🇬🇧 🇵🇱

Rozdział VI
Człowiek

Odeszła. A wszystko, co miało w moim życiu jakikolwiek sens razem z nią. Moja matka, która powtarzała mi niezmiennie, że jestem wyjątkowy i mnie kocha, recytowała te same zdarte bajki codziennie, jeszcze przed śniadaniem. Ta, która dopilnowała, by jej Inteligencik nie musiał się o nic martwić – przynajmniej dopóki żyła.

Zwolniłem tę rudą, niekompetentną pokojówkę, której naprawdę teraz nienawidziłem. Nie miało znaczenia czy z nią sypiałem, czy nie – była tutaj, gdy matka umierała i była, gdy pan Asmodeusz wytknął mi błąd. Nic nie zrobiła, nie była w stanie nic mądrego powiedzieć. Była tylko tą brzydką, nierozsądną pokojówką o marchewkowo-rudych włosach i brązowych plamach na dłoniach. Nie była nawet z tych szczuplejszych, czy zgrabniejszych – i chociaż sam, pryszczaty szesnastolatek uczący się wolno manier, nie byłem ideałem, to musiałem to zakończyć. Nigdy nie żałowałem – nie byłem w niej zakochany.

Kiedy studiowałem księgi w mojej głowie zrodził się plan ucieczki od tego, na co się zgodziłem. Najbardziej podłej rzeczy, jaką w mniemaniu Yoggotty można zrobić: nie zapłacić. Oczywiście wtedy nie miałem takiego problemu, jak teraz – wszystko zależy od tego, po której stronie barykady się stoi. Dla lisa kury w kurniku są obiadem, który pozwoli przetrwać kolejny dzień, dla kur lis jest zagrożeniem i likwidacja go pozwoli im przeżyć. Wszyscy mamy swoje racje.

Nie zamierzałem płacić – nie, kiedy dotarło do mnie, co to oznacza. Teraz staram się zawsze dopilnować, by moje posiłki nie dochodziły do podobnych wniosków: mam już doświadczenie jak wygląda druga strona. Zrobiłem się dość sprytnym chłopcem i wieku siedemnastu lat miałem już gotowy plan, idealny niemal. Nie płakałem już za nią, chociaż to wcale nie było łatwe poradzić sobie z całą tą paletą lęków, fobii i smutków zaciskających wargi i ściągających tylne ślinianki do środka szczęki. Wszystko da się ułagodzić, ze wszystkiego człowiek potrafi się wygrzebać, jeżeli ma tylko odpowiednią motywację – a ja miałem. Nie chciałem skończyć tak, jak zobowiązywała mnie do tego umowa. Nie zamierzałem smażyć się za parę regułek z ksiąg, przedyktowanych przez jakiegokolwiek demona.

Znalazłem więc, inne rozwiązanie, ryzykowne na ten czas, bardzo ryzykowne. Zawołałem do siebie pana Asmodeusza i poprosiłem o jego księgi magiczne – spisane były w bardzo dziwnym języku, ale nauczył mnie go czytać, dał mi instrukcję. Śmieszne wydaje mi się teraz to, jak ślęczałem przepisując księgi z ich języka na mój – teraz mój i ich język to ten sam język. Te same słowa, składnia, litery – czytam w nim płynniej, niż kiedykolwiek czyniłem to w tym, z którym jak z pieśnią dumy na ustach wzrastałem i dojrzewałem. Nie miałem żadnych zdolności językowych, toteż szło mi to opornie: na to poszły dodatkowe trzy miesiące, ale przełożyłem to, co mnie interesowało: po co demonom dusze?

Trwało to chwilę nim zrozumiałem, co w zasadzie mam przed sobą. Nie miałem problemu z pojęciem tego, co czytam, ale zanim mój umysł dotarł się z informacją jak to wykorzystać minęła chwila. Z ksiąg wynikało jasno, że demony nie żywią się duszami, jak mylnie myślałem zawsze, nie są im one w zasadzie do niczego potrzebne. Po za zabawą. Demony nudzą się, więc na niektórych bankietach pożerają sobie jedną czy dwie, dla rozrywki. Bawią się nami, podobnie do tego, jak my bawimy się obserwując wyścigi czy walki rozlicznych gatunków zwierząt. Wyniosłem też jeszcze kilka cennych uwag, mianowicie tą, jedną z najważniejszych w moim życiu: jeśli człowiek pożre duszę innego sam przestaje być człowiekiem. Jeśli nie jestem człowiekiem, umowa zawarta z demonem mnie nie dotyczy.

Nie brzmiało to też ostatecznie tak strasznie – przestaje być człowiekiem. Nie być człowiekiem: tunc non esset homo. Brzmiało jak jedno z zaklęć pozwalających stopniowo popadać w coraz silniejsze tajemniczenie i odpływać w swoje własne, pokrętne ciemności. W lęki i bezmierne oceany myśli, które pochłaniałyby cały brud i obojętność otaczającego mnie świata.

Nie bałem się pozbawić się człowieczeństwa – bo czym ono jest, jeśli nie zlepkiem tego, kim się powinno być, a nie jest? Człowieczeństwo dobrze jest rozpatrywać w kwestiach wielkich, wymagających odwagi i czynów, o których można pisać pieśni. Rozstrzyganie sporów moralnych, etycznych, tworzenie filozofii, dyskusje co mądrzejszych arystokratów o warunkach umierania, jakości opieki medycznej i tym jak powinna wyglądać władza. Człowieczeństwo, gdy mówimy o miłości, wiarze, ufności, radości, namiętnościach i tęsknotach. Ale człowieczeństwo to nie tylko cały szereg idei, niemających żadnego znaczenia w życiu codziennym, powiedziałbym więcej, że te idee to tylko nędzny, mizerny do niego dodatek: człowieczeństwo jest na co dzień. To dokładnie to, co nas przeraża i o czym staramy się nie mówić – choroby, kalectwa, wszelkiego rodzaju patologie i brudy, głód, rozmnażanie się i w końcu wypróżnianie się. To wszystko czyni z nas ludzi bardziej, niż cokolwiek innego – nie to, że to robimy, ale że próbujemy to ukrywać. Czy zając biegający po polanie znika nam z oczu idąc za potrzebą? Zając nie tai też faktu, że kopuluje, nie ukrywa niczego: bo i po co? TO czyni nas ludźmi.

Kiedyś słyszałem, od jednego ze swoich smaczniejszych obiadów, że tylko ludzie potrafią się śmieć, ale to zupełna nieprawda. Poznałem kiedyś przeuroczą gorylicę, która śmiała się pogodnie ze wszystkich moich dowcipów, tym samym obalając jego niezwykle popularną, w późniejszym czasie, teorię.

Jesteśmy ludźmi, tak długo, jak czujemy potrzebę tajenia tego, co brudne, organiczne i oczywiste. Dopóki rozumiemy niuanse egzystencji, czujemy obrzydzenie na myśl o wszystkich, prozaicznie wręcz ludzkich, czynnościach i wzdrygamy się, z poczuciem wstydu malującym przepiękne rumieńce na naszych twarzach. Żadna Yoggotta się nie rumieni. Ani demon. Ani anioł. Ani bogowie. Nigdy. Rumieniec wstydu wstępuje jedynie na twarz człowieka, znacząc ją znamieniem klątwy, której nie sposób ukryć. Gdy macie wątpliwości czy stoi przed wami człowiek sprawdźcie czy się wstydzi. Ludzie się rumienią.

Żeby tego dokonać, trzeba było znaleźć kogoś, kto mi pozwoli pożywić się swoją duszą. Trzeba było odnaleźć drugiego, tak samo zapatrzonego w naukę głupca, jakim byłem ja – i doskonale wiedziałem, kto nim będzie.

Stary Macbrückner dożywający sobie spokojnie siedemdziesiątki w szpitalnych murach wybuchał śmiechem, gdy ktoś pytał go o magię.

Ubrałem się elegancko, nakręciłem zegarek, zjadłem niewielkie śniadanie złożone z kupionego chleba i odrobiny sera i poszedłem. Do szpitala wpuszczono mnie bez problemu, być może sądzono, że tak ubrany człowiek musi mieć tu jakąś sprawę do załatwienia. A może już wtedy wzięli mnie za posłańca mojego lorda? Nie było to istotne. Kiedy pan Felister Macbrückner mnie zobaczył nie dowierzał. Nie dowierzał też, gdy skłoniłem się nieco na powitanie i uprzejmie się przywitałem. Z uśmiechem na ustach. Tym uśmiechem, którego przez całe lata nie widział nawet przez moment.

– Kodar! Co tu robisz? Słyszałem o twojej matce… bardzo mi z jej powodu przykro… – w istocie, bycie uprzejmym i eleganckim sprawiało, że ludzie zachowywali się zupełnie inaczej. Pan Macbrückner zmienił się w ciągu dosłownie kilku sekund z tego surowego człowieka, na pogodnego staruszka. Niedowierzałem, ale nie dałem tego po sobie poznać – gdybym sobie na to pozwolił wszystko by się pewnie posypało. Odprawił uczniów, usiedliśmy przy jego biurku.

