Rozdział III
Bunt
Wszyscy kiedyś byliśmy młodzi, zapewne przyznacie mi Państwo rację, i wszyscy mieliśmy ideały. Niektóre były bardziej naiwne, niż inne, niektóre bardziej dojrzałe. Znaczna większość z nas nienawidziła miejsca, w którym się wtedy znalazła.
Można by powiedzieć, że życie w szpitalu było, pomimo wszystkich niedogodności sielanką. Przyjemną, pełną przygód i nieustannej nauki sielanką. Pieniędzy było dużo, na tyle dużo, że przestałem się z nimi liczyć. Matka nie wydawała praktycznie wcale, bo i kiedy? Całymi dniami pracowała nad nowymi lekami, czy chorobami. Zawsze nad czymś nowym, szalenie istotnym i niemożliwym do dokonania, ale nie obchodziło to specjalnie mojego lorda.
Dorastałem wolno i starałem się go nienawidzić z całych sił. Wszystko, co się działo w tych murach, było wynikiem jego decyzji i rozkazów, stanowiło konsekwencje jego nieodpowiedzialnych zachcianek. Och, gdyby wiedział, co wtedy o nim myślałem, nigdy nie pozwoliłby mi stanąć obok, ani dotknąć swojego jedzenia.
Kiedy kończy się trzynasty rok życia, po prostu trzeba mieć jakiegoś wroga, coś, z czym można by walczyć, czemu można by się było przeciwstawić. Taką walkę odbyć musi każdy, niezależnie od tego, czy jest bogiem, demonem, czy człowiekiem. Po prostu trzeba z czymś walczyć, czuć dreszcz przebiegający z kręgosłupa ciepłem do żołądka i z tą delikatną niepewnością i zdenerwowaniem wpływający w dłonie i gardło. Mrowienie przestaje być na ten krótki czas strachem, staje się odwagą, buntem. Słodkim buntem, którego zazwyczaj nie sposób nie żałować.
Ja też nie byłem wcale wyjątkowy: także potrzebowałem kogoś, komu mógłbym się przeciwstawić. I tym kimś był mój kochany lord. Na początku chciałem walczyć z zasadami i na nie się złościłem, ale bardzo szybko dotarło do mnie, że to miejsce i zasady powstały wskutek czyjejś zachcianki, a konkretnie lorda. Wtedy tak go nie nazywałem: miał dla mnie inne imię, które teraz nie przejdzie mi przez usta… zresztą nie przechodziło i wtedy.
Był celem doskonałym na obiekt młodzieńczej złości i buntu. Nie widywałem go wcale, poza tym jednym razem, kiedy mając lat dziewięć, uczyłem się, jak długo może utrzymywać się na skórze kolor fioletowy i że nikt naprawdę nie zwraca uwagi na cudze problemy. Nie było go obok i nie mógł usłyszeć tego, co o nim mówię, albo raczej, co wypisuję obok koślawych karykatur. Był doskonale wręcz odległy, chociaż przecież nie aż tak: zawsze można było poczekać na niego w sali i powiedzieć, co o tym sądzę (dzięki Ci, Opatrzności, że tego nie zrobiłem, po wielokroć dzięki), ale nie o to tu chodziło. Każdy, kto przez to przechodził wie, że gdy staje się na ten czas w obliczu problemu, obiektu swojej walki, jest się tak samo bezsilnym, jak owady obijające się o szkiełka świecących się żarówek – i tak samo komicznym dla patrzących.
Nienawidziłem go – muszę to powiedzieć, przyznać się, że nienawidziłem mojego doskonałego, idealnego lorda o zapachu krwi. Przez długi czas po tym, jak zostałem tym, kim teraz jestem, nie chciałem się do tego przyznać, nie potrafiłem wybaczyć sobie tej głupoty, jaką mając lat trzynaście, wykazywałem się ciągle. Ale winny jestem to sobie: powiedzieć prawdę – nienawidziłem mojego lorda przez wiele lat.
Istnieje wiele rodzajów kłamców.
