nieba. Styl space fantasy webtoon.
Pionowy baner komiksu „Amor Dei” przedstawiający kobietę w białym kitlu lekarskim stojącą obok wysokiego, umięśnionego mężczyzny o brązowej skórze i nietypowej, przypominającej płatki fryzurze. Postacie znajdują się na tle gwieździstego nieba, wielkiego księżyca i ostrych, fioletowych kryształów. Nad nimi widnieje napis o duszy i miłości.
Okładka polskiego komiksu online pt. „Zaćmienie”. Na ciemnoniebieskim tle widać dwie przytulone postacie – mężczyznę o drapieżnym uśmiechu i spiczastych uszach oraz młodszą osobę z różowymi włosami. Nad nimi widnieje napis: „Kiedy krew to jedyne, co łączy – jak daleko się posuniesz, by ją chronić?”.
Dzieci Chaosu. Dwójka blond bohaterów na mrocznym tle. Napis: Świat należy do odważnych.
© 2026 IOCTE NOCTE. ALL RIGHTS RESERVED.