Rozdział 2
Lord
Ach, mój doskonały lordzie, nie znałem Cię wtedy wcale. Co najwyżej ze wspomnianych pomiędzy słowami zdarzeń albo przekleństw mijających mnie ludzi. Czasami ktoś napomknął coś o Tobie, przez ułamek sekundy się zapomniał i pozwolił mi wyciągnąć jakąś informację. Nie byłem wtedy, aż tak ciekaw kim jesteś i jakie są Twoje zainteresowania. Gdy miałem dziewięć lat bardziej zajmowała mnie budowa kamer i niuanse ludzkiego ciała. Teraz żałuję mój lordzie, tak bardzo żałuję.
Mówiono o Tobie czasami na korytarzach tego niezwykłego szpitala, wspominano Twoje imię z odrazą, albo przerażeniem, pisano dla Ciebie raporty, których sam doskonale wiem, nigdy nie przeczytałeś. Wszyscy lekarze żyli Twoimi doskonałymi rozkazami, „żądaniami niemożliwego”, jak je często nazywali. Ale Ciebie nigdzie nie było. Nie widywaliśmy się, nawet, gdy wkradałem się do laboratoriów i czekałem schowany w jakiejś szczelinie, a pomimo to wiedziałem, że gdzieś tam musisz być, przecież, nawet wtedy, czułem Twoją boską obecność.
Moje dni mijały zazwyczaj na czynnościach dość prozaicznych: pożywianiu się matczynym chlebem na śniadanie, zajęciami z panem Mackbrücknerem, czytaniu w bibliotece i rozlicznych próbach zobaczenia Cię, chociaż przez moment.
Wcześniej stawiałem sobie cele bardziej odrealnione: na przykład znaleźć przyjaciela wśród tej zgrai nicponi. Przypominali mnie bardziej od tych z powierzchni: również czytali, a ja się już nie jąkałem. Nie rozumiem do dzisiaj, dlaczego ludzie nigdy mnie nie lubili. Nie byłem typem chłopca żwawego, jak już wspominałem, nie byłem nazbyt zabawny, to prawda, ale nie zrobiłem też nic, co dyskwalifikowałoby mnie jako przyjaciela. Lubiłem mieć wtedy porządek, zresztą tak jak i teraz, Ty wiesz to najlepiej lordzie, chociaż nigdy nie należałem do tych paranoików, owładniętych obsesją ciągłego sprzątania. Wszystko, co miałem trzymałem po prostu w porządku, a nie miałem wiele: wstążkę, kilka książek i zegarek. Bardzo nie dużo jak na dziewięciolatka, ale może wystarczająco. Nie odzywali się do mnie. Dziewczyna, która usiadła ze mną w ławie na początku naszej nauki, szybko zmieniła miejsce. Mówiła, że się mnie boi.
Nie rozumiałem wtedy mechanizmów lęku. Nie potrafiłem pojąć skąd się bierze i dlaczego jest taki paraliżujący, gdy dochodzi do głosu, ale wiedziałem, że musi być jakieś rozwiązanie. Mając już lat niemal dziewięć, często opuszczałem szkołę i chodziłem za lekarzami, pytając ich o takie drobnostki. Teraz wiem doskonale, że strach wynika z reakcji chemicznej, w której skład wchodzi kortykotropina i norepineferyna. Ale to też nie odpowiadało na pytanie: dlaczego? Co jest strasznego w chuderlawym chłopcu rysującym (wbrew nazwie niepodobne do niczego) podobizny medyków i pana Mackbrücknera? Co jest we mnie tak przerażającego, że czuję zapach strachu wchodząc do pokoju? Z czasem nauczyłem się wykorzystywać tę reakcję chemiczną do swoich celów, z czasem, wszystko z czasem, powoli i bez pośpiechu. Cierpliwość jest cechą niemalże boską. Ludzie są niedoścignieni w tworzeniu sobie problemów: gdyby nie tamte dzieci, gdyby nie to osamotnienie, prawdopodobnie nigdy byśmy się nie spotkali mój lordzie.
Z braku więc, zajęcia, postawiłem sobie, za punkt honoru (czymkolwiek on wtedy dla mnie był) zobaczenie Ciebie, naszego chlebodawcy. Kogoś, kto zatrudnił tylu ludzi dla wątłej możliwości dokonania niemożliwego. Nie będę teraz jednak uszlachetniał swoich pobudek, wiem, jak tego nie lubisz lordzie. Sądzę, że to wszystko wynikało z naturalnych potrzeb dziecka, które wychowuje się w takim otoczeniu.
Wszystkie dzieci lubią robić to, czego nie wolno, bez wyjątków. Wszystkie oczekują na zastrzyk adrenaliny, na przygodę swojego życia. I ja, tak naprawdę, nie byłem od nich wiele różny, po prostu odrobinę bardziej się bałem i odrobinę więcej myślałem. Tak samo, jak wszyscy chciałem mieć swoje tajemnice, być niezwykły z jakiegoś, chociażby tak błahego powodu. Mama mówiła mi, codziennie przed wyjściem, że mnie kocha i wyrosnę na kogoś nieprzeciętnego, ale żadne dziecko nie wierzy w takie frazesy, zwłaszcza gdy nie idą w parze z sukcesami.
A chcę powiedzieć, że nigdy nie byłem najlepszym uczniem mój lordzie: nie potrafiłem pojąć zasady działania rzeczy, o których mi mówiono. Wszystko to wydawało mi się za trudne i niepotrzebne, no może poza niektórymi sprawami, jak działanie kamer, o którym już Ci mówiłem. Teraz rozumiem, wszystko ma swój mechanizm i niektórych rzeczy zwyczajnie nie można, albo nie tyle, co nie można, co nie wolno pojąć. Niektórych nie warto, nawet nie dlatego, że są bez znaczenia, ale dlatego, że wtedy nie czuć dreszczy wzdłuż kręgosłupa i mrowienia w dłoniach i stopach. Magicznej cudowności, jaka wypływa ze wszystkiego, czego doświadcza się zmysłami, nie rozumem.
Zaczynałem od spraw małych jak wspomniane laboratoria. Pachniało tam chemikaliami, ohydnym, ostrym zapachem środków dezynfekujących i wypranymi, świeżymi kitlami. Matka tam nie pracowała, był za to inny lekarz, który zawsze, gdy mnie złapał, bił mnie po rękach. Kiedyś zlał mnie tak bardzo, że przybrały kolor podobny dojrzałym śliwkom, albo ustom świeżych topielców. Matka nic nie powiedziała, tego dnia zwyczajnie poszła kupić mi rękawiczki. Nie cierpiałem ich jak mało czego do tej pory w swoim krótkim życiu. Nie chciałem udawać, że nic się nie stało, nie chciałem milczeć – ale takie były zasady.
W szpitalu wszystko można było kupić. Był bardzo dobrze pomyślany. I jedzenie na stołówkach nie było złe. Tylko zasady, których nie dało się nie przestrzegać. Bardzo sztywne zasady, których nie narzuciłeś Ty, mój lordzie, wiem, ale wiem też, że gdybyś mógł jakieś ustalić, nie zmieniłbyś ich zbytnio. Nie należysz bowiem lordzie, do tego parszywego gatunku osób, które, podobnie do dziewięcioletniego mnie, skarżą się nawet na takie nic nieznaczące problemy, jak sine ręce. Teraz już rozumiem, jakie to nierozsądne, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem. I jak każde dziecko odbywające karę miałem poczucie głębokiej niesprawiedliwości. W końcu, ostatecznie, nie robiłem niczego złego. Chowałem się tylko, w coraz wymyślniejszych kryjówkach (byłem chudy, więc mieściłem się w większości z nich). Właziłem pod stoły, za szafki, pomiędzy szczeliny przy drzwiach.
Potem wchodziłem do innych miejsc i wolno oswajałem się z pacjentami szpitala, chociaż nie wiem, czy można ich było tak nazywać. Nikt tutaj nie próbował ich leczyć… próbowano odkryć jak wyleczyć Ciebie mój lordzie. To z twojej strony było mądre posunięcie, nie chciałeś leczyć się w Piekle. Teraz już to wiem jak wiele innych rzeczy.