Tacy, którzy oszukują pracodawców, żeby ci ich nie wylali. Tacy, którzy kłamią swoim żonom na temat kochanek, a kochankom na temat żon. Tacy, którzy zawsze mówią, że to nic nieznaczące drobnostki. Tacy, którzy kłamią tylko w połowie. Są i tacy, którzy kłamią jedynie w zeznaniach podatkowych. Tacy, którzy kłamią prędzej niż oddychają. Kłamcy, którzy gdyby ich życie zależałoby od prawdziwości ich ostatniego zdania, byliby martwi po kilkakroć. Handlujący kłamcy okłamujący klientów. Rodzice kłamiący dzieciom, dzieci rodzicom. Lekarze łgający pacjentom. Bliscy okłamujący umierających.
Wszyscy oni, ci, których wymieniłem i tych, których łaskawie postanowiłem nie przywoływać, nie są niczym godnym wzgardy w porównaniu do tych, którzy okłamują jedyną osobę, której nie powinni: siebie. To rodzaj kłamców, których sama obecność mnie denerwuje, których słowa są nic nieznaczące, działania bezsensowne: wszystko jest u nich bez znaczenia. To ohydni ludzie, niewidzący własnych błędów i pomyłek, tkwiący z uporem w tym samym rodzaju ohydy przez długie lata, tylko po to, by samemu sobie nie sprawić przykrości zrozumienia, że w istocie są naprawdę nikim. Żeby więc uniknąć stania się jednym z nich, przyznaję się do tego teraz: przed sobą i przed Państwem: nienawidziłem jedynej osoby, jaką winienem od zawsze wielbić. Ale cóż począć z tym teraz? Jest za późno, żeby coś zmieniać. Nie żałuje jednak tak, jak powinienem: gdybym nie nienawidził go wtedy, dzisiaj pracowałbym dla kogoś zupełnie, zupełnie innego. Podejrzewam, że dla tej uroczej, poparzonej dziewczynki, która mnie wtedy wezwała. Umiała wyprawiać takie cuda z ogniem… ale usłyszałem o lordzie i dawna zażyłość, a raczej złość nakazała mi pójść gdzie indziej. Nigdy nie byłem bardziej wdzięczny temu wypłowiałemu uczuciu, niż wtedy, gdy dotarło do mnie, kim jest mój doskonały lord.
Buntownik, który nie potrafi się buntować to marny, naprawdę marny człowiek. Takim właśnie człowiekiem byłem… i na całą swoją wiedzę klnę się, że jeśli teraz spotkałbym kogoś takiego jak ja, na swojej drodze nie uznałbym go za godnego splunięcia. Wszystko zmienia się z czasem. Zacząłem wychodzić: to był mój manifest przeciwko sytuacji, w jakiej się znalazłem. Leokasja się w zasadzie nie zmieniała. Nadal byłem Inteligencikiem, lokalna społeczność traktowała mnie bez zmian, jakbym nigdy się nie wyprowadził – wciąż byłem meblem w barze o wspaniałej, lakierowanej ladzie.
I jak to bywa w czasie, gdy czujemy potrzebę największego buntu, wszystko było sielskie i dobre. Nawet stary pan Macbrückner przestał w moich oczach straszyć swoją osobą – był poczciwym, starszym pijaczkiem, o cudownym podejściu do życia. Wszystko układało mi się idealnie, jeśli można tak powiedzieć. W swoim głupkowatym buncie byłem prawdziwie szczęśliwy.

Trwała ta radość przez niemal rok. Matka zachorowała. Nie wiem, na co, ale nim ktokolwiek z jej współpracowników zdążył się zorientować odeszła i zabrała mnie znów do mieszkania na powierzchni. Mieliśmy dość pieniędzy, żebym nie musiał pracować… przyszedł też list od lorda, a raczej, od jego pracownika, pana Conee. Gwarantowano nam nietykalność, czego zresztą dopilnowano, tak długo, jak ona żyła.