– Przychodzę do pana w bardzo nietypowej sprawie. Otóż właśnie w związku ze śmiercią matki poszukuję pracy. Chciałbym pracować tu, jako pański asystent… w zasadzie to mogę wykonywać większość pana pracy, w zamian za niecałe dziesięć złotych monet tygodniowo i pańską duszę. Tak, nie przesłyszał się pan – mówiłem spokojnie, na tyle na ile potrafiłem. Najpierw uśmiechnął się życzliwie, jakby sądził, że tylko żartuję. Kiedy jednak nie roześmiałem się tak, jak to czynią ludzie, gdy atmosfera gęstnieje, a rozmówcy chcą kontynuować rozmowę, zwęszył okazję. Oto siedzę przed nim ja, głupiec wierzący w bajeczki takie jak dusza, czy życie po śmierci. I chcę jeszcze za tę wyssaną z palca bajeczkę pracować pół darmo dla niego.

Może nie z palca. W istocie duszę wysysa się raczej przez usta, oczy, albo, w drodze wyjątku, przez wyrostek robaczkowy. Są nawet tacy ludzie, których dusza zamieszkała w żołądku. Żadna jednak nie mieszka w sercu, jak mylnie twierdzą niektórzy. To miejsce nienadające się do zamieszkania – głównie ze względu na jednostajne, miarowe bębnienie. Nie wdając się w szczegóły chcę jednak zaznaczyć, że nie wysysa się jej też jak małży ze skorupki, a nawija na palce i przeżuwa się wolno, aż do momentu, gdy przestanie tak żałośnie kwilić.

Pan Macbrückner naturalnie nadal nie wierzył w magię, czary, bóstwa, demony i przeczucia. Co za tym idzie: nie wierzył też w duszę.

To był pierwszy raz, gdy dotarło do mnie, że lepiej dla mnie jest, kiedy moi znajomi, że tak to ujmę, uważają mnie za głupszego od siebie, gdy tymczasem to oni tkwią w prawdziwym błędzie. Udało mi się wytrwać w takim stanie przez większość mojego życia… aż do dnia, w którym lord podpisał ze mną umowę. Jest ode mnie znacznie mądrzejszy, chociaż ukrywa to starannie. Wie też, kiedy ja udaję głupszego… mój cudowny, doskonały lord.

– Oczywiście młody człowieku, to dobry pomysł. Ale ta cena… nie wydaje ci się, że dziesięć monet i coś tak cennego jak dusza to o wiele za dużo? Dam ci osiem monet i duszę, co ty na to? – stary targował się jakby nie starczało mu już to, w co sam wierzył: pomoc za niema darmo. Teraz obrzydziłoby mnie to, co powiedział. Wyszedłbym trzaskając drzwiami, albo odpowiedział mu coś niestosownego. Ale wówczas od tego zależały moje dalsze losy i chciwość tego człowieczka nie mogła tu zaważyć na niczym. Podsunąłem mu pergamin, ze spisaną umową, uzupełniłem jeszcze kwotę i poprosiłem o podpis. Krwią.

– Krwią, jeśli można – zabawnie brzmiał wtedy mój głos. Trząsł się nieco i był taki nieprofesjonalny. Od wieków takiego już nie używam, jest nieodpowiedzialny i zbyt przerażony, nikt nie chce go słuchać, gdy już dobędzie się z krtani. Pan Macbrukner znów popatrzył na mnie rozbawiony, ale po chwili namysłu machną ręką i wyjął nożyce, którymi dziabnął swój paluch i tą krwią się podpisał, a potem przystawił go do ust. Może to dlatego mówi się, że niektóre rzeczy są wyssane z palca?

Patrząc jak pan Macbrukner ssie swoją własną krew chciało mi się śmiać. Do tej pory chichoczę cicho na wspomnienie o tym widoku. Jakże znaczący obraz, który widywałem potem znacznie częściej: pan Felister Macbrückner, pochylony nad cyrografem, (niechybnie skazującym jego duszę na śmierć i rozkład w moim własnym żołądku) który dopiero co podpisał krwią, którą jeszcze ssie ze swojego zniszczonego, otyłego cielska.

Właśnie tacy są ludzie: w obliczu swojego absolutnego końca, upadku, wizja nikłego zysku, ułatwienia sobie czegokolwiek, sprawia, że sami podpisują się pod nim własną krwią, którą gdy znów wycieka łapczywie, chciwie żłopią, by wydoić coś jeszcze z tego mizernego ciała, jeszcze i tego uszczknąć kawałek. Lenistwo potrafi opchnąć w zamian za spokój duszę. Definicja całego brudu ludzkości zawarta w tym jednym obrazku… starzec ssący krew ze swojego kciuka, nad cyrografem, w który nie wierzy, a który ma go zgubić. Ssący palec… zupełnie, jak nic nie świadome dziecko.

Macbrückner żył jeszcze 5 lat, a dokładnie cztery lata i siedem miesięcy. Nienawidziłem starego, najbardziej chyba ze wszystkich tych, którym służyłem aż do teraz, ale kłaniałem się usłużnie, gdy wchodził do pokoju, spełniałem każde polecenie, sprzątałem po nim, gdy wychodził. Wychudłem na ten czas bardzo, nie miałem za co jeść, ani porządnie się ubierać, więc i moje oblicze przerodziło się w obraz nędzy i rozpaczy. Nastolatek o wątpliwej urodzie, był teraz dwudziestodwulatkiem ubranym w podarty garnitur i okulary, tym razem potrzebne. Gdy człowiek nie odżywia się odpowiednio i pracuje w takich warunkach, jakie zapewniał pan Macbrückner nie sposób jest zachować zdrowia. Ale nic mnie nie obchodziło, że ciało się sypie. Chroniłem coś znacznie trwalszego jak mi się wydawało: moją duszę.

Stary, bo tak go wtedy nazywałem do końca nie wierzył w to, że mogę zażądać zapłaty. Nawet ja w to chwilami wątpiłem. Jak zjeść duszę? Czytałem o tym, ale podobnie jak z seksem, co innego zaczytywać się w książkach, co innego zrobić to na żywo. Bardzo podobnie zresztą, żadna instrukcja nie opisze doznań zmysłowych, jakie temu wszystkiemu towarzyszą. Nie miałem do dziś dzień rozkoszy większej od dusz, jakimi się żywię i żadne cielesne rozkosze nie odpowiedzą na żądze, jakie gasi rytuał jedzenia.

Gdy umierał zamknąłem jego pokój i zaszyłem się w nim wspólnie ze starym. Nie chciał mnie tam, ale nie nawykłem nigdy do słuchania próśb umierających: one nic już nie zmienią, wszystko, co ostateczne jest już dokonane i nieubłaganie zmierza ku końcowi. Zresztą na okazję tego właśnie wydarzenia podwędziłem z jego portfela pieniądze i sprawiłem sobie drogie i piękne ubranie, cudowną białą koszulę i skrojone na miarę spodnie. Istnie cudowny zestaw.

Felister mówił coś o tym, że pielęgniarka z sali numer osiem ma z nim dziecko. Nie musiał tego mówić… wiedziałem doskonale o wszystkich jego grzeszkach, w końcu to ja po nich sprzątałem. W ludzkim ciele takie ekscesy, jak praca w podobnym wymiarze godzin, są wyjątkowo uciążliwe… całe szczęście ludzkie ciało można szybko zmienić na lepsze.

Do jedzenia zabierałem się jak nie wprawny ku temu trzylatek. Stosunkowo dobrze rozumiałem, co i gdzie, ale nie szło mi to najlepiej. Wyciągnąć duszę z ciała… kiedy teraz o tym myślę przypomina mi się mój lord, który z taka wprawą, jakby czynił to po wielokroć wcześniej wyciągnął ją z ciała i nawiniętą na palce wcisnął do ust, jak ciastko, czy świeży obiad. Robił to po raz pierwszy, wiem doskonale, ale z takim wdziękiem i wprawą, do której mi i teraz brakuje. Delikatność… to to, czego Yoggotty nie potrafią nigdy opanować w zadawalającym stopniu, a przynajmniej nie gdy jedzą.

Wyciągnąłem duszę po piątej próbie, utytłany rytualnymi maziami i wśród znaków przerysowanych z książek. Potem dowiedziałem się, że to tylko proforma dla urozmaicenia rozrywki, wtedy sądziłem, że jest niezbędna. Wysyczałem sterty formuł, które sprawiły, że kłębek energii wysunął się powoli z jego ust, jak mgiełka, albo bardziej trafnie: jak pajęczyna powiewająca na wietrze. Nie spodziewałem się takiego widoku, prawdę powiedziawszy, nie rozumiałem idei duszy. Czy nie powinna być światłem? Albo być bardziej materialna skoro miałem ją zjeść?