A więc, siedząc w jednym z laboratoriów, uzyskałem informacje, jakobyś odwiedzał główną salę przy wyjściu. Tam były kamery, ale żadnego dziewięciolatka nie przerażają kamery. Nikt ich nie sprawdzał, jak się potem okazało, gdy szukano odpowiedzialnego za to, że byłem wtedy na sali. Wsunąłem się razem z jednym z wózków, potem kilka kroków i za szafkę z lekami, zastawioną stolikiem z narzędziami. Miejsce doskonałe do obserwowania.
Nie było to miejsce przyjemne ani czyste, wbrew temu, jak je sobie wyobrażałem. Miało zapach umierania i bólu, ale wtedy było mi tam po prostu duszno. Nie lubiłem chyba oglądać tych karykaturalnych potworków, które trafiały na tę salę, a było ich tam mnóstwo. I żaden z nich nie posuwał prac na przód – ani jeden. Siedziałem tam naprawdę długo, nie zauważali mnie pacjenci, nie zauważali lekarze, nawet moja matka przeoczyła tego chłopca, skrytego w absolutnym mroku za szafką. Potem nad drzwiami zapaliła się mała czerwona lampka i wkrótce potem na sali było już więcej lekarzy niż pacjentów, rzecz niespotykana w tym miejscu. Nadal nikt mnie nie widział, nawet stojąc obok, nabrałem więc niejakiej pewności, że to wszystko ujdzie mi płazem.
Drzwi otworzyły się na oścież, wszedłeś, podzwaniając na każdym kroku klamrami paska skórzanej kurtki i pierścieniami na palcach. Nie wyglądałeś mój lordzie tak, jak myślałem.
Gdy o Tobie wspominano na korytarzach, myślałem raczej o ubranym w czarny garnitur mężczyźnie, postury jednego z tych wielkich tragarzy z powierzchni, błyskającego uśmiechem i odgarniającego krótkie, lśniące blond włosy do tyłu. Albo kogoś, kto pasował mi do tych z baru, którzy nazywali mnie Inteligencikiem. Brudnego, w podartych albo sztywnych od kurzu ubraniach, z tłustymi włosami uwiązanymi w koński ogon z tyłu czaszki. Takiego z tych, których naprawdę się bałem. Ale to nie byłeś Ty mój lordzie, to nie byłeś Ty w swojej doskonałości.
Ty, mój lordzie, byłeś bardzo blady wchodząc tam, do sali i unosząc dumnie głowę. Kości sterczały ci jak niektórym z pacjentów, bałem się, że gdy się gwałtowniej poruszysz, przebiją się przez skórę. Przyniosłeś ze sobą silny, naprawdę silny zapach papierosów, podobny do tego, jaki wydzielała ta welurowa kanapa z mieszkania na powierzchni. Byłeś niezwykły w każdym detalu, w tym, jak lekko poruszałeś się w tych nieznośnych, ciężkich butach i kurtce, również ciężkiej jak już teraz wiem. Istotnie, nie byłeś ubrany elegancko, tylko w wgniecioną koszulkę i wyplamione czymś spodnie, najpewniej krwią, wnosząc po kolorze. I twoje włosy lordzie… długie, blond włosy, upięte i koślawo związane jakąś wstążką. Nie wyglądałeś nawet jak ci groźni mężczyźni z powierzchni, nie przypominałeś lordzie żadnego z uczonych, jakich tu spotkałem. Chuderlawy, anemiczny, z uśmiechem doklejonym do warg i bardziej kobiecymi, niż męskimi rysami twarzy.

Pamiętam, że myślałem wtedy intensywnie: dlaczego oni wszyscy się boją? Przypominałeś raczej pacjenta mój lordzie. Podobny byłeś zwłokom, jakie czasami przewożono z pokoju do pokoju, przez ogólne korytarze. Może chodziło im o Twoje oczy… to jedyne co mnie wtedy przeraziło. Czerwone, zapuchnięte i zmęczone, podkrążone (jak mniemam od nieprzespanych nocy), o wyrazie pełnym bólu, ale i przekory. Nie widziałem takich nigdy, zwłaszcza, że schowane były pod cienkimi brwiami, których połowę stanowiły kolce, wyłaniające się z drobnych, również czerwonych wypustek, podobnych gadziej skórze. Po cztery nad każdym okiem.
Czarne paznokcie, to też pamiętam, zwróciło moją uwagę. Czarne, dokładnie tak samo jak, atrament i osadzone na kościstych, przeraźliwie chudych dłoniach. Jedną z nich opierałeś na rękojmie miecza. Teraz wiem, że to miecz, wtedy zachodziłem w głowę co to – po latach zastanawiam się z kolei po co. Po co go nosisz, mój doskonały lordzie, skoro potrafisz równie dobrze bronić się bez niego?
Śmiałeś się, wchodząc tam i rozglądając się po ich przerażonych, skamieniałych ze strachu twarzach. Nawet moja matka zamarła, patrząc na Ciebie. Bali się Ciebie, z dokładnie tak samo niezrozumiałych powodów, z jakich moi rówieśnicy trzęśli się siedząc obok mnie. Ale Ty nie milczałeś.
– Nie powiecie mi nic nowego? Nie przywitacie się? Czy może już o mnie zapomnieliście? – Twój głos niósł się po sali, tak doskonale, jakby nawet te zniekształcone potwory jęczące całymi godzinami na szpitalnych łóżkach rozumiały, że to Ty lordzie. Ten, który lał mnie po rękach, trzęsąc się dał Ci jakiś świstek, a Ty, Ty mój doskonały lordzie wybuchłeś śmiechem, który jak żaden inny do tej pory sprawił, że czułem, jak serce staje mi w gardle. Bałem się, jakbyś to ze mnie się śmiał.
– Co to za papier? Czy ja prosiłem o makulaturę? Czytać pierdoły mogę też, kiedy siedzę w domu. Odpowiadajcie mi do cholery! – wyjąłeś papierosa, odpaliłeś i patrzyłeś, czekając, aż odpowiedzą. Nie pamiętam co ci powiedzieli, ale nie byłeś zadowolony, teraz wiem, chociaż wtedy myślałem, że wszystko w porządku, ponieważ uśmiechnąłeś się i zakręciłeś wesoło w miejscu. Mój doskonały lordzie… jak mało wtedy o Tobie wiedziałem. Przepraszam, że wtedy się myliłem. Kręciłeś się pomiędzy łóżkami, tańczyłeś i rechotałeś, potem zatrzymałeś się przy karle, przy którym chodzili od rana.
– Nie wiem, dlaczego wszystko idzie wam zawsze pod górkę. Pierdoleni cudotwórcy, tylko cudów wam braknie. Po cholerę ten tu leży, co? Jest niski, ale to chyba nie wymaga leczenia, co nie? Trzeba było dać mu szczudła i puścić wolno – powiedziałeś. Upuściłeś papierosa i zakaszlałeś krwią, zasłoniłeś usta dłonią, którą otarłeś o spodnie. Krwią… byłeś taki słaby mój lordzie. Drżały ci dłonie. Odłączyłeś go, ale najwyraźniej dolegało mu coś więcej niż niski wzrost. Znów się zaśmiałeś, gdy próbowali go ratować.
– Chciałbym, żebyście przyłożyli się do swojej pracy. I nie chowali bękartów za szafami, bardzo nie lubię, gdy ktoś patrzy mi na ręce – oświadczyłeś. Skąd wiedziałeś? Tego nie dowiedziałem się nigdy – przecież nie spojrzałeś na mnie nawet przez moment, śledziłem każdy Twój ruch, zauważyłbym. Nie. Ty zajmowałeś się sprawami dużo istotniejszymi niż jakiś tam chłopiec schowany za szafą. A jednak! Widziałeś mnie; jakoś odgadłeś to, czego nie potrafili wszyscy krzątający się tam ludzie. Bałem się, panicznie się bałem, gdy to powiedziałeś, ale tylko wyciągnąłeś kolejnego papierosa i ruszyłeś do wyjścia.