Najęliśmy służącą, żeby pomagała oprzątać to brudne, zakurzone mieszkanie, ze śladami śmierci ojca na podłodze i meblach. Nie lubiłem tej pokojówki, mój lord obarczyłby ją pewnie przydomkiem, takim samym, jaki przydziela mi, kiedy zaczyna się denerwować. Ale nie przydomek mnie denerwuje, a słowo „pokojówka”. Jedyne skojarzenie, jakie z nim mam to ta kobieta, paskudna wieśniaczka z marchewkowo rudymi włosami i plamami na dłoniach, szorująca drewnianą, nielakierowaną podłogę, mokrym mopem, tak długo, aż przegniła do reszty. Wtedy nie byłem jednak zły z powodu jej niekompetencji, ale dlatego, że była intruzem w domu, kimś, kogo tam nie chciałem.
Nigdy nie spotkałem kompetentnej do swojej pracy pokojówki: nie wiem,czy to dlatego, że takich nie ma, czy może dlatego, że na takie nie trafiam. Może sądzą, że słanie pościeli i omiatanie kurzy to zajęcia zbyt trywialne i dlatego je lekceważą? Osobiście sądzę, że to jedne z najważniejszych czynności, jakie wykonuje się w ciągu życia. Gotowanie, sprzątanie, parzenie herbaty… można żyć bez władzy i wojen, nawet nie mając złota i kosztowności, ale poranek bez herbaty? Spędziliście chociaż jeden dzień bez chodzenia po podłogach, które bez sprzątania zawalone byłyby śmieciami? Jeden dzień bez oddychania powietrzem, w którym nie wznoszą się opary kurzu? Jeden dzień bez jedzenia? To wszystko jest dużo trudniejsze, niż by się mogło wydawać, o ile nie jest w ogóle niemożliwe do wykonania. Ale pokojówki nie czują tej odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa, nie czują konieczności w tych drobnych obowiązkach – im w głowach są romanse, wielkie podróże, bogactwo i być może jakieś błahostki pokroju sławy.
Chciałem, żeby wszystko było po staremu, jak przed tym koszmarnym szpitalem, ale skoro moja matka nie mogła tego ciągnąć, to i ja nie mogłem. Nie spędzałem czasu w domu, ponieważ nie chciałem widzieć, jak ta ruda pokojówka krząta się po domu. Nie chciałem widzieć, jak gniją podłogi i popada w ruinę kanapa cuchnąca papierosami ojca. Nie chciałem widzieć, jak rozsypuje się moja matka.
Czasami nawet najbardziej złożone teorie nie są w stanie wyjaśnić tego, co się dzieje. Nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. I nie tak, żebyśmy czuli się bezpiecznie i dobrze. Nie ma takich logicznych odpowiedzi, które potrafiłyby zadowolić czternastoletniego chłopca, którego matka nie może przeżyć roku. Nie w tym stanie – nie wiem, co jej było, wiem, że zaraziła się w szpitalu i nie mieli lekarstwa. Nie tam. Nie w jego szpitalu. Nienawidziłem mojego lorda, po wielokroć bardziej, niż jestem to w stanie wyrazić, dużo silniej niż mogą to opisać słowa. I, całe szczęście, nie miałem odwagi go szukać.
Chapter III Rebellion
We have all once been young — you will grant me that much, I trust — and we have all possessed ideals. Some more naïve than others, some nobler, some merely louder. The overwhelming majority of us despised the place in which we then found ourselves.
One might say that life in the hospital was, despite its many inconveniences, something of an idyll. A pleasant idyll, adventurous, instructive to excess. There was money — quite a lot of it, so much that I ceased to count it altogether. Mother scarcely spent any, for when would she have had the time? She laboured day and night over new medicines, or new diseases — always something new, frightfully important and entirely impossible — though this did not trouble my lord in the slightest.
I grew slowly, and I attempted, with all the solemn determination of a boy who has just discovered the concept of injustice, to hate him. Everything that transpired within those walls was the result of his decisions, his orders; all consequences of his irresponsible whims. Oh, had he known what I thought of him then, he would never have allowed me to stand beside him — much less touch his food.
When one reaches the end of one’s thirteenth year, one must simply have an enemy. Something to oppose, something against which to brace oneself. Every being must wage such a war — god, demon, or man alike. One must fight something; one must feel that tremor that runs from the spine in a warm descent to the stomach, then further still, with delicate uncertainty, into the hands and the throat. The tingling ceases, for a fleeting moment, to be fear. It becomes courage. Rebellion. Sweet rebellion — which, as a rule, one is destined to regret.