Zabrałem się więc za jedzenie. Nawinąłem ją na palce – przez przypadek, zupełny przypadek, bo wyciągnąłem do niej dłoń i sama zaplątała się pomiędzy wskazującym a kciukiem. Miała konsystencję przypominającą nieco watę stosowaną w szpitalnych salach do osuszania różnych cieczy, mycia… niezbyt przyjemne uczucie za pierwszym razem, ale tylko za pierwszym. Przysunąłem ją do ust i spróbowałem. Wiła się jak owad, kręciła się. Cofnąłem ją od ust. Musiało to wyglądać istnie przezabawnie, ale nie było mi do śmiechu. Serce wyrywało się z nietrwałej piersi, dłonie drżały, bardzo mocno drżały. Zebrałem się w końcu na odwagę i włożyłem ją całą pomiędzy zęby, zeskrobałem z palców i przeżułem, wolno, jak pisali w księgach. Nie dawało mi wówczas żadnej przyjemności samo żucie, ponieważ jak dziecko pijące alkohol: nie potrafiłem tego robić. Przełknięcie jej było trudne, ale gdy spłynęła wzdłuż przełyku…

Logicznym było by pomyśleć o konsekwencjach mojego czynu, o tym, że ludzkie ciało jest za słabe na podobne zachcianki i nawet, gdy udaje się je zmusić do działania to i tak się rozleci. Pomyśleć o tym, że może to, co robią demony jest domeną tylko demonów.

Ludzkie ciało jest nietrwałe, w przeciwieństwie do tego, co roją sobie młodzi i silni, a potem powtarzają ich dzieci, gdy rodzicom przychodzą pierwsze dolegliwości. Rozpada się i gnije już za życia, marszczy się, poci, wydala i trawi. Nic w nim nie ma prawa trwać: wypadają włosy, zęby, złuszcza się skóra. Nieustanne umieranie: w ciągu przeciętnej długości życia człowieka na Leokasji, czyli około 55 – 59 lat komórki skóry całkowicie wymieniają się i obumierają osiem razy, a ciało zrzuca około 18 kilogramów skóry. Niepostrzeżenie oczywiście, wszystko dzieje się niepostrzeżenie, żeby nie burzyć tej cudownej wiary, że wszystko jest dobrze. Żeby nie wybuchła panika, gdyby nagle dotarło do nas wszystkich, że po prostu umieramy – wszyscy rozsypujemy się coraz bardziej, a przy życiu trzyma nas tylko trochę świadomości i odrobina przychylnych warunków. Równowaga, balans duszy i fizycznych czynników.

O tym też oczywiście zapomniałem: chroniłem coś cenniejszego od ciała, coś trwalszego jak mi się wtedy wydawało.

Najpierw rozsypały się dłonie, potem nogi i głowa. Trwało dłużej, nim zniknął też tułów i nic ze mnie nie zostało po za duszą i wspomnieniami pana Felistra Macbrücknera. Nie widziałem wtedy, że będę potrafił dokładnie wszystko to, co i on… przerażało mnie to wszystko… przerażało, ale nie było tego charakterystycznego bębnienia serca i zastrzyku adrenaliny. Nie miałem ciała – rozpadło się na atomy po tym, jak zrobiłem to, czym parają się starsi i silniejsi ode mnie. Nie czułem dotyku, ale jednak byłem, widziałem doskonale łóżko z ciałem pana Macbruckenera. I zapachy… one też nie zniknęły, choć ciało starego cuchnęło inaczej niż zwykle. Dziś wiem… był to zapach, jaki pozostawia po sobie strach i zaskoczenie.

Pamiętam strach, którego nie sposób opisać. Swój strach, tym straszniejszy od tego, jaki zna każdy człowiek, że niemający ani końca, ani początku, tłukący się w każdym rozsypanym atomie i krążący wokół, jakby cała ta żałosna planeta składała się na moje ciało, które nie może wydać z siebie nawet jęku, żeby zdradzić swoje istnienie światu.

Ale w końcu zrozumiałem i nie brzmiało to ostatecznie tak strasznie – przestałem być człowiekiem. Nie jestem człowiekiem: non sum vir. Jeśli nie jestem człowiekiem, umowa zawarta z demonem przestaje mnie obowiązywać.

Chapter VI Human

She departed. And with her departed everything in my life that had possessed any meaning whatsoever. My mother — who repeated unfailingly that I was exceptional and that she loved me, who recited the same worn fairy tales every morning even before breakfast. She who saw to it that her Little Intellectual need worry about nothing — at least for as long as she lived.

I dismissed that red-haired, incompetent maid, whom I now genuinely hated. It mattered little whether I had slept with her or not — she had been present while my mother was dying, and present when Mr. Asmodeus pointed out my error. She did nothing, said nothing of any value. She was merely that ugly, foolish maid with carrot-red hair and brown stains upon her hands. Nor was she among the slimmer or more graceful sort — and although I myself, a pimpled sixteen-year-old slowly learning manners, was hardly a vision of perfection, I knew the matter had to end. I never regretted it — I was not in love with her.

While studying the books, a plan began to form in my mind: a means of escaping what I had agreed to. The most despicable act imaginable in the eyes of a Yoggotta — to refuse payment. At that time, of course, I did not see the matter quite as I do now; everything depends upon which side of the barricade one occupies. For the fox, the hens in the coop are dinner enough to survive another day. For the hens, the fox is a mortal danger whose removal ensures their continued existence. Each of us possesses our reasons.

I had no intention of paying — not once I understood what payment entailed. Nowadays I take care that my own meals never reach similar conclusions: I know very well what the other side looks like. I became a rather clever boy, and by the age of seventeen I already possessed a plan — nearly perfect.

I no longer wept for her, though it was not easy to contend with the entire gallery of fears, phobias, and sorrows that tightened the lips and drew the salivary glands painfully inward toward the jaw. Everything may be subdued; from anything a man may claw his way free, provided he possesses sufficient motivation — and I had it. I did not intend to end as my agreement required. I would not roast in damnation for a few formulae from dusty books dictated by some demon.

So I sought another solution — risky, exceedingly risky at the time.

I summoned Mr. Asmodeus and requested his magical volumes. They were written in a very peculiar language, but he taught me how to read it and provided the necessary instructions. It seems amusing to me now how I bent over those pages, copying them laboriously from their language into mine — for now their language and mine are the same language. The same words, the same syntax, the same letters; I read it more fluently than I ever read the tongue in which I was raised and matured with such youthful pride.

Languages were never my talent, and thus it proceeded slowly: three additional months were spent upon that task. Yet I translated what interested me most.

Why do demons desire souls?

It took me some time to understand what precisely I had before me. Comprehending the text itself posed no difficulty; the difficulty lay in determining how to use the knowledge it contained. The books made one matter abundantly clear: demons do not feed upon souls, as I had always mistakenly believed. In truth they have little use for them at all.

Except for amusement.

Demons grow bored. Thus, at certain banquets, they devour one or two souls merely for entertainment. They play with us much as we amuse ourselves by watching races or the fights of various animals. I also gleaned several valuable observations, among them one of the most important truths of my existence: if a human being devours another’s soul, he ceases to be human. And if I was no longer human, the contract concluded with a demon would no longer concern me.

In the end it did not sound so dreadful — to cease being human.

Non esse homo.

It sounded almost like an incantation, one of those phrases that lead gradually into deeper mysteries, drifting into one’s own crooked darkness: into fears and boundless oceans of thought that might swallow the filth and indifference of the surrounding world.

I was not afraid to relinquish my humanity — for what is humanity, if not a collection of expectations about what one ought to be and seldom is?

Humanity is pleasant to contemplate when one speaks of great matters requiring courage and heroic deeds worthy of song: moral disputes, ethical debates, the construction of philosophies, aristocrats discussing the dignity of death, the quality of medical care, the proper form of government. Humanity when we speak of love, faith, trust, joy, passions, and longing.

Yet humanity is not merely a chain of lofty ideas that rarely touch daily life — indeed I would say those ideas are but a miserable ornament appended to it. Humanity resides in the everyday.

It resides precisely in those things that horrify us and of which we prefer not to speak: illness, deformity, every variety of bodily unpleasantness, hunger, reproduction, and at last the act of relieving oneself. These make us human more than anything else — not the fact that we do them, but that we attempt to conceal them.

Does a hare crossing a meadow vanish discreetly from our sight when it relieves itself? A hare does not conceal its mating either; it hides nothing. Why should it? That is precisely what makes us human.

Once I heard — from one of my more flavorful meals — that only humans are capable of laughter. This is entirely untrue. I once made the acquaintance of a delightful gorilla who laughed most cheerfully at all my jokes, thereby demolishing his extremely popular theory long before it had time to flourish.

We remain human so long as we feel the need to hide what is dirty, organic, and obvious. So long as we understand the subtleties of existence and feel disgust at the merely human aspects of life, shrinking away while shame paints those magnificent blushes upon our cheeks.

No Yoggotta blushes. Nor demon. Nor angel. Nor god. Never.

The blush of shame rises only upon the face of a human being, marking it with a curse impossible to conceal. If you ever doubt whether the creature before you is human, observe whether it feels shame.

Humans blush.

To accomplish what I intended, I needed to find someone willing to allow me to feed upon his soul. I needed another fool as devoted to science as I myself had once been.

And I knew precisely who that would be.

Old Macbrückner, living out his quiet seventieth year within the hospital walls, burst into laughter whenever anyone asked him about magic.