– To nie jest czas, ani miejsce, żeby przyprowadzać dzieci do pracy. Jeśli to się powtórzy, przestanę być miły – wyszedłeś i tyle Cię widziałem.
Wydałeś mnie wtedy, mój lordzie i gotów Cię byłem na ten czas znienawidzić. Musiałeś przecież wiedzieć, jakie poniosę konsekwencje swojego postępowania, musiałeś wiedzieć, co ze mną zrobią. I przez pewien czas byłem na Ciebie zły, chociaż Cię wcale nie znałem lordzie. Mój doskonały lordzie… za to również muszę przeprosić, za listę swoich złorzeczeń, przekleństw powtarzanych pod twoim adresem w myślach.
Złapał mnie ten, który bił mnie po rękach. Darł się, wyzywał mnie po wielokroć i klął w kilku językach. Matka nic nie powiedziała, bo cóż mogła? Zasłużyłem sobie przecież. Zaciągnął mnie do sali obok, a ja… ja również krzyczałem, błagałem, płakałem, popadałem w histerię. Nic nie pomogło. Lał mnie, najpierw pasem, potem rękoma.
Nigdy tak naprawdę nie miałem ojca mój lordzie i nikt, prócz tego chirurga mnie nie karał. Był zły na to, że nie pracuje na sali, tylko w laboratoriach (na jego miejscu podejrzewam, że też bym był). Tylko on potrafił zrobić, co należy, potrafił mnie ukarać. Lał mocno, tak, że czuć było jeszcze następnego dnia i wygłaszał stosowne uwagi co do mojego zachowania. Oczywiście nic z nich nie wynosiłem: nie dlatego, że nie rozumiałem, ale ponieważ nie słuchałem. Żadne dziecko nigdy nie słucha.
Kiedy wróciłem do mieszkania, byłem siny od ramion w dół, z pręgami na skórze, ale matka się nie martwiła. Podała mi kolację i powiedziała, żebym założył na następny dzień rękawiczki i zapiął koszulę pod szyją. Pilnował, by wszystko pozostało niewidoczne.
Tak właśnie z tchórza czyni się nieczułego człowieka. Nie wielkimi ideami, nieporuszającymi serca mowami – rzeczywistość jest mój lordzie o wiele, wiele prostsza – podobnie do zwierząt hodowlanych nie czujemy wewnętrznej potrzeby robienia czegoś, ale wiemy, że tak należy postąpić, bo tego od nas oczekują. A może to tylko kolejny stopień tchórzostwa? Nie wiem, wiem natomiast, że uczyłem się wtedy, jak mało znaczy to, że kogoś boli. Blizny i pręgi nie były dla mnie nigdy powodem do dumy. Świadczyły o wstydzie, ponieważ dałem się złapać, więcej – pozwoliłem się ukarać. Teraz wiem już, za wszystko trzeba zapłacić i wszystko ma swoją cenę: taka była cena zobaczenia Cię po raz pierwszy mój lordzie, ale było warto, naprawdę było.
Chapter 2: The Lord
Ach, my perfect lord, I did not know You then at all. At most from those incidents mentioned between words, or from the curses of people passing me in the corridors. Sometimes someone would allude to You, forget themselves for a fraction of a second and allow me to extract some fragment of information. I was not, at that time, terribly curious who You were or what Your interests might be. When I was nine, I was far more preoccupied with the construction of cameras and the nuances of the human body.
Now I regret it, my lord. I regret it profoundly.
They spoke of You sometimes in the corridors of that extraordinary hospital. Your name was uttered with disgust, or with terror. Reports were written for You — reports which, I know perfectly well, You never read. All the doctors lived by Your impeccable commands, by those “demands of the impossible,” as they often called them. But You were nowhere to be seen. We did not encounter one another, not even when I slipped into laboratories and waited hidden in some crevice. And yet I knew that somewhere, You must exist. Even then I felt Your divine presence.
My days passed in rather prosaic occupations: consuming my mother’s bread for breakfast, attending lessons with Mr. Mackbrückner, reading in the library, and undertaking numerous attempts to glimpse You, if only for a moment.
Earlier, I had set myself more unreal objectives — for instance, to find a friend among that rabble of little scoundrels. They resembled me more than those from the surface had: they read as well, and I no longer stuttered. To this day I do not understand why people never liked me. I was not a lively boy, as I have already mentioned; I was not particularly amusing, it is true — but neither did I do anything that should have disqualified me as a friend. I liked order then, just as I do now. You know that best, my lord, although I was never one of those paranoiacs possessed by the obsession of constant cleaning. I simply kept what I owned in order. And I did not own much: a ribbon, a few books, and a watch. Very little for a nine-year-old — but perhaps enough.
They did not speak to me. The girl who sat beside me at the beginning of our schooling quickly changed seats. She said she was afraid of me.
I did not understand the mechanisms of fear at that time. I could not comprehend where it originated, nor why it was so paralysing once it found a voice. But I knew there must be a solution. Being almost nine, I often skipped school and followed doctors through the corridors, asking them about such trifles. Now I know perfectly well that fear results from a chemical reaction involving corticotropin and norepinephrine. But that, too, did not answer the essential question: why? What is so frightening about a scrawny boy drawing likenesses — which, despite their name, resembled nothing at all — of physicians and of Mr. Mackbrückner? What is in me so terrifying that I can smell fear when I enter a room?
In time I learned to use that chemical reaction to my advantage. In time — everything in time, slowly and without haste. Patience is a nearly divine trait. Humans are unparalleled in their ability to create problems for themselves: had it not been for those children, had it not been for that loneliness, we likely would never have met, my lord.
And so, out of sheer lack of occupation, I made it a point of honour — whatever that meant to me then — to see You, our benefactor. The one who employed so many people for the slender possibility of accomplishing the impossible. I shall not ennoble my motives now; I know how much You dislike that, my lord. I believe it stemmed from the natural needs of a child raised in such an environment.
All children enjoy doing what is forbidden — without exception. All await their injection of adrenaline, the adventure of their lives. And I, in truth, was not so very different from them — only a little more afraid, and a little more inclined to think. Like everyone else, I wanted secrets of my own, to be extraordinary for some reason, however trivial. My mother told me every day before leaving that she loved me and that I would grow into someone exceptional. But no child believes such phrases — especially when they are not accompanied by success.
And I must confess, my lord, I was never the best pupil. I could not grasp the principles behind the things I was told. It all seemed too difficult and unnecessary — save for certain matters, such as the functioning of cameras, about which I have already spoken to You. Now I understand: everything has its mechanism, and some things one simply cannot — or rather, ought not — comprehend. Some are not worth understanding, not because they lack significance, but because then one no longer feels the shiver along the spine, the tingling in the hands and feet. The magical wonder that flows from experiencing things with the senses, not with reason.
I began with small transgressions, such as those laboratories. They smelled of chemicals, of the foul, sharp odour of disinfectants, and of freshly laundered coats. My mother did not work there. Another doctor did — one who, whenever he caught me, beat my hands. Once he struck me so severely that they turned the colour of ripe plums, or of the lips of fresh corpses. My mother said nothing. That day she simply bought me gloves.
I despised them as I have despised very little else in my short life. I did not wish to pretend that nothing had happened. I did not wish to remain silent. But those were the rules.
In that hospital one could buy everything. It was very well designed. Even the food in the cafeterias was not bad. Only the rules — the rules that could not be disobeyed. Very rigid rules. Not imposed by You, my lord — I know that — but I also know that had You established any, You would not have altered them much. You are not, my lord, of that wretched species who — like nine-year-old me — complain even about such insignificant problems as bruised hands.
Now I understand how unreasonable that was. But then I did not know. And like every child undergoing punishment, I felt a profound sense of injustice. After all, I was doing nothing wrong. I was only hiding in increasingly inventive places — I was thin, and thus fit into most of them. I crawled beneath tables, behind cabinets, into gaps by the doors.