I was no exception. I too required someone against whom I might rise. And that someone was my beloved lord. At first I sought to fight the rules themselves and directed my indignation at them, but it dawned on me rather swiftly that the place and its rules were the product of someone’s caprice — and that someone was the lord. I did not call him that then; I had another name for him, one that even now refuses to pass my lips… though in truth it rarely did so even then.
He was a perfect object for adolescent fury. I did not see him at all, save for that single occasion when, at nine years of age, I was learning how long the colour violet may remain upon the skin — and that no one truly pays attention to the afflictions of others. He was not there to hear what I said of him — or rather, what I scribbled beside my crooked caricatures. He was magnificently distant, though not impossibly so; one could always have waited for him in a hall and declared one’s opinion outright (Providence be thanked, repeatedly thanked, that I did not), but that was never the point. Anyone who has passed through such a season knows that when one stands face to face with the object of one’s rebellion, one is rendered as helpless as insects battering themselves against the glass of a glowing bulb — and just as ridiculous to onlookers.
I hated him — I must say it plainly — I hated my perfect, ideal lord who carried the scent of blood. For a long time after I became what I am now, I would not admit it. I could not forgive myself the idiocy I displayed at thirteen, and displayed with dedication. But I owe myself the truth: I hated my lord for many years.
There are many kinds of liars.
Those who deceive their employers to avoid dismissal. Those who lie to their wives about their mistresses and to their mistresses about their wives. Those who insist that their falsehoods are trifles. Those who lie only halfway. Those who reserve deceit for their tax declarations. Those who lie sooner than they breathe. Liars who would perish several times over if their lives depended upon the truth of their last sentence. Merchants who lie to customers. Parents who lie to children, children to parents. Doctors who deceive patients. Loved ones who lie to the dying.
All of them — those named and those I have graciously declined to enumerate — are nothing, nothing at all, beside those who lie to the one person they ought never deceive: themselves. That breed irritates me beyond measure. Their words are meaningless, their actions pointless; everything about them is without weight. They cling for years to the same variety of wretchedness simply to avoid the discomfort of realising that they are, in fact, no one of consequence. And so, in order not to become one of them, I confess now — before myself and before you — that I hated the one person I ought, from the beginning, to have adored. What is to be done with that now? It is too late for alterations. I do not regret it as I perhaps should; had I not hated him then, I would today be serving someone entirely, entirely different. Most likely that charming, scarred little girl who once summoned me. She performed wonders with fire… but I heard of the lord, and former familiarity — or rather former anger — directed my steps elsewhere. I have never been more grateful to that faded emotion than in the moment I learned who my perfect lord truly was.
A rebel incapable of rebelling is a pitiful creature. That was precisely what I was — and I swear upon all the knowledge I now possess that if I were to encounter such a boy today, I would not consider him worthy of my contempt. Time alters everything. I began to go out; that was my manifesto. Leokasja did not change in the least. I remained the Little Intellectual, and the local community treated me as though I had never left — I was still a fixture in the bar with the splendid lacquered counter.
And as so often happens when rebellion feels most urgent, everything was idyllic and good. Even old Mr. Mackbrückner ceased to terrify me; he became merely a kindly, elderly drunkard with a commendable philosophy of life. Everything aligned perfectly, if such a phrase may be forgiven. In my foolish rebellion, I was genuinely happy.
Fig. 3. My Mother
That joy lasted nearly a year. Mother fell ill. I do not know with what; before any of her colleagues had properly understood, she departed and removed me once more to the apartment above ground. We had sufficient funds that I need not work. A letter arrived from the lord — or rather from his employee, Mr. Conee — guaranteeing our inviolability, which was indeed honoured for as long as she lived.
We hired a maid to help set in order the filthy, dust-laden flat, still marked by traces of my father’s death upon the floors and furniture. I disliked her. My lord would no doubt have assigned her some nickname, the same he grants me when his patience thins. Yet it is not the nickname that irritates me, but the word maid itself. It summons only that woman: a repulsive rustic with carrot-red hair and stained hands, scrubbing the unvarnished wooden floor with a damp mop until it rotted entirely. At the time I was not angry at her incompetence, but at her intrusion — she was an unwelcome presence in my home.