I dressed elegantly, wound my watch, ate a modest breakfast consisting of purchased bread and a small piece of cheese, and went out.

The hospital admitted me without difficulty — perhaps they assumed that a man dressed so properly must have legitimate business there. Or perhaps they already took me for a messenger of my lord. It mattered little.

When Mr. Felister Macbrückner saw me, he scarcely believed his eyes. Nor did he believe it when I bowed slightly in greeting and addressed him politely.

With a smile upon my lips.

A smile he had not seen upon my face for many years.

“Kodar! What are you doing here? I heard about your mother… I am very sorry for your loss…”

Indeed, courtesy and elegance alter people remarkably. Within seconds Mr. Macbrückner transformed from a stern instructor into a cheerful old gentleman. I scarcely believed it myself, though I did not allow it to show. Had I done so, everything might have collapsed.

He dismissed his students, and we sat together at his desk.

“I have come to you with a rather unusual matter,” I began. “In connection with my mother’s death, I am seeking employment. I should like to work here as your assistant… in truth, I could perform the majority of your duties in exchange for somewhat less than ten gold coins a week — and your soul. Yes, you heard correctly.”

I spoke as calmly as I was able.

At first he smiled kindly, believing I was joking. But when I did not laugh — as people usually do when conversation grows awkward and they wish to move on — he sensed an opportunity.

Here I was before him: a fool who believed in fairy tales such as souls and life after death. And I wished to work for nearly nothing in exchange for such a fanciful trifle.

Perhaps not entirely fanciful. In truth, souls are not extracted through the finger, as the expression suggests. They are usually drawn through the mouth or the eyes — occasionally, in unusual cases, through the appendix. There are even individuals whose souls have taken residence in the stomach. None, however, dwell in the heart, despite the romantic assertions of certain poets. It is an unsuitable residence — chiefly because of the relentless, rhythmic pounding.

Nor, incidentally, does one suck a soul from its shell like an oyster. One winds it around the fingers and chews slowly until it ceases its pitiful whimpering.

Mr. Macbrückner, of course, did not believe in magic, sorcery, gods, demons, or premonitions.

And consequently he did not believe in the soul.

That was the first time it occurred to me that it was often advantageous when acquaintances considered me less intelligent than themselves while they themselves labored under the true misunderstanding. I maintained that state for most of my life… until the day my lord signed a contract with me. He is far more intelligent than I, though he conceals it carefully. And he knows precisely when I am pretending to be foolish.

My wonderful, perfect lord.

“Certainly, young man. An excellent idea. But the price… do you not think ten coins and something as valuable as a soul is rather excessive? I shall give you eight coins and the soul. What do you say?”

The old man bargained as though even the beliefs he professed — assistance offered freely — were insufficient to sustain him.

Today I would find such words revolting. I would leave at once, perhaps slam the door behind me. Yet my future depended upon this moment, and the petty greed of that man could not be permitted to interfere.

I slid a parchment across the desk, the contract already written. I added the amount and asked him to sign.

“With blood, if you please.”

My voice sounded rather ridiculous then — trembling slightly, utterly unprofessional. I have not used such a voice in centuries; it is irresponsible and far too frightened, and no one listens to it once it escapes the throat.

Mr. Macbrückner regarded me with amusement once more. After a moment’s thought he waved a hand dismissively, took a pair of scissors, pricked his finger, and signed the parchment in blood before bringing the finger to his mouth.

Perhaps that is why people say some things are sucked from the finger.

Watching Mr. Macbrückner suck his own blood nearly made me laugh. Even now I chuckle quietly at the memory.

How significant an image it was — one I saw far more often later in life: Mr. Felister Macbrückner bending over a contract (condemning his soul, quite inevitably, to dissolution in my own stomach) signed with the very blood he still sucked from his swollen finger.

Such are humans.

When confronted with their absolute end, the promise of even the smallest gain — a minor convenience — is enough for them to sign their own ruin in blood. And when that blood flows again they greedily swallow it, eager to extract one final drop from their miserable bodies.

Laziness will sell a soul for the sake of comfort.

The entire filth of humanity contained in a single image: an old man sucking his thumb over a contract he does not believe in, yet which will destroy him.

Sucking his finger… like an innocent child.

Macbrückner lived another five years — four years and seven months, to be precise. I hated the old man more than nearly anyone I had served up to that point, yet I bowed dutifully when he entered a room, obeyed every order, cleaned after him when he left.

I grew terribly thin during those years. I could scarcely afford food or proper clothing, and thus my appearance became a portrait of misery. The awkward adolescent had become a twenty-two-year-old in a torn suit and spectacles — this time truly necessary.

When a man eats poorly and labors under conditions such as those provided by Mr. Macbrückner, good health cannot be expected. Yet I did not care that my body was deteriorating.

I believed I was protecting something far more enduring: my soul.

The old man — for that is what I called him — never truly believed I would demand payment. At times even I doubted it myself.

How does one eat a soul?

I had read about it, of course. But as with certain other matters of the body, reading and practice are not quite the same. No manual describes the sensations involved.

To this day I have known no pleasure greater than the souls upon which I feed. No bodily delight rivals the hunger satisfied by that ritual meal.

When he began to die, I locked his room and remained there with him.

He did not want me there, but I have never developed the habit of obeying the wishes of the dying. Their requests change nothing; everything final has already been set in motion.

For the occasion I had also appropriated some money from his wallet and purchased fine clothing — a magnificent white shirt and perfectly tailored trousers.

A splendid ensemble.

Felister murmured something about the nurse from ward eight having borne him a child. He need not have said it — I knew perfectly well about all his little sins. I had been the one cleaning up after them.

Such exertions are remarkably exhausting for the human body… fortunately the human body may be replaced rather quickly.

I approached the act of eating like a child barely learning to use a spoon. I understood roughly what must be done, but skill was lacking.

To draw a soul from the body…

When I think of it now, I remember my lord — who, with the ease of one long practiced, drew the soul from a body, wound it upon his fingers, and slipped it into his mouth as one might a biscuit or a freshly prepared meal.

It was his first time. I know that perfectly well. Yet he performed it with such elegance and precision that even now I cannot equal him.

Delicacy — that is something Yoggotta never master fully. At least not when eating.

I succeeded on the fifth attempt, smeared in ritual pastes and surrounded by symbols copied from the books. Later I learned these were merely decorative flourishes intended to enhance the entertainment.

At the time I believed them essential.

I hissed the formulas until a small knot of energy slid slowly from his mouth — like mist, or more accurately like a strand of spider silk drifting in the wind.

I had not expected such a sight. In truth I did not understand the idea of a soul at all. Should it not have been light? Or something more tangible if it was meant to be eaten?

Nevertheless, I began.

I wound it around my fingers — entirely by accident — for when I reached toward it, it simply tangled itself between my thumb and forefinger. It possessed a texture somewhat like the cotton used in hospital wards to absorb fluids. Not a pleasant sensation the first time.

But only the first time.

I raised it to my lips and tasted it. It writhed like an insect. I withdrew my hand.

It must have looked quite ridiculous, though I found nothing amusing in the moment. My heart pounded violently, my hands trembled.

At last I gathered my courage and pushed the entire strand between my teeth, scraped it from my fingers, and chewed slowly — just as the books instructed.

The act itself gave me no pleasure then. Like a child tasting alcohol, I simply did not know how.

Swallowing was difficult.

But when it slid down my throat…

A reasonable man might have reflected upon the consequences — that the human body is too frail for such experiments, that what demons do may belong solely to demons.

The human body is fragile — despite what the young and strong believe. It decays even while alive: wrinkling, sweating, digesting, excreting. Hair falls out, teeth loosen, skin sheds. Continuous dying.

During an average lifetime on Leokasja — roughly fifty-five to fifty-nine years — the cells of human skin renew themselves eight times, and the body sheds nearly eighteen kilograms of skin.

Quietly, of course. Everything occurs quietly, so that we may preserve the comforting illusion that all is well.

Otherwise panic might erupt if we realized the truth: that we are all slowly collapsing, held together only by a fragment of consciousness and a few favorable conditions.

Balance — between soul and flesh.

I had forgotten that as well.

I believed I was protecting something more durable than the body.

My hands collapsed first. Then my legs and my head. It took longer for the torso to vanish. In the end nothing remained of me but my soul — and the memories of Mr. Felister Macbrückner.

I did not yet realize I would be capable of everything he had been capable of. It terrified me — yet without the pounding heart or surge of adrenaline.

I had no body. It had disintegrated into atoms after I attempted what beings far older and stronger than I perform with ease.

I felt no touch, yet I existed. I saw clearly the bed upon which Mr. Macbrückner’s body lay.

And the smells remained. His body smelled different than usual.

Now I know why.

It was the scent left behind by fear and surprise.

I remember a terror impossible to describe — my terror, greater than any a human knows, because it possessed neither beginning nor end, echoing through every scattered atom of my being, circling me as though the entire wretched planet had become my body.

A body incapable of uttering even a single cry.

At last, however, I understood.

And in the end it did not sound so terrible.

I had ceased to be human.

Non sum vir.

If I am not human, the contract made with a demon no longer binds me.

Rozdział VI Człowiek

Odeszła. A wszystko, co miało w moim życiu jakikolwiek sens razem z nią. Moja matka, która powtarzała mi niezmiennie, że jestem wyjątkowy i mnie kocha, recytowała te same zdarte bajki codziennie, jeszcze przed śniadaniem. Ta, która dopilnowała, by jej Inteligencik nie musiał się o nic martwić – przynajmniej dopóki żyła. Zwolniłem tę rudą, niekompetentną pokojówkę, której naprawdę teraz nienawidziłem. Nie miało znaczenia czy z nią sypiałem, czy nie – była tutaj, gdy matka umierała i była, gdy pan Asmodeusz wytknął mi błąd. Nic nie zrobiła, nie była w stanie nic mądrego powiedzieć. Była tylko tą brzydką, nierozsądną pokojówką o marchewkowo-rudych włosach i brązowych plamach na dłoniach. Nie była nawet z tych szczuplejszych, czy zgrabniejszych – i chociaż sam, pryszczaty szesnastolatek uczący się wolno manier, nie byłem ideałem, to musiałem to zakończyć. Nigdy nie żałowałem – nie byłem w niej zakochany. Kiedy studiowałem księgi w mojej głowie zrodził się plan ucieczki od tego, na co się zgodziłem. Najbardziej podłej rzeczy, jaką w mniemaniu Yoggotty można zrobić: nie zapłacić. Oczywiście wtedy nie miałem takiego problemu, jak teraz – wszystko zależy od tego, po której stronie barykady się stoi. Dla lisa kury w kurniku są obiadem, który pozwoli przetrwać kolejny dzień, dla kur lis jest zagrożeniem i likwidacja go pozwoli im przeżyć. Wszyscy mamy swoje racje. Nie zamierzałem płacić – nie, kiedy dotarło do mnie, co to oznacza. Teraz staram się zawsze dopilnować, by moje posiłki nie dochodziły do podobnych wniosków: mam już doświadczenie jak wygląda druga strona. Zrobiłem się dość sprytnym chłopcem i wieku siedemnastu lat miałem już gotowy plan, idealny niemal. Nie płakałem już za nią, chociaż to wcale nie było łatwe poradzić sobie z całą tą paletą lęków, fobii i smutków zaciskających wargi i ściągających tylne ślinianki do środka szczęki. Wszystko da się ułagodzić, ze wszystkiego człowiek potrafi się wygrzebać, jeżeli ma tylko odpowiednią motywację – a ja miałem. Nie chciałem skończyć tak, jak zobowiązywała mnie do tego umowa. Nie zamierzałem smażyć się za parę regułek z ksiąg, przedyktowanych przez jakiegokolwiek demona. Znalazłem więc, inne rozwiązanie, ryzykowne na ten czas, bardzo ryzykowne. Zawołałem do siebie pana Asmodeusza i poprosiłem o jego księgi magiczne – spisane były w bardzo dziwnym języku, ale nauczył mnie go czytać, dał mi instrukcję. Śmieszne wydaje mi się teraz to, jak ślęczałem przepisując księgi z ich języka na mój – teraz mój i ich język to ten sam język. Te same słowa, składnia, litery – czytam w nim płynniej, niż kiedykolwiek czyniłem to w tym, z którym jak z pieśnią dumy na ustach wzrastałem i dojrzewałem. Nie miałem żadnych zdolności językowych, toteż szło mi to opornie: na to poszły dodatkowe trzy miesiące, ale przełożyłem to, co mnie interesowało: po co demonom dusze? Trwało to chwilę nim zrozumiałem, co w zasadzie mam przed sobą. Nie miałem problemu z pojęciem tego, co czytam, ale zanim mój umysł dotarł się z informacją jak to wykorzystać minęła chwila. Z ksiąg wynikało jasno, że demony nie żywią się duszami, jak mylnie myślałem zawsze, nie są im one w zasadzie do niczego potrzebne. Po za zabawą. Demony nudzą się, więc na niektórych bankietach pożerają sobie jedną czy dwie, dla rozrywki. Bawią się nami, podobnie do tego, jak my bawimy się obserwując wyścigi czy walki rozlicznych gatunków zwierząt. Wyniosłem też jeszcze kilka cennych uwag, mianowicie tą, jedną z najważniejszych w moim życiu: jeśli człowiek pożre duszę innego sam przestaje być człowiekiem. Jeśli nie jestem człowiekiem, umowa zawarta z demonem mnie nie dotyczy. Nie brzmiało to też ostatecznie tak strasznie – przestaje być człowiekiem. Nie być człowiekiem: tunc non esset homo. Brzmiało jak jedno z zaklęć pozwalających stopniowo popadać w coraz silniejsze tajemniczenie i odpływać w swoje własne, pokrętne ciemności. W lęki i bezmierne oceany myśli, które pochłaniałyby cały brud i obojętność otaczającego mnie świata. Nie bałem się pozbawić się człowieczeństwa – bo czym ono jest, jeśli nie zlepkiem tego, kim się powinno być, a nie jest? Człowieczeństwo dobrze jest rozpatrywać w kwestiach wielkich, wymagających odwagi i czynów, o których można pisać pieśni. Rozstrzyganie sporów moralnych, etycznych, tworzenie filozofii, dyskusje co mądrzejszych arystokratów o warunkach umierania, jakości opieki medycznej i tym jak powinna wyglądać władza. Człowieczeństwo, gdy mówimy o miłości, wiarze, ufności, radości, namiętnościach i tęsknotach. Ale człowieczeństwo to nie tylko cały szereg idei, niemających żadnego znaczenia w życiu codziennym, powiedziałbym więcej, że te idee to tylko nędzny, mizerny do niego dodatek: człowieczeństwo jest na co dzień. To dokładnie to, co nas przeraża i o czym staramy się nie mówić – choroby, kalectwa, wszelkiego rodzaju patologie i brudy, głód, rozmnażanie się i w końcu wypróżnianie się. To wszystko czyni z nas ludzi bardziej, niż cokolwiek innego – nie to, że to robimy, ale że próbujemy to ukrywać. Czy zając biegający po polanie znika nam z oczu idąc za potrzebą? Zając nie tai też faktu, że kopuluje, nie ukrywa niczego: bo i po co? TO czyni nas ludźmi. Kiedyś słyszałem, od jednego ze swoich smaczniejszych obiadów, że tylko ludzie potrafią się śmieć, ale to zupełna nieprawda. Poznałem kiedyś przeuroczą gorylicę, która śmiała się pogodnie ze wszystkich moich dowcipów, tym samym obalając jego niezwykle popularną, w późniejszym czasie, teorię. Jesteśmy ludźmi, tak długo, jak czujemy potrzebę tajenia tego, co brudne, organiczne i oczywiste. Dopóki rozumiemy niuanse egzystencji, czujemy obrzydzenie na myśl o wszystkich, prozaicznie wręcz ludzkich, czynnościach i wzdrygamy się, z poczuciem wstydu malującym przepiękne rumieńce na naszych twarzach. Żadna Yoggotta się nie rumieni. Ani demon. Ani anioł. Ani bogowie. Nigdy. Rumieniec wstydu wstępuje jedynie na twarz człowieka, znacząc ją znamieniem klątwy, której nie sposób ukryć. Gdy macie wątpliwości czy stoi przed wami człowiek sprawdźcie czy się wstydzi. Ludzie się rumienią. Żeby tego dokonać, trzeba było znaleźć kogoś, kto mi pozwoli pożywić się swoją duszą. Trzeba było odnaleźć drugiego, tak samo zapatrzonego w naukę głupca, jakim byłem ja – i doskonale wiedziałem, kto nim będzie. Stary Macbrückner dożywający sobie spokojnie siedemdziesiątki w szpitalnych murach wybuchał śmiechem, gdy ktoś pytał go o magię. Ubrałem się elegancko, nakręciłem zegarek, zjadłem niewielkie śniadanie złożone z kupionego chleba i odrobiny sera i poszedłem. Do szpitala wpuszczono mnie bez problemu, być może sądzono, że tak ubrany człowiek musi mieć tu jakąś sprawę do załatwienia. A może już wtedy wzięli mnie za posłańca mojego lorda? Nie było to istotne. Kiedy pan Felister Macbrückner mnie zobaczył nie dowierzał. Nie dowierzał też, gdy skłoniłem się nieco na powitanie i uprzejmie się przywitałem. Z uśmiechem na ustach. Tym uśmiechem, którego przez całe lata nie widział nawet przez moment. - Kodar! Co tu robisz? Słyszałem o twojej matce… bardzo mi z jej powodu przykro… - w istocie, bycie uprzejmym i eleganckim sprawiało, że ludzie zachowywali się zupełnie inaczej. Pan Macbrückner zmienił się w ciągu dosłownie kilku sekund z tego surowego człowieka, na pogodnego staruszka. Niedowierzałem, ale nie dałem tego po sobie poznać – gdybym sobie na to pozwolił wszystko by się pewnie posypało. Odprawił uczniów, usiedliśmy przy jego biurku. - Przychodzę do pana w bardzo nietypowej sprawie. Otóż właśnie w związku ze śmiercią matki poszukuję pracy. Chciałbym pracować tu, jako pański asystent… w zasadzie to mogę wykonywać większość pana pracy, w zamian za niecałe dziesięć złotych monet tygodniowo i pańską duszę. Tak, nie przesłyszał się pan – mówiłem spokojnie, na tyle na ile potrafiłem. Najpierw uśmiechnął się życzliwie, jakby sądził, że tylko żartuję. Kiedy jednak nie roześmiałem się tak, jak to czynią ludzie, gdy atmosfera gęstnieje, a rozmówcy chcą kontynuować rozmowę, zwęszył okazję. Oto siedzę przed nim ja, głupiec wierzący w bajeczki takie jak dusza, czy życie po śmierci. I chcę jeszcze za tę wyssaną z palca bajeczkę pracować pół darmo dla niego. Może nie z palca. W istocie duszę wysysa się raczej przez usta, oczy, albo, w drodze wyjątku, przez wyrostek robaczkowy. Są nawet tacy ludzie, których dusza zamieszkała w żołądku. Żadna jednak nie mieszka w sercu, jak mylnie twierdzą niektórzy. To miejsce nienadające się do zamieszkania – głównie ze względu na jednostajne, miarowe bębnienie. Nie wdając się w szczegóły chcę jednak zaznaczyć, że nie wysysa się jej też jak małży ze skorupki, a nawija na palce i przeżuwa się wolno, aż do momentu, gdy przestanie tak żałośnie kwilić. Pan Macbrückner naturalnie nadal nie wierzył w magię, czary, bóstwa, demony i przeczucia. Co za tym idzie: nie wierzył też w duszę. To był pierwszy raz, gdy dotarło do mnie, że lepiej dla mnie jest, kiedy moi znajomi, że tak to ujmę, uważają mnie za głupszego od siebie, gdy tymczasem to oni tkwią w prawdziwym błędzie. Udało mi się wytrwać w takim stanie przez większość mojego życia… aż do dnia, w którym lord podpisał ze mną umowę. Jest ode mnie znacznie mądrzejszy, chociaż ukrywa to starannie. Wie też, kiedy ja udaję głupszego… mój cudowny, doskonały lord. - Oczywiście młody człowieku, to dobry pomysł. Ale ta cena… nie wydaje ci się, że dziesięć monet i coś tak cennego jak dusza to o wiele za dużo? Dam ci osiem monet i duszę, co ty na to? – stary targował się jakby nie starczało mu już to, w co sam wierzył: pomoc za niema darmo. Teraz obrzydziłoby mnie to, co powiedział. Wyszedłbym trzaskając drzwiami, albo odpowiedział mu coś niestosownego. Ale wówczas od tego zależały moje dalsze losy i chciwość tego człowieczka nie mogła tu zaważyć na niczym. Podsunąłem mu pergamin, ze spisaną umową, uzupełniłem jeszcze kwotę i poprosiłem o podpis. Krwią. - Krwią, jeśli można – zabawnie brzmiał wtedy mój głos. Trząsł się nieco i był taki nieprofesjonalny. Od wieków takiego już nie używam, jest nieodpowiedzialny i zbyt przerażony, nikt nie chce go słuchać, gdy już dobędzie się z krtani. Pan Macbrukner znów popatrzył na mnie rozbawiony, ale po chwili namysłu machną ręką i wyjął nożyce, którymi dziabnął swój paluch i tą krwią się podpisał, a potem przystawił go do ust. Może to dlatego mówi się, że niektóre rzeczy są wyssane z palca? Patrząc jak pan Macbrukner ssie swoją własną krew chciało mi się śmiać. Do tej pory chichoczę cicho na wspomnienie o tym widoku. Jakże znaczący obraz, który widywałem potem znacznie częściej: pan Felister Macbrückner, pochylony nad cyrografem, (niechybnie skazującym jego duszę na śmierć i rozkład w moim własnym żołądku) który dopiero co podpisał krwią, którą jeszcze ssie ze swojego zniszczonego, otyłego cielska. Właśnie tacy są ludzie: w obliczu swojego absolutnego końca, upadku, wizja nikłego zysku, ułatwienia sobie czegokolwiek, sprawia, że sami podpisują się pod nim własną krwią, którą gdy znów wycieka łapczywie, chciwie żłopią, by wydoić coś jeszcze z tego mizernego ciała, jeszcze i tego uszczknąć kawałek. Lenistwo potrafi opchnąć w zamian za spokój duszę. Definicja całego brudu ludzkości zawarta w tym jednym obrazku… starzec ssący krew ze swojego kciuka, nad cyrografem, w który nie wierzy, a który ma go zgubić. Ssący palec… zupełnie, jak nic nie świadome dziecko. Macbrückner żył jeszcze 5 lat, a dokładnie cztery lata i siedem miesięcy. Nienawidziłem starego, najbardziej chyba ze wszystkich tych, którym służyłem aż do teraz, ale kłaniałem się usłużnie, gdy wchodził do pokoju, spełniałem każde polecenie, sprzątałem po nim, gdy wychodził. Wychudłem na ten czas bardzo, nie miałem za co jeść, ani porządnie się ubierać, więc i moje oblicze przerodziło się w obraz nędzy i rozpaczy. Nastolatek o wątpliwej urodzie, był teraz dwudziestodwulatkiem ubranym w podarty garnitur i okulary, tym razem potrzebne. Gdy człowiek nie odżywia się odpowiednio i pracuje w takich warunkach, jakie zapewniał pan Macbrückner nie sposób jest zachować zdrowia. Ale nic mnie nie obchodziło, że ciało się sypie. Chroniłem coś znacznie trwalszego jak mi się wydawało: moją duszę. Stary, bo tak go wtedy nazywałem do końca nie wierzył w to, że mogę zażądać zapłaty. Nawet ja w to chwilami wątpiłem. Jak zjeść duszę? Czytałem o tym, ale podobnie jak z seksem, co innego zaczytywać się w książkach, co innego zrobić to na żywo. Bardzo podobnie zresztą, żadna instrukcja nie opisze doznań zmysłowych, jakie temu wszystkiemu towarzyszą. Nie miałem do dziś dzień rozkoszy większej od dusz, jakimi się żywię i żadne cielesne rozkosze nie odpowiedzą na żądze, jakie gasi rytuał jedzenia. Gdy umierał zamknąłem jego pokój i zaszyłem się w nim wspólnie ze starym. Nie chciał mnie tam, ale nie nawykłem nigdy do słuchania próśb umierających: one nic już nie zmienią, wszystko, co ostateczne jest już dokonane i nieubłaganie zmierza ku końcowi. Zresztą na okazję tego właśnie wydarzenia podwędziłem z jego portfela pieniądze i sprawiłem sobie drogie i piękne ubranie, cudowną białą koszulę i skrojone na miarę spodnie. Istnie cudowny zestaw. Felister mówił coś o tym, że pielęgniarka z sali numer osiem ma z nim dziecko. Nie musiał tego mówić… wiedziałem doskonale o wszystkich jego grzeszkach, w końcu to ja po nich sprzątałem. W ludzkim ciele takie ekscesy, jak praca w podobnym wymiarze godzin, są wyjątkowo uciążliwe… całe szczęście ludzkie ciało można szybko zmienić na lepsze. Do jedzenia zabierałem się jak nie wprawny ku temu trzylatek. Stosunkowo dobrze rozumiałem, co i gdzie, ale nie szło mi to najlepiej. Wyciągnąć duszę z ciała… kiedy teraz o tym myślę przypomina mi się mój lord, który z taka wprawą, jakby czynił to po wielokroć wcześniej wyciągnął ją z ciała i nawiniętą na palce wcisnął do ust, jak ciastko, czy świeży obiad. Robił to po raz pierwszy, wiem doskonale, ale z takim wdziękiem i wprawą, do której mi i teraz brakuje. Delikatność… to to, czego Yoggotty nie potrafią nigdy opanować w zadawalającym stopniu, a przynajmniej nie gdy jedzą. Wyciągnąłem duszę po piątej próbie, utytłany rytualnymi maziami i wśród znaków przerysowanych z książek. Potem dowiedziałem się, że to tylko proforma dla urozmaicenia rozrywki, wtedy sądziłem, że jest niezbędna. Wysyczałem sterty formuł, które sprawiły, że kłębek energii wysunął się powoli z jego ust, jak mgiełka, albo bardziej trafnie: jak pajęczyna powiewająca na wietrze. Nie spodziewałem się takiego widoku, prawdę powiedziawszy, nie rozumiałem idei duszy. Czy nie powinna być światłem? Albo być bardziej materialna skoro miałem ją zjeść? Zabrałem się więc za jedzenie. Nawinąłem ją na palce - przez przypadek, zupełny przypadek, bo wyciągnąłem do niej dłoń i sama zaplątała się pomiędzy wskazującym a kciukiem. Miała konsystencję przypominającą nieco watę stosowaną w szpitalnych salach do osuszania różnych cieczy, mycia… niezbyt przyjemne uczucie za pierwszym razem, ale tylko za pierwszym. Przysunąłem ją do ust i spróbowałem. Wiła się jak owad, kręciła się. Cofnąłem ją od ust. Musiało to wyglądać istnie przezabawnie, ale nie było mi do śmiechu. Serce wyrywało się z nietrwałej piersi, dłonie drżały, bardzo mocno drżały. Zebrałem się w końcu na odwagę i włożyłem ją całą pomiędzy zęby, zeskrobałem z palców i przeżułem, wolno, jak pisali w księgach. Nie dawało mi wówczas żadnej przyjemności samo żucie, ponieważ jak dziecko pijące alkohol: nie potrafiłem tego robić. Przełknięcie jej było trudne, ale gdy spłynęła wzdłuż przełyku… Logicznym było by pomyśleć o konsekwencjach mojego czynu, o tym, że ludzkie ciało jest za słabe na podobne zachcianki i nawet, gdy udaje się je zmusić do działania to i tak się rozleci. Pomyśleć o tym, że może to, co robią demony jest domeną tylko demonów. Ludzkie ciało jest nietrwałe, w przeciwieństwie do tego, co roją sobie młodzi i silni, a potem powtarzają ich dzieci, gdy rodzicom przychodzą pierwsze dolegliwości. Rozpada się i gnije już za życia, marszczy się, poci, wydala i trawi. Nic w nim nie ma prawa trwać: wypadają włosy, zęby, złuszcza się skóra. Nieustanne umieranie: w ciągu przeciętnej długości życia człowieka na Leokasji, czyli około 55 – 59 lat komórki skóry całkowicie wymieniają się i obumierają osiem razy, a ciało zrzuca około 18 kilogramów skóry. Niepostrzeżenie oczywiście, wszystko dzieje się niepostrzeżenie, żeby nie burzyć tej cudownej wiary, że wszystko jest dobrze. Żeby nie wybuchła panika, gdyby nagle dotarło do nas wszystkich, że po prostu umieramy – wszyscy rozsypujemy się coraz bardziej, a przy życiu trzyma nas tylko trochę świadomości i odrobina przychylnych warunków. Równowaga, balans duszy i fizycznych czynników. O tym też oczywiście zapomniałem: chroniłem coś cenniejszego od ciała, coś trwalszego jak mi się wtedy wydawało. Najpierw rozsypały się dłonie, potem nogi i głowa. Trwało dłużej, nim zniknął też tułów i nic ze mnie nie zostało po za duszą i wspomnieniami pana Felistra Macbrücknera. Nie widziałem wtedy, że będę potrafił dokładnie wszystko to, co i on… przerażało mnie to wszystko… przerażało, ale nie było tego charakterystycznego bębnienia serca i zastrzyku adrenaliny. Nie miałem ciała – rozpadło się na atomy po tym, jak zrobiłem to, czym parają się starsi i silniejsi ode mnie. Nie czułem dotyku, ale jednak byłem, widziałem doskonale łóżko z ciałem pana Macbruckenera. I zapachy… one też nie zniknęły, choć ciało starego cuchnęło inaczej niż zwykle. Dziś wiem… był to zapach, jaki pozostawia po sobie strach i zaskoczenie. Pamiętam strach, którego nie sposób opisać. Swój strach, tym straszniejszy od tego, jaki zna każdy człowiek, że niemający ani końca, ani początku, tłukący się w każdym rozsypanym atomie i krążący wokół, jakby cała ta żałosna planeta składała się na moje ciało, które nie może wydać z siebie nawet jęku, żeby zdradzić swoje istnienie światu. Ale w końcu zrozumiałem i nie brzmiało to ostatecznie tak strasznie – przestałem być człowiekiem. Nie jestem człowiekiem: non sum vir. Jeśli nie jestem człowiekiem, umowa zawarta z demonem przestaje mnie obowiązywać.

Chapter VI Human

She departed. And with her departed everything in my life that had possessed any meaning whatsoever. My mother — who repeated unfailingly that I was exceptional and that she loved me, who recited the same worn fairy tales every morning even before breakfast. She who saw to it that her Little Intellectual need worry about nothing — at least for as long as she lived.

I dismissed that red-haired, incompetent maid, whom I now genuinely hated. It mattered little whether I had slept with her or not — she had been present while my mother was dying, and present when Mr. Asmodeus pointed out my error. She did nothing, said nothing of any value. She was merely that ugly, foolish maid with carrot-red hair and brown stains upon her hands. Nor was she among the slimmer or more graceful sort — and although I myself, a pimpled sixteen-year-old slowly learning manners, was hardly a vision of perfection, I knew the matter had to end. I never regretted it — I was not in love with her.

While studying the books, a plan began to form in my mind: a means of escaping what I had agreed to. The most despicable act imaginable in the eyes of a Yoggotta — to refuse payment. At that time, of course, I did not see the matter quite as I do now; everything depends upon which side of the barricade one occupies. For the fox, the hens in the coop are dinner enough to survive another day. For the hens, the fox is a mortal danger whose removal ensures their continued existence. Each of us possesses our reasons.

I had no intention of paying — not once I understood what payment entailed. Nowadays I take care that my own meals never reach similar conclusions: I know very well what the other side looks like. I became a rather clever boy, and by the age of seventeen I already possessed a plan — nearly perfect.

I no longer wept for her, though it was not easy to contend with the entire gallery of fears, phobias, and sorrows that tightened the lips and drew the salivary glands painfully inward toward the jaw. Everything may be subdued; from anything a man may claw his way free, provided he possesses sufficient motivation — and I had it. I did not intend to end as my agreement required. I would not roast in damnation for a few formulae from dusty books dictated by some demon.

So I sought another solution — risky, exceedingly risky at the time.

I summoned Mr. Asmodeus and requested his magical volumes. They were written in a very peculiar language, but he taught me how to read it and provided the necessary instructions. It seems amusing to me now how I bent over those pages, copying them laboriously from their language into mine — for now their language and mine are the same language. The same words, the same syntax, the same letters; I read it more fluently than I ever read the tongue in which I was raised and matured with such youthful pride.

Languages were never my talent, and thus it proceeded slowly: three additional months were spent upon that task. Yet I translated what interested me most.

Why do demons desire souls?

It took me some time to understand what precisely I had before me. Comprehending the text itself posed no difficulty; the difficulty lay in determining how to use the knowledge it contained. The books made one matter abundantly clear: demons do not feed upon souls, as I had always mistakenly believed. In truth they have little use for them at all.

Except for amusement.

Demons grow bored. Thus, at certain banquets, they devour one or two souls merely for entertainment. They play with us much as we amuse ourselves by watching races or the fights of various animals. I also gleaned several valuable observations, among them one of the most important truths of my existence: if a human being devours another’s soul, he ceases to be human. And if I was no longer human, the contract concluded with a demon would no longer concern me.

In the end it did not sound so dreadful — to cease being human.

Non esse homo.

It sounded almost like an incantation, one of those phrases that lead gradually into deeper mysteries, drifting into one’s own crooked darkness: into fears and boundless oceans of thought that might swallow the filth and indifference of the surrounding world.

I was not afraid to relinquish my humanity — for what is humanity, if not a collection of expectations about what one ought to be and seldom is?

Humanity is pleasant to contemplate when one speaks of great matters requiring courage and heroic deeds worthy of song: moral disputes, ethical debates, the construction of philosophies, aristocrats discussing the dignity of death, the quality of medical care, the proper form of government. Humanity when we speak of love, faith, trust, joy, passions, and longing.

Yet humanity is not merely a chain of lofty ideas that rarely touch daily life — indeed I would say those ideas are but a miserable ornament appended to it. Humanity resides in the everyday.

It resides precisely in those things that horrify us and of which we prefer not to speak: illness, deformity, every variety of bodily unpleasantness, hunger, reproduction, and at last the act of relieving oneself. These make us human more than anything else — not the fact that we do them, but that we attempt to conceal them.

Does a hare crossing a meadow vanish discreetly from our sight when it relieves itself? A hare does not conceal its mating either; it hides nothing. Why should it? That is precisely what makes us human.

Once I heard — from one of my more flavorful meals — that only humans are capable of laughter. This is entirely untrue. I once made the acquaintance of a delightful gorilla who laughed most cheerfully at all my jokes, thereby demolishing his extremely popular theory long before it had time to flourish.

We remain human so long as we feel the need to hide what is dirty, organic, and obvious. So long as we understand the subtleties of existence and feel disgust at the merely human aspects of life, shrinking away while shame paints those magnificent blushes upon our cheeks.

No Yoggotta blushes. Nor demon. Nor angel. Nor god. Never.

The blush of shame rises only upon the face of a human being, marking it with a curse impossible to conceal. If you ever doubt whether the creature before you is human, observe whether it feels shame.

Humans blush.

To accomplish what I intended, I needed to find someone willing to allow me to feed upon his soul. I needed another fool as devoted to science as I myself had once been.

And I knew precisely who that would be.

Old Macbrückner, living out his quiet seventieth year within the hospital walls, burst into laughter whenever anyone asked him about magic.

I dressed elegantly, wound my watch, ate a modest breakfast consisting of purchased bread and a small piece of cheese, and went out.

The hospital admitted me without difficulty — perhaps they assumed that a man dressed so properly must have legitimate business there. Or perhaps they already took me for a messenger of my lord. It mattered little.

When Mr. Felister Macbrückner saw me, he scarcely believed his eyes. Nor did he believe it when I bowed slightly in greeting and addressed him politely.

With a smile upon my lips.

A smile he had not seen upon my face for many years.

“Kodar! What are you doing here? I heard about your mother… I am very sorry for your loss…”

Indeed, courtesy and elegance alter people remarkably. Within seconds Mr. Macbrückner transformed from a stern instructor into a cheerful old gentleman. I scarcely believed it myself, though I did not allow it to show. Had I done so, everything might have collapsed.

He dismissed his students, and we sat together at his desk.

“I have come to you with a rather unusual matter,” I began. “In connection with my mother’s death, I am seeking employment. I should like to work here as your assistant… in truth, I could perform the majority of your duties in exchange for somewhat less than ten gold coins a week — and your soul. Yes, you heard correctly.”

I spoke as calmly as I was able.

At first he smiled kindly, believing I was joking. But when I did not laugh — as people usually do when conversation grows awkward and they wish to move on — he sensed an opportunity.

Here I was before him: a fool who believed in fairy tales such as souls and life after death. And I wished to work for nearly nothing in exchange for such a fanciful trifle.

Perhaps not entirely fanciful. In truth, souls are not extracted through the finger, as the expression suggests. They are usually drawn through the mouth or the eyes — occasionally, in unusual cases, through the appendix. There are even individuals whose souls have taken residence in the stomach. None, however, dwell in the heart, despite the romantic assertions of certain poets. It is an unsuitable residence — chiefly because of the relentless, rhythmic pounding.

Nor, incidentally, does one suck a soul from its shell like an oyster. One winds it around the fingers and chews slowly until it ceases its pitiful whimpering.

Mr. Macbrückner, of course, did not believe in magic, sorcery, gods, demons, or premonitions.

And consequently he did not believe in the soul.

That was the first time it occurred to me that it was often advantageous when acquaintances considered me less intelligent than themselves while they themselves labored under the true misunderstanding. I maintained that state for most of my life… until the day my lord signed a contract with me. He is far more intelligent than I, though he conceals it carefully. And he knows precisely when I am pretending to be foolish.

My wonderful, perfect lord.

“Certainly, young man. An excellent idea. But the price… do you not think ten coins and something as valuable as a soul is rather excessive? I shall give you eight coins and the soul. What do you say?”

The old man bargained as though even the beliefs he professed — assistance offered freely — were insufficient to sustain him.

Today I would find such words revolting. I would leave at once, perhaps slam the door behind me. Yet my future depended upon this moment, and the petty greed of that man could not be permitted to interfere.

I slid a parchment across the desk, the contract already written. I added the amount and asked him to sign.

“With blood, if you please.”

My voice sounded rather ridiculous then — trembling slightly, utterly unprofessional. I have not used such a voice in centuries; it is irresponsible and far too frightened, and no one listens to it once it escapes the throat.

Mr. Macbrückner regarded me with amusement once more. After a moment’s thought he waved a hand dismissively, took a pair of scissors, pricked his finger, and signed the parchment in blood before bringing the finger to his mouth.

Perhaps that is why people say some things are sucked from the finger.

Watching Mr. Macbrückner suck his own blood nearly made me laugh. Even now I chuckle quietly at the memory.

How significant an image it was — one I saw far more often later in life: Mr. Felister Macbrückner bending over a contract (condemning his soul, quite inevitably, to dissolution in my own stomach) signed with the very blood he still sucked from his swollen finger.

Such are humans.

When confronted with their absolute end, the promise of even the smallest gain — a minor convenience — is enough for them to sign their own ruin in blood. And when that blood flows again they greedily swallow it, eager to extract one final drop from their miserable bodies.

Laziness will sell a soul for the sake of comfort.

The entire filth of humanity contained in a single image: an old man sucking his thumb over a contract he does not believe in, yet which will destroy him.

Sucking his finger… like an innocent child.

Macbrückner lived another five years — four years and seven months, to be precise. I hated the old man more than nearly anyone I had served up to that point, yet I bowed dutifully when he entered a room, obeyed every order, cleaned after him when he left.

I grew terribly thin during those years. I could scarcely afford food or proper clothing, and thus my appearance became a portrait of misery. The awkward adolescent had become a twenty-two-year-old in a torn suit and spectacles — this time truly necessary.

When a man eats poorly and labors under conditions such as those provided by Mr. Macbrückner, good health cannot be expected. Yet I did not care that my body was deteriorating.

I believed I was protecting something far more enduring: my soul.

The old man — for that is what I called him — never truly believed I would demand payment. At times even I doubted it myself.

How does one eat a soul?

I had read about it, of course. But as with certain other matters of the body, reading and practice are not quite the same. No manual describes the sensations involved.

To this day I have known no pleasure greater than the souls upon which I feed. No bodily delight rivals the hunger satisfied by that ritual meal.

When he began to die, I locked his room and remained there with him.

He did not want me there, but I have never developed the habit of obeying the wishes of the dying. Their requests change nothing; everything final has already been set in motion.

For the occasion I had also appropriated some money from his wallet and purchased fine clothing — a magnificent white shirt and perfectly tailored trousers.

A splendid ensemble.

Felister murmured something about the nurse from ward eight having borne him a child. He need not have said it — I knew perfectly well about all his little sins. I had been the one cleaning up after them.

Such exertions are remarkably exhausting for the human body… fortunately the human body may be replaced rather quickly.

I approached the act of eating like a child barely learning to use a spoon. I understood roughly what must be done, but skill was lacking.

To draw a soul from the body…

When I think of it now, I remember my lord — who, with the ease of one long practiced, drew the soul from a body, wound it upon his fingers, and slipped it into his mouth as one might a biscuit or a freshly prepared meal.

It was his first time. I know that perfectly well. Yet he performed it with such elegance and precision that even now I cannot equal him.

Delicacy — that is something Yoggotta never master fully. At least not when eating.

I succeeded on the fifth attempt, smeared in ritual pastes and surrounded by symbols copied from the books. Later I learned these were merely decorative flourishes intended to enhance the entertainment.

At the time I believed them essential.

I hissed the formulas until a small knot of energy slid slowly from his mouth — like mist, or more accurately like a strand of spider silk drifting in the wind.

I had not expected such a sight. In truth I did not understand the idea of a soul at all. Should it not have been light? Or something more tangible if it was meant to be eaten?

Nevertheless, I began.

I wound it around my fingers — entirely by accident — for when I reached toward it, it simply tangled itself between my thumb and forefinger. It possessed a texture somewhat like the cotton used in hospital wards to absorb fluids. Not a pleasant sensation the first time.

But only the first time.

I raised it to my lips and tasted it. It writhed like an insect. I withdrew my hand.

It must have looked quite ridiculous, though I found nothing amusing in the moment. My heart pounded violently, my hands trembled.

At last I gathered my courage and pushed the entire strand between my teeth, scraped it from my fingers, and chewed slowly — just as the books instructed.

The act itself gave me no pleasure then. Like a child tasting alcohol, I simply did not know how.

Swallowing was difficult.

But when it slid down my throat…

A reasonable man might have reflected upon the consequences — that the human body is too frail for such experiments, that what demons do may belong solely to demons.

The human body is fragile — despite what the young and strong believe. It decays even while alive: wrinkling, sweating, digesting, excreting. Hair falls out, teeth loosen, skin sheds. Continuous dying.

During an average lifetime on Leokasja — roughly fifty-five to fifty-nine years — the cells of human skin renew themselves eight times, and the body sheds nearly eighteen kilograms of skin.

Quietly, of course. Everything occurs quietly, so that we may preserve the comforting illusion that all is well.

Otherwise panic might erupt if we realized the truth: that we are all slowly collapsing, held together only by a fragment of consciousness and a few favorable conditions.

Balance — between soul and flesh.

I had forgotten that as well.

I believed I was protecting something more durable than the body.

My hands collapsed first. Then my legs and my head. It took longer for the torso to vanish. In the end nothing remained of me but my soul — and the memories of Mr. Felister Macbrückner.

I did not yet realize I would be capable of everything he had been capable of. It terrified me — yet without the pounding heart or surge of adrenaline.

I had no body. It had disintegrated into atoms after I attempted what beings far older and stronger than I perform with ease.

I felt no touch, yet I existed. I saw clearly the bed upon which Mr. Macbrückner’s body lay.

And the smells remained. His body smelled different than usual.

Now I know why.

It was the scent left behind by fear and surprise.

I remember a terror impossible to describe — my terror, greater than any a human knows, because it possessed neither beginning nor end, echoing through every scattered atom of my being, circling me as though the entire wretched planet had become my body.

A body incapable of uttering even a single cry.

At last, however, I understood.

And in the end it did not sound so terrible.

I had ceased to be human.

Non sum vir.

If I am not human, the contract made with a demon no longer binds me.

April 27, 2026

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

*

*