Later I entered other places and slowly accustomed myself to the hospital’s patients — though I do not know whether that was the proper word. No one there attempted to cure them. They were attempting to discover how to cure You, my lord. On Your part, that was wise. You did not wish to be treated in Hell. Now I understand that, as I understand so many other things.
And so, sitting in one of the laboratories, I obtained information that You visited the main hall near the exit. There were cameras there, but no nine-year-old is frightened by cameras. No one checked them, as later became apparent when they searched for whoever was responsible for my presence in the hall that day.
I slipped in alongside one of the carts, took several steps, and hid behind a medicine cabinet obstructed by a table of instruments. A perfect place for observation.
It was not pleasant, nor clean — contrary to how I had imagined it. It smelled of dying and pain, though at the time it merely felt suffocating. I do not think I enjoyed looking at the grotesque caricatures that arrived in that room. There were many of them. And not a single one advanced the work — not one.
I sat there for a very long time. The patients did not notice me. The doctors did not notice me. Even my mother overlooked the boy concealed in absolute darkness behind the cabinet.
Then a small red light above the door flickered on. Soon there were more doctors in the hall than patients — an unprecedented occurrence in that place. Still no one saw me, not even those standing beside me. I grew somewhat confident that this would pass without consequence.
The doors opened wide.
You entered, the buckles of Your leather jacket clinking with every step, rings chiming faintly upon Your fingers.
You did not look as I had imagined, my lord.
When they spoke of You in the corridors, I had imagined a man in a black suit, built like one of those enormous porters from the surface, flashing a smile and slicking short blond hair back. Or someone resembling the men from the bar who called me Intellectual — dirty, clad in torn or dust-stiffened clothes, greasy hair tied into a ponytail. One of those I truly feared.
But that was not You, my lord. That was not You in Your perfection.
You were very pale as You entered the hall, holding Your head high. Your bones protruded like those of some patients; I feared that if You moved too abruptly they might pierce the skin. You carried with You a strong — truly strong — scent of cigarettes, akin to that emitted by the velvet sofa from our surface apartment.
You were extraordinary in every detail: in how lightly You moved in those intolerable, heavy boots and that equally heavy jacket. Indeed, You were not dressed elegantly — merely in a dented shirt and trousers stained with something, most likely blood, judging by the colour. And Your hair, my lord… long blond hair, pinned and clumsily tied with some ribbon.
You did not resemble the dangerous men from the surface. Nor did You resemble any scholar I had encountered there. Scrawny. Anemic. A smile pasted to Your lips. Features more feminine than masculine.
Fig. 2. My Perfect Lord
I remember thinking intensely: why are they all afraid?
You resembled a patient, my lord. You resembled the corpses sometimes wheeled from room to room through the general corridors. Perhaps it was Your eyes… that alone frightened me. Red. Swollen. Tired. Dark-circled — from sleepless nights, I presume. Filled with pain, but also defiance. I had never seen such eyes, especially since they were framed by thin brows half composed of spikes emerging from small, red protrusions like reptilian skin — four above each eye.
Black nails — I remember noticing that too. Black as ink, set upon bony, terrifyingly thin hands. One of those hands rested upon the hilt of a sword. Now I know it was a sword. Then I wondered what it was. Years later I wonder instead why You carry it, my perfect lord, when You are fully capable of defending Yourself without it.
You laughed as You entered, surveying their petrified faces. Even my mother froze. They feared You for reasons just as incomprehensible as those for which my peers trembled beside me.
But You did not remain silent.
“Will you tell me nothing new? Not even greet me? Or have you already forgotten me?”
Your voice carried through the hall so perfectly that even those distorted creatures groaning for hours on hospital beds seemed to understand it was You.
The one who beat my hands, trembling, handed You a sheet of paper. And You — You, my perfect lord — burst into laughter unlike any I had ever heard, and I felt my heart rise into my throat. I feared You were laughing at me.
“What is this paper? Did I ask for waste? I can read nonsense at home. Answer me, damn it!”
You took out a cigarette, lit it, and waited. I do not remember what they told You, but You were not satisfied. Now I know it, though then I believed all was well, because You smiled and spun lightly in place.
My perfect lord… how little I knew.
You twirled between the beds, danced, cackled, then stopped beside a dwarf they had attended since morning.
“I don’t know why everything always goes uphill for you. Fucking miracle-workers — except you lack miracles. Why is this one lying here, hmm? He’s short, but that hardly requires treatment, does it? You should’ve given him stilts and let him go.”
You dropped Your cigarette and coughed blood. Covered Your mouth. Wiped Your hand on Your trousers. Blood… You were so weak, my lord. Your hands trembled.
You disconnected him. Apparently his ailment was more than short stature. You laughed again as they tried to save him.
“I would like you to apply yourselves to your work. And do not hide bastards behind cabinets. I very much dislike when someone watches my hands.”
How did You know?
I never learned that. You did not look at me even once — I watched every movement. You were occupied with matters far more significant than some boy behind a cabinet.
And yet — You saw me. Somehow You deduced what none of those bustling people could.
I was terrified. Panicked. But You merely lit another cigarette and headed toward the exit.
“This is neither the time nor the place to bring children to work. If it happens again, I shall cease to be kind.”
You left. And that was the last I saw of You that day.
You exposed me then, my lord. For a time I was ready to hate You. You must have known what consequences I would suffer. And for a while I was angry — though I did not know You.
For that, too, I must apologize. For the list of curses and ill wishes I repeated in my thoughts at Your expense.
The one who beat my hands seized me. He shouted, insulted me repeatedly, cursed in several languages. My mother said nothing — what could she say? I had earned it.
He dragged me into the adjacent room. And I — I screamed as well. I begged. I wept. I descended into hysteria. It helped nothing.
He beat me — first with a belt, then with his hands.
I never truly had a father, my lord, and no one besides that surgeon punished me. He was angry that he worked in laboratories rather than in the main hall. In his place, I suspect, I would have been angry too. Only he could do what was necessary. He beat me thoroughly — so that it was felt the next day — and delivered appropriate remarks regarding my conduct. Of course I retained none of them. Not because I failed to understand — but because I did not listen. No child ever listens.
When I returned to the apartment, I was blue from shoulders downward, stripes marking my skin. My mother did not worry. She served me supper and told me to wear gloves the next day and button my shirt to the neck.
He made certain everything remained invisible.
That is how a coward becomes an unfeeling man.
Not through grand ideas, not through speeches that stir the heart — reality is far simpler, my lord. Like livestock, we do not feel an inner need to act, but we know we must, because it is expected of us.
Or perhaps that, too, is merely another degree of cowardice.
I do not know.
I know only that then I was learning how little it matters that someone hurts. Scars and welts were never a source of pride to me. They signified shame — because I had been caught. Worse — because I had allowed myself to be punished.
Now I understand: everything must be paid for. Everything has its price.
That was the price of seeing You for the first time, my lord.
And it was worth it.
Truly — it was worth it.
Rozdział 2 Lord
Ach, mój doskonały lordzie, nie znałem Cię wtedy wcale. Co najwyżej ze wspomnianych pomiędzy słowami zdarzeń albo przekleństw mijających mnie ludzi. Czasami ktoś napomknął coś o Tobie, przez ułamek sekundy się zapomniał i pozwolił mi wyciągnąć jakąś informację. Nie byłem wtedy, aż tak ciekaw kim jesteś i jakie są Twoje zainteresowania. Gdy miałem dziewięć lat bardziej zajmowała mnie budowa kamer i niuanse ludzkiego ciała. Teraz żałuję mój lordzie, tak bardzo żałuję.
Mówiono o Tobie czasami na korytarzach tego niezwykłego szpitala, wspominano Twoje imię z odrazą, albo przerażeniem, pisano dla Ciebie raporty, których sam doskonale wiem, nigdy nie przeczytałeś. Wszyscy lekarze żyli Twoimi doskonałymi rozkazami, „żądaniami niemożliwego”, jak je często nazywali. Ale Ciebie nigdzie nie było. Nie widywaliśmy się, nawet, gdy wkradałem się do laboratoriów i czekałem schowany w jakiejś szczelinie, a pomimo to wiedziałem, że gdzieś tam musisz być, przecież, nawet wtedy, czułem Twoją boską obecność.
Moje dni mijały zazwyczaj na czynnościach dość prozaicznych: pożywianiu się matczynym chlebem na śniadanie, zajęciami z panem Mackbrücknerem, czytaniu w bibliotece i rozlicznych próbach zobaczenia Cię, chociaż przez moment.
Wcześniej stawiałem sobie cele bardziej odrealnione: na przykład znaleźć przyjaciela wśród tej zgrai nicponi. Przypominali mnie bardziej od tych z powierzchni: również czytali, a ja się już nie jąkałem. Nie rozumiem do dzisiaj, dlaczego ludzie nigdy mnie nie lubili. Nie byłem typem chłopca żwawego, jak już wspominałem, nie byłem nazbyt zabawny, to prawda, ale nie zrobiłem też nic, co dyskwalifikowałoby mnie jako przyjaciela. Lubiłem mieć wtedy porządek, zresztą tak jak i teraz, Ty wiesz to najlepiej lordzie, chociaż nigdy nie należałem do tych paranoików, owładniętych obsesją ciągłego sprzątania. Wszystko, co miałem trzymałem po prostu w porządku, a nie miałem wiele: wstążkę, kilka książek i zegarek. Bardzo nie dużo jak na dziewięciolatka, ale może wystarczająco. Nie odzywali się do mnie. Dziewczyna, która usiadła ze mną w ławie na początku naszej nauki, szybko zmieniła miejsce. Mówiła, że się mnie boi.
Nie rozumiałem wtedy mechanizmów lęku. Nie potrafiłem pojąć skąd się bierze i dlaczego jest taki paraliżujący, gdy dochodzi do głosu, ale wiedziałem, że musi być jakieś rozwiązanie. Mając już lat niemal dziewięć, często opuszczałem szkołę i chodziłem za lekarzami, pytając ich o takie drobnostki. Teraz wiem doskonale, że strach wynika z reakcji chemicznej, w której skład wchodzi kortykotropina i norepineferyna. Ale to też nie odpowiadało na pytanie: dlaczego? Co jest strasznego w chuderlawym chłopcu rysującym (wbrew nazwie niepodobne do niczego) podobizny medyków i pana Mackbrücknera? Co jest we mnie tak przerażającego, że czuję zapach strachu wchodząc do pokoju? Z czasem nauczyłem się wykorzystywać tę reakcję chemiczną do swoich celów, z czasem, wszystko z czasem, powoli i bez pośpiechu. Cierpliwość jest cechą niemalże boską. Ludzie są niedoścignieni w tworzeniu sobie problemów: gdyby nie tamte dzieci, gdyby nie to osamotnienie, prawdopodobnie nigdy byśmy się nie spotkali mój lordzie.
Z braku więc, zajęcia, postawiłem sobie, za punkt honoru (czymkolwiek on wtedy dla mnie był) zobaczenie Ciebie, naszego chlebodawcy. Kogoś, kto zatrudnił tylu ludzi dla wątłej możliwości dokonania niemożliwego. Nie będę teraz jednak uszlachetniał swoich pobudek, wiem, jak tego nie lubisz lordzie. Sądzę, że to wszystko wynikało z naturalnych potrzeb dziecka, które wychowuje się w takim otoczeniu.
Wszystkie dzieci lubią robić to, czego nie wolno, bez wyjątków. Wszystkie oczekują na zastrzyk adrenaliny, na przygodę swojego życia. I ja, tak naprawdę, nie byłem od nich wiele różny, po prostu odrobinę bardziej się bałem i odrobinę więcej myślałem. Tak samo, jak wszyscy chciałem mieć swoje tajemnice, być niezwykły z jakiegoś, chociażby tak błahego powodu. Mama mówiła mi, codziennie przed wyjściem, że mnie kocha i wyrosnę na kogoś nieprzeciętnego, ale żadne dziecko nie wierzy w takie frazesy, zwłaszcza gdy nie idą w parze z sukcesami.
A chcę powiedzieć, że nigdy nie byłem najlepszym uczniem mój lordzie: nie potrafiłem pojąć zasady działania rzeczy, o których mi mówiono. Wszystko to wydawało mi się za trudne i niepotrzebne, no może poza niektórymi sprawami, jak działanie kamer, o którym już Ci mówiłem. Teraz rozumiem, wszystko ma swój mechanizm i niektórych rzeczy zwyczajnie nie można, albo nie tyle, co nie można, co nie wolno pojąć. Niektórych nie warto, nawet nie dlatego, że są bez znaczenia, ale dlatego, że wtedy nie czuć dreszczy wzdłuż kręgosłupa i mrowienia w dłoniach i stopach. Magicznej cudowności, jaka wypływa ze wszystkiego, czego doświadcza się zmysłami, nie rozumem.
Zaczynałem od spraw małych jak wspomniane laboratoria. Pachniało tam chemikaliami, ohydnym, ostrym zapachem środków dezynfekujących i wypranymi, świeżymi kitlami. Matka tam nie pracowała, był za to inny lekarz, który zawsze, gdy mnie złapał, bił mnie po rękach. Kiedyś zlał mnie tak bardzo, że przybrały kolor podobny dojrzałym śliwkom, albo ustom świeżych topielców. Matka nic nie powiedziała, tego dnia zwyczajnie poszła kupić mi rękawiczki. Nie cierpiałem ich jak mało czego do tej pory w swoim krótkim życiu. Nie chciałem udawać, że nic się nie stało, nie chciałem milczeć – ale takie były zasady.
W szpitalu wszystko można było kupić. Był bardzo dobrze pomyślany. I jedzenie na stołówkach nie było złe. Tylko zasady, których nie dało się nie przestrzegać. Bardzo sztywne zasady, których nie narzuciłeś Ty, mój lordzie, wiem, ale wiem też, że gdybyś mógł jakieś ustalić, nie zmieniłbyś ich zbytnio. Nie należysz bowiem lordzie, do tego parszywego gatunku osób, które, podobnie do dziewięcioletniego mnie, skarżą się nawet na takie nic nieznaczące problemy, jak sine ręce. Teraz już rozumiem, jakie to nierozsądne, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem. I jak każde dziecko odbywające karę miałem poczucie głębokiej niesprawiedliwości. W końcu, ostatecznie, nie robiłem niczego złego. Chowałem się tylko, w coraz wymyślniejszych kryjówkach (byłem chudy, więc mieściłem się w większości z nich). Właziłem pod stoły, za szafki, pomiędzy szczeliny przy drzwiach.
Potem wchodziłem do innych miejsc i wolno oswajałem się z pacjentami szpitala, chociaż nie wiem, czy można ich było tak nazywać. Nikt tutaj nie próbował ich leczyć… próbowano odkryć jak wyleczyć Ciebie mój lordzie. To z twojej strony było mądre posunięcie, nie chciałeś leczyć się w Piekle. Teraz już to wiem jak wiele innych rzeczy.
A więc, siedząc w jednym z laboratoriów, uzyskałem informacje, jakobyś odwiedzał główną salę przy wyjściu. Tam były kamery, ale żadnego dziewięciolatka nie przerażają kamery. Nikt ich nie sprawdzał, jak się potem okazało, gdy szukano odpowiedzialnego za to, że byłem wtedy na sali. Wsunąłem się razem z jednym z wózków, potem kilka kroków i za szafkę z lekami, zastawioną stolikiem z narzędziami. Miejsce doskonałe do obserwowania.
Nie było to miejsce przyjemne ani czyste, wbrew temu, jak je sobie wyobrażałem. Miało zapach umierania i bólu, ale wtedy było mi tam po prostu duszno. Nie lubiłem chyba oglądać tych karykaturalnych potworków, które trafiały na tę salę, a było ich tam mnóstwo. I żaden z nich nie posuwał prac na przód - ani jeden. Siedziałem tam naprawdę długo, nie zauważali mnie pacjenci, nie zauważali lekarze, nawet moja matka przeoczyła tego chłopca, skrytego w absolutnym mroku za szafką. Potem nad drzwiami zapaliła się mała czerwona lampka i wkrótce potem na sali było już więcej lekarzy niż pacjentów, rzecz niespotykana w tym miejscu. Nadal nikt mnie nie widział, nawet stojąc obok, nabrałem więc niejakiej pewności, że to wszystko ujdzie mi płazem.
Drzwi otworzyły się na oścież, wszedłeś, podzwaniając na każdym kroku klamrami paska skórzanej kurtki i pierścieniami na palcach. Nie wyglądałeś mój lordzie tak, jak myślałem.
Gdy o Tobie wspominano na korytarzach, myślałem raczej o ubranym w czarny garnitur mężczyźnie, postury jednego z tych wielkich tragarzy z powierzchni, błyskającego uśmiechem i odgarniającego krótkie, lśniące blond włosy do tyłu. Albo kogoś, kto pasował mi do tych z baru, którzy nazywali mnie Inteligencikiem. Brudnego, w podartych albo sztywnych od kurzu ubraniach, z tłustymi włosami uwiązanymi w koński ogon z tyłu czaszki. Takiego z tych, których naprawdę się bałem. Ale to nie byłeś Ty mój lordzie, to nie byłeś Ty w swojej doskonałości.
Ty, mój lordzie, byłeś bardzo blady wchodząc tam, do sali i unosząc dumnie głowę. Kości sterczały ci jak niektórym z pacjentów, bałem się, że gdy się gwałtowniej poruszysz, przebiją się przez skórę. Przyniosłeś ze sobą silny, naprawdę silny zapach papierosów, podobny do tego, jaki wydzielała ta welurowa kanapa z mieszkania na powierzchni. Byłeś niezwykły w każdym detalu, w tym, jak lekko poruszałeś się w tych nieznośnych, ciężkich butach i kurtce, również ciężkiej jak już teraz wiem. Istotnie, nie byłeś ubrany elegancko, tylko w wgniecioną koszulkę i wyplamione czymś spodnie, najpewniej krwią, wnosząc po kolorze. I twoje włosy lordzie… długie, blond włosy, upięte i koślawo związane jakąś wstążką. Nie wyglądałeś nawet jak ci groźni mężczyźni z powierzchni, nie przypominałeś lordzie żadnego z uczonych, jakich tu spotkałem. Chuderlawy, anemiczny, z uśmiechem doklejonym do warg i bardziej kobiecymi, niż męskimi rysami twarzy.
[caption id="attachment_3717" align="aligncenter" width="340"]
Ryc 2 Mój dokonały lord[/caption]
Pamiętam, że myślałem wtedy intensywnie: dlaczego oni wszyscy się boją? Przypominałeś raczej pacjenta mój lordzie. Podobny byłeś zwłokom, jakie czasami przewożono z pokoju do pokoju, przez ogólne korytarze. Może chodziło im o Twoje oczy… to jedyne co mnie wtedy przeraziło. Czerwone, zapuchnięte i zmęczone, podkrążone (jak mniemam od nieprzespanych nocy), o wyrazie pełnym bólu, ale i przekory. Nie widziałem takich nigdy, zwłaszcza, że schowane były pod cienkimi brwiami, których połowę stanowiły kolce, wyłaniające się z drobnych, również czerwonych wypustek, podobnych gadziej skórze. Po cztery nad każdym okiem.
Czarne paznokcie, to też pamiętam, zwróciło moją uwagę. Czarne, dokładnie tak samo jak, atrament i osadzone na kościstych, przeraźliwie chudych dłoniach. Jedną z nich opierałeś na rękojmie miecza. Teraz wiem, że to miecz, wtedy zachodziłem w głowę co to – po latach zastanawiam się z kolei po co. Po co go nosisz, mój doskonały lordzie, skoro potrafisz równie dobrze bronić się bez niego?
Śmiałeś się, wchodząc tam i rozglądając się po ich przerażonych, skamieniałych ze strachu twarzach. Nawet moja matka zamarła, patrząc na Ciebie. Bali się Ciebie, z dokładnie tak samo niezrozumiałych powodów, z jakich moi rówieśnicy trzęśli się siedząc obok mnie. Ale Ty nie milczałeś.
- Nie powiecie mi nic nowego? Nie przywitacie się? Czy może już o mnie zapomnieliście? – Twój głos niósł się po sali, tak doskonale, jakby nawet te zniekształcone potwory jęczące całymi godzinami na szpitalnych łóżkach rozumiały, że to Ty lordzie. Ten, który lał mnie po rękach, trzęsąc się dał Ci jakiś świstek, a Ty, Ty mój doskonały lordzie wybuchłeś śmiechem, który jak żaden inny do tej pory sprawił, że czułem, jak serce staje mi w gardle. Bałem się, jakbyś to ze mnie się śmiał.
- Co to za papier? Czy ja prosiłem o makulaturę? Czytać pierdoły mogę też, kiedy siedzę w domu. Odpowiadajcie mi do cholery! – wyjąłeś papierosa, odpaliłeś i patrzyłeś, czekając, aż odpowiedzą. Nie pamiętam co ci powiedzieli, ale nie byłeś zadowolony, teraz wiem, chociaż wtedy myślałem, że wszystko w porządku, ponieważ uśmiechnąłeś się i zakręciłeś wesoło w miejscu. Mój doskonały lordzie… jak mało wtedy o Tobie wiedziałem. Przepraszam, że wtedy się myliłem. Kręciłeś się pomiędzy łóżkami, tańczyłeś i rechotałeś, potem zatrzymałeś się przy karle, przy którym chodzili od rana.
- Nie wiem, dlaczego wszystko idzie wam zawsze pod górkę. Pierdoleni cudotwórcy, tylko cudów wam braknie. Po cholerę ten tu leży, co? Jest niski, ale to chyba nie wymaga leczenia, co nie? Trzeba było dać mu szczudła i puścić wolno – powiedziałeś. Upuściłeś papierosa i zakaszlałeś krwią, zasłoniłeś usta dłonią, którą otarłeś o spodnie. Krwią… byłeś taki słaby mój lordzie. Drżały ci dłonie. Odłączyłeś go, ale najwyraźniej dolegało mu coś więcej niż niski wzrost. Znów się zaśmiałeś, gdy próbowali go ratować.
- Chciałbym, żebyście przyłożyli się do swojej pracy. I nie chowali bękartów za szafami, bardzo nie lubię, gdy ktoś patrzy mi na ręce – oświadczyłeś. Skąd wiedziałeś? Tego nie dowiedziałem się nigdy – przecież nie spojrzałeś na mnie nawet przez moment, śledziłem każdy Twój ruch, zauważyłbym. Nie. Ty zajmowałeś się sprawami dużo istotniejszymi niż jakiś tam chłopiec schowany za szafą. A jednak! Widziałeś mnie; jakoś odgadłeś to, czego nie potrafili wszyscy krzątający się tam ludzie. Bałem się, panicznie się bałem, gdy to powiedziałeś, ale tylko wyciągnąłeś kolejnego papierosa i ruszyłeś do wyjścia.
- To nie jest czas, ani miejsce, żeby przyprowadzać dzieci do pracy. Jeśli to się powtórzy, przestanę być miły - wyszedłeś i tyle Cię widziałem.
Wydałeś mnie wtedy, mój lordzie i gotów Cię byłem na ten czas znienawidzić. Musiałeś przecież wiedzieć, jakie poniosę konsekwencje swojego postępowania, musiałeś wiedzieć, co ze mną zrobią. I przez pewien czas byłem na Ciebie zły, chociaż Cię wcale nie znałem lordzie. Mój doskonały lordzie… za to również muszę przeprosić, za listę swoich złorzeczeń, przekleństw powtarzanych pod twoim adresem w myślach.
Złapał mnie ten, który bił mnie po rękach. Darł się, wyzywał mnie po wielokroć i klął w kilku językach. Matka nic nie powiedziała, bo cóż mogła? Zasłużyłem sobie przecież. Zaciągnął mnie do sali obok, a ja… ja również krzyczałem, błagałem, płakałem, popadałem w histerię. Nic nie pomogło. Lał mnie, najpierw pasem, potem rękoma.
Nigdy tak naprawdę nie miałem ojca mój lordzie i nikt, prócz tego chirurga mnie nie karał. Był zły na to, że nie pracuje na sali, tylko w laboratoriach (na jego miejscu podejrzewam, że też bym był). Tylko on potrafił zrobić, co należy, potrafił mnie ukarać. Lał mocno, tak, że czuć było jeszcze następnego dnia i wygłaszał stosowne uwagi co do mojego zachowania. Oczywiście nic z nich nie wynosiłem: nie dlatego, że nie rozumiałem, ale ponieważ nie słuchałem. Żadne dziecko nigdy nie słucha.
Kiedy wróciłem do mieszkania, byłem siny od ramion w dół, z pręgami na skórze, ale matka się nie martwiła. Podała mi kolację i powiedziała, żebym założył na następny dzień rękawiczki i zapiął koszulę pod szyją. Pilnował, by wszystko pozostało niewidoczne.
Tak właśnie z tchórza czyni się nieczułego człowieka. Nie wielkimi ideami, nieporuszającymi serca mowami – rzeczywistość jest mój lordzie o wiele, wiele prostsza – podobnie do zwierząt hodowlanych nie czujemy wewnętrznej potrzeby robienia czegoś, ale wiemy, że tak należy postąpić, bo tego od nas oczekują. A może to tylko kolejny stopień tchórzostwa? Nie wiem, wiem natomiast, że uczyłem się wtedy, jak mało znaczy to, że kogoś boli. Blizny i pręgi nie były dla mnie nigdy powodem do dumy. Świadczyły o wstydzie, ponieważ dałem się złapać, więcej – pozwoliłem się ukarać. Teraz wiem już, za wszystko trzeba zapłacić i wszystko ma swoją cenę: taka była cena zobaczenia Cię po raz pierwszy mój lordzie, ale było warto, naprawdę było.
Chapter 2: The Lord
Ach, my perfect lord, I did not know You then at all. At most from those incidents mentioned between words, or from the curses of people passing me in the corridors. Sometimes someone would allude to You, forget themselves for a fraction of a second and allow me to extract some fragment of information. I was not, at that time, terribly curious who You were or what Your interests might be. When I was nine, I was far more preoccupied with the construction of cameras and the nuances of the human body.
Now I regret it, my lord. I regret it profoundly.
They spoke of You sometimes in the corridors of that extraordinary hospital. Your name was uttered with disgust, or with terror. Reports were written for You — reports which, I know perfectly well, You never read. All the doctors lived by Your impeccable commands, by those “demands of the impossible,” as they often called them. But You were nowhere to be seen. We did not encounter one another, not even when I slipped into laboratories and waited hidden in some crevice. And yet I knew that somewhere, You must exist. Even then I felt Your divine presence.
My days passed in rather prosaic occupations: consuming my mother’s bread for breakfast, attending lessons with Mr. Mackbrückner, reading in the library, and undertaking numerous attempts to glimpse You, if only for a moment.
Earlier, I had set myself more unreal objectives — for instance, to find a friend among that rabble of little scoundrels. They resembled me more than those from the surface had: they read as well, and I no longer stuttered. To this day I do not understand why people never liked me. I was not a lively boy, as I have already mentioned; I was not particularly amusing, it is true — but neither did I do anything that should have disqualified me as a friend. I liked order then, just as I do now. You know that best, my lord, although I was never one of those paranoiacs possessed by the obsession of constant cleaning. I simply kept what I owned in order. And I did not own much: a ribbon, a few books, and a watch. Very little for a nine-year-old — but perhaps enough.
They did not speak to me. The girl who sat beside me at the beginning of our schooling quickly changed seats. She said she was afraid of me.
I did not understand the mechanisms of fear at that time. I could not comprehend where it originated, nor why it was so paralysing once it found a voice. But I knew there must be a solution. Being almost nine, I often skipped school and followed doctors through the corridors, asking them about such trifles. Now I know perfectly well that fear results from a chemical reaction involving corticotropin and norepinephrine. But that, too, did not answer the essential question: why? What is so frightening about a scrawny boy drawing likenesses — which, despite their name, resembled nothing at all — of physicians and of Mr. Mackbrückner? What is in me so terrifying that I can smell fear when I enter a room?
In time I learned to use that chemical reaction to my advantage. In time — everything in time, slowly and without haste. Patience is a nearly divine trait. Humans are unparalleled in their ability to create problems for themselves: had it not been for those children, had it not been for that loneliness, we likely would never have met, my lord.
And so, out of sheer lack of occupation, I made it a point of honour — whatever that meant to me then — to see You, our benefactor. The one who employed so many people for the slender possibility of accomplishing the impossible. I shall not ennoble my motives now; I know how much You dislike that, my lord. I believe it stemmed from the natural needs of a child raised in such an environment.
All children enjoy doing what is forbidden — without exception. All await their injection of adrenaline, the adventure of their lives. And I, in truth, was not so very different from them — only a little more afraid, and a little more inclined to think. Like everyone else, I wanted secrets of my own, to be extraordinary for some reason, however trivial. My mother told me every day before leaving that she loved me and that I would grow into someone exceptional. But no child believes such phrases — especially when they are not accompanied by success.
And I must confess, my lord, I was never the best pupil. I could not grasp the principles behind the things I was told. It all seemed too difficult and unnecessary — save for certain matters, such as the functioning of cameras, about which I have already spoken to You. Now I understand: everything has its mechanism, and some things one simply cannot — or rather, ought not — comprehend. Some are not worth understanding, not because they lack significance, but because then one no longer feels the shiver along the spine, the tingling in the hands and feet. The magical wonder that flows from experiencing things with the senses, not with reason.
I began with small transgressions, such as those laboratories. They smelled of chemicals, of the foul, sharp odour of disinfectants, and of freshly laundered coats. My mother did not work there. Another doctor did — one who, whenever he caught me, beat my hands. Once he struck me so severely that they turned the colour of ripe plums, or of the lips of fresh corpses. My mother said nothing. That day she simply bought me gloves.
I despised them as I have despised very little else in my short life. I did not wish to pretend that nothing had happened. I did not wish to remain silent. But those were the rules.
In that hospital one could buy everything. It was very well designed. Even the food in the cafeterias was not bad. Only the rules — the rules that could not be disobeyed. Very rigid rules. Not imposed by You, my lord — I know that — but I also know that had You established any, You would not have altered them much. You are not, my lord, of that wretched species who — like nine-year-old me — complain even about such insignificant problems as bruised hands.
Now I understand how unreasonable that was. But then I did not know. And like every child undergoing punishment, I felt a profound sense of injustice. After all, I was doing nothing wrong. I was only hiding in increasingly inventive places — I was thin, and thus fit into most of them. I crawled beneath tables, behind cabinets, into gaps by the doors.
Later I entered other places and slowly accustomed myself to the hospital’s patients — though I do not know whether that was the proper word. No one there attempted to cure them. They were attempting to discover how to cure You, my lord. On Your part, that was wise. You did not wish to be treated in Hell. Now I understand that, as I understand so many other things.
And so, sitting in one of the laboratories, I obtained information that You visited the main hall near the exit. There were cameras there, but no nine-year-old is frightened by cameras. No one checked them, as later became apparent when they searched for whoever was responsible for my presence in the hall that day.
I slipped in alongside one of the carts, took several steps, and hid behind a medicine cabinet obstructed by a table of instruments. A perfect place for observation.
It was not pleasant, nor clean — contrary to how I had imagined it. It smelled of dying and pain, though at the time it merely felt suffocating. I do not think I enjoyed looking at the grotesque caricatures that arrived in that room. There were many of them. And not a single one advanced the work — not one.
I sat there for a very long time. The patients did not notice me. The doctors did not notice me. Even my mother overlooked the boy concealed in absolute darkness behind the cabinet.
Then a small red light above the door flickered on. Soon there were more doctors in the hall than patients — an unprecedented occurrence in that place. Still no one saw me, not even those standing beside me. I grew somewhat confident that this would pass without consequence.
The doors opened wide.
You entered, the buckles of Your leather jacket clinking with every step, rings chiming faintly upon Your fingers.
You did not look as I had imagined, my lord.
When they spoke of You in the corridors, I had imagined a man in a black suit, built like one of those enormous porters from the surface, flashing a smile and slicking short blond hair back. Or someone resembling the men from the bar who called me Intellectual — dirty, clad in torn or dust-stiffened clothes, greasy hair tied into a ponytail. One of those I truly feared.
But that was not You, my lord. That was not You in Your perfection.
You were very pale as You entered the hall, holding Your head high. Your bones protruded like those of some patients; I feared that if You moved too abruptly they might pierce the skin. You carried with You a strong — truly strong — scent of cigarettes, akin to that emitted by the velvet sofa from our surface apartment.
You were extraordinary in every detail: in how lightly You moved in those intolerable, heavy boots and that equally heavy jacket. Indeed, You were not dressed elegantly — merely in a dented shirt and trousers stained with something, most likely blood, judging by the colour. And Your hair, my lord… long blond hair, pinned and clumsily tied with some ribbon.
You did not resemble the dangerous men from the surface. Nor did You resemble any scholar I had encountered there. Scrawny. Anemic. A smile pasted to Your lips. Features more feminine than masculine.
Fig. 2. My Perfect Lord
I remember thinking intensely: why are they all afraid?
You resembled a patient, my lord. You resembled the corpses sometimes wheeled from room to room through the general corridors. Perhaps it was Your eyes… that alone frightened me. Red. Swollen. Tired. Dark-circled — from sleepless nights, I presume. Filled with pain, but also defiance. I had never seen such eyes, especially since they were framed by thin brows half composed of spikes emerging from small, red protrusions like reptilian skin — four above each eye.
Black nails — I remember noticing that too. Black as ink, set upon bony, terrifyingly thin hands. One of those hands rested upon the hilt of a sword. Now I know it was a sword. Then I wondered what it was. Years later I wonder instead why You carry it, my perfect lord, when You are fully capable of defending Yourself without it.
You laughed as You entered, surveying their petrified faces. Even my mother froze. They feared You for reasons just as incomprehensible as those for which my peers trembled beside me.
But You did not remain silent.
“Will you tell me nothing new? Not even greet me? Or have you already forgotten me?”
Your voice carried through the hall so perfectly that even those distorted creatures groaning for hours on hospital beds seemed to understand it was You.
The one who beat my hands, trembling, handed You a sheet of paper. And You — You, my perfect lord — burst into laughter unlike any I had ever heard, and I felt my heart rise into my throat. I feared You were laughing at me.
“What is this paper? Did I ask for waste? I can read nonsense at home. Answer me, damn it!”
You took out a cigarette, lit it, and waited. I do not remember what they told You, but You were not satisfied. Now I know it, though then I believed all was well, because You smiled and spun lightly in place.
My perfect lord… how little I knew.
You twirled between the beds, danced, cackled, then stopped beside a dwarf they had attended since morning.
“I don’t know why everything always goes uphill for you. Fucking miracle-workers — except you lack miracles. Why is this one lying here, hmm? He’s short, but that hardly requires treatment, does it? You should’ve given him stilts and let him go.”
You dropped Your cigarette and coughed blood. Covered Your mouth. Wiped Your hand on Your trousers. Blood… You were so weak, my lord. Your hands trembled.
You disconnected him. Apparently his ailment was more than short stature. You laughed again as they tried to save him.
“I would like you to apply yourselves to your work. And do not hide bastards behind cabinets. I very much dislike when someone watches my hands.”
How did You know?
I never learned that. You did not look at me even once — I watched every movement. You were occupied with matters far more significant than some boy behind a cabinet.
And yet — You saw me. Somehow You deduced what none of those bustling people could.
I was terrified. Panicked. But You merely lit another cigarette and headed toward the exit.
“This is neither the time nor the place to bring children to work. If it happens again, I shall cease to be kind.”
You left. And that was the last I saw of You that day.
You exposed me then, my lord. For a time I was ready to hate You. You must have known what consequences I would suffer. And for a while I was angry — though I did not know You.
For that, too, I must apologize. For the list of curses and ill wishes I repeated in my thoughts at Your expense.
The one who beat my hands seized me. He shouted, insulted me repeatedly, cursed in several languages. My mother said nothing — what could she say? I had earned it.
He dragged me into the adjacent room. And I — I screamed as well. I begged. I wept. I descended into hysteria. It helped nothing.
He beat me — first with a belt, then with his hands.
I never truly had a father, my lord, and no one besides that surgeon punished me. He was angry that he worked in laboratories rather than in the main hall. In his place, I suspect, I would have been angry too. Only he could do what was necessary. He beat me thoroughly — so that it was felt the next day — and delivered appropriate remarks regarding my conduct. Of course I retained none of them. Not because I failed to understand — but because I did not listen. No child ever listens.
When I returned to the apartment, I was blue from shoulders downward, stripes marking my skin. My mother did not worry. She served me supper and told me to wear gloves the next day and button my shirt to the neck.
He made certain everything remained invisible.
That is how a coward becomes an unfeeling man.
Not through grand ideas, not through speeches that stir the heart — reality is far simpler, my lord. Like livestock, we do not feel an inner need to act, but we know we must, because it is expected of us.
Or perhaps that, too, is merely another degree of cowardice.
I do not know.
I know only that then I was learning how little it matters that someone hurts. Scars and welts were never a source of pride to me. They signified shame — because I had been caught. Worse — because I had allowed myself to be punished.
Now I understand: everything must be paid for. Everything has its price.
That was the price of seeing You for the first time, my lord.
And it was worth it.
Truly — it was worth it.
{ "@context": "https://schema.org", "@graph": [ { "@type": "CreativeWork", "@id": "https://ioctenocte.com/comic/yoggotta-rozdzial-2-lord/#creativework", "name": "Yoggotta - Chapter 2: The Lord", "headline": "Yoggotta - Rozdział 2: Lord", "abstract": "Kluczowy rozdział wprowadzający postać Tiramisa, boga wspomnień. Dziewięcioletni Kodar (Yoggotta) po raz pierwszy spotyka swojego przyszłego pana w mrocznych korytarzach piekielnego szpitala. To studium strachu, fascynacji i narodzin bezwzględnej lojalności.", "description": "W tym rozdziale narrator wspomina swoje pierwsze spotkanie z Tiramisem – istotą androgyniczną, kruchą, a jednocześnie budzącą paraliżujący strach. Opisuje brutalne zasady panujące w szpitalu, mechanizmy lęku oraz cenę, jaką musiał zapłacić za ciekawość. Zawiera oniryczny szkic Tiramisa w stylistyce body horroru.", "creator": { "@type": "Person", "name": "Elżbieta Wancław-Chłopik", "alternateName": "Etera" }, "publisher": { "@type": "Organization", "name": "Iocte Nocte", "url": "https://ioctenocte.com" }, "genre": [ "Dark Fantasy", "Gothic Horror", "Psychological Thriller" ], "inLanguage": "en-US", "image": "https://ioctenocte.com/wp-content/uploads/2026/02/iocte-nocte-yoggotta-tiramis-bog-wspomnien-lord-horror-gore-dark-fantasy.jpg" }, { "@type": "Series", "name": "Yoggotta", "author": { "@type": "Person", "name": "Elżbieta Wancław-Chłopik", "alternateName": "Etera" }, "url": "https://ioctenocte.com/comic/yoggotta-rozdzial-2-lord/" } ] }
One thought on “Yoggotta Rozdział 2: Lord // Yoggotta Chapter 2: The Lord”
Inko
Ach Lordzie! Ach Lordzie xD ile achów!