I have never encountered a competent maid. Whether such creatures exist, I cannot say, or whether I simply fail to meet them. Perhaps they consider bed-making and dusting beneath their dignity and therefore neglect them? I, however, hold these to be among the most essential acts of human existence. Cooking, cleaning, brewing tea… one may survive without power or war, without gold or jewels — but a morning without tea? Have you spent even a single day without walking upon floors that would otherwise drown in refuse? One day breathing air unclouded by rising dust? One day without eating? These are matters far more difficult than they appear — if not outright impossible. Yet maids do not feel the weight of such responsibility. Their thoughts drift toward romances, grand voyages, wealth, perhaps trifles such as fame.
I wished everything to return to how it had been before that dreadful hospital, but if my mother could not sustain it, neither could I. I avoided the house, for I would not see the red-haired maid bustling about. I would not watch the floors decay, nor the sofa — reeking of my father’s cigarettes — collapse into ruin. I would not watch my mother disintegrate.
At times even the most elaborate theories fail to explain what transpires — not in a way we desire, nor in a manner that allows us to feel secure. There are no logical answers capable of satisfying a fourteen-year-old boy whose mother will not survive the year. Not in that condition. I do not know what afflicted her; I know only that she contracted it in the hospital, and that there was no remedy. Not there. Not in his hospital. I hated my lord then more fiercely than I can express — more fiercely than words permit. And, mercifully, I lacked the courage to seek him out.
Rozdział III Bunt
Wszyscy kiedyś byliśmy młodzi, zapewne przyznacie mi Państwo rację, i wszyscy mieliśmy ideały. Niektóre były bardziej naiwne, niż inne, niektóre bardziej dojrzałe. Znaczna większość z nas nienawidziła miejsca, w którym się wtedy znalazła.
Można by powiedzieć, że życie w szpitalu było, pomimo wszystkich niedogodności sielanką. Przyjemną, pełną przygód i nieustannej nauki sielanką. Pieniędzy było dużo, na tyle dużo, że przestałem się z nimi liczyć. Matka nie wydawała praktycznie wcale, bo i kiedy? Całymi dniami pracowała nad nowymi lekami, czy chorobami. Zawsze nad czymś nowym, szalenie istotnym i niemożliwym do dokonania, ale nie obchodziło to specjalnie mojego lorda.
Dorastałem wolno i starałem się go nienawidzić z całych sił. Wszystko, co się działo w tych murach, było wynikiem jego decyzji i rozkazów, stanowiło konsekwencje jego nieodpowiedzialnych zachcianek. Och, gdyby wiedział, co wtedy o nim myślałem, nigdy nie pozwoliłby mi stanąć obok, ani dotknąć swojego jedzenia.
Kiedy kończy się trzynasty rok życia, po prostu trzeba mieć jakiegoś wroga, coś, z czym można by walczyć, czemu można by się było przeciwstawić. Taką walkę odbyć musi każdy, niezależnie od tego, czy jest bogiem, demonem, czy człowiekiem. Po prostu trzeba z czymś walczyć, czuć dreszcz przebiegający z kręgosłupa ciepłem do żołądka i z tą delikatną niepewnością i zdenerwowaniem wpływający w dłonie i gardło. Mrowienie przestaje być na ten krótki czas strachem, staje się odwagą, buntem. Słodkim buntem, którego zazwyczaj nie sposób nie żałować.
Ja też nie byłem wcale wyjątkowy: także potrzebowałem kogoś, komu mógłbym się przeciwstawić. I tym kimś był mój kochany lord. Na początku chciałem walczyć z zasadami i na nie się złościłem, ale bardzo szybko dotarło do mnie, że to miejsce i zasady powstały wskutek czyjejś zachcianki, a konkretnie lorda. Wtedy tak go nie nazywałem: miał dla mnie inne imię, które teraz nie przejdzie mi przez usta… zresztą nie przechodziło i wtedy.
Był celem doskonałym na obiekt młodzieńczej złości i buntu. Nie widywałem go wcale, poza tym jednym razem, kiedy mając lat dziewięć, uczyłem się, jak długo może utrzymywać się na skórze kolor fioletowy i że nikt naprawdę nie zwraca uwagi na cudze problemy. Nie było go obok i nie mógł usłyszeć tego, co o nim mówię, albo raczej, co wypisuję obok koślawych karykatur. Był doskonale wręcz odległy, chociaż przecież nie aż tak: zawsze można było poczekać na niego w sali i powiedzieć, co o tym sądzę (dzięki Ci, Opatrzności, że tego nie zrobiłem, po wielokroć dzięki), ale nie o to tu chodziło. Każdy, kto przez to przechodził wie, że gdy staje się na ten czas w obliczu problemu, obiektu swojej walki, jest się tak samo bezsilnym, jak owady obijające się o szkiełka świecących się żarówek – i tak samo komicznym dla patrzących.
Nienawidziłem go – muszę to powiedzieć, przyznać się, że nienawidziłem mojego doskonałego, idealnego lorda o zapachu krwi. Przez długi czas po tym, jak zostałem tym, kim teraz jestem, nie chciałem się do tego przyznać, nie potrafiłem wybaczyć sobie tej głupoty, jaką mając lat trzynaście, wykazywałem się ciągle. Ale winny jestem to sobie: powiedzieć prawdę - nienawidziłem mojego lorda przez wiele lat.
Istnieje wiele rodzajów kłamców.
Tacy, którzy oszukują pracodawców, żeby ci ich nie wylali. Tacy, którzy kłamią swoim żonom na temat kochanek, a kochankom na temat żon. Tacy, którzy zawsze mówią, że to nic nieznaczące drobnostki. Tacy, którzy kłamią tylko w połowie. Są i tacy, którzy kłamią jedynie w zeznaniach podatkowych. Tacy, którzy kłamią prędzej niż oddychają. Kłamcy, którzy gdyby ich życie zależałoby od prawdziwości ich ostatniego zdania, byliby martwi po kilkakroć. Handlujący kłamcy okłamujący klientów. Rodzice kłamiący dzieciom, dzieci rodzicom. Lekarze łgający pacjentom. Bliscy okłamujący umierających.
Wszyscy oni, ci, których wymieniłem i tych, których łaskawie postanowiłem nie przywoływać, nie są niczym godnym wzgardy w porównaniu do tych, którzy okłamują jedyną osobę, której nie powinni: siebie. To rodzaj kłamców, których sama obecność mnie denerwuje, których słowa są nic nieznaczące, działania bezsensowne: wszystko jest u nich bez znaczenia. To ohydni ludzie, niewidzący własnych błędów i pomyłek, tkwiący z uporem w tym samym rodzaju ohydy przez długie lata, tylko po to, by samemu sobie nie sprawić przykrości zrozumienia, że w istocie są naprawdę nikim. Żeby więc uniknąć stania się jednym z nich, przyznaję się do tego teraz: przed sobą i przed Państwem: nienawidziłem jedynej osoby, jaką winienem od zawsze wielbić. Ale cóż począć z tym teraz? Jest za późno, żeby coś zmieniać. Nie żałuje jednak tak, jak powinienem: gdybym nie nienawidził go wtedy, dzisiaj pracowałbym dla kogoś zupełnie, zupełnie innego. Podejrzewam, że dla tej uroczej, poparzonej dziewczynki, która mnie wtedy wezwała. Umiała wyprawiać takie cuda z ogniem… ale usłyszałem o lordzie i dawna zażyłość, a raczej złość nakazała mi pójść gdzie indziej. Nigdy nie byłem bardziej wdzięczny temu wypłowiałemu uczuciu, niż wtedy, gdy dotarło do mnie, kim jest mój doskonały lord.
Buntownik, który nie potrafi się buntować to marny, naprawdę marny człowiek. Takim właśnie człowiekiem byłem… i na całą swoją wiedzę klnę się, że jeśli teraz spotkałbym kogoś takiego jak ja, na swojej drodze nie uznałbym go za godnego splunięcia. Wszystko zmienia się z czasem. Zacząłem wychodzić: to był mój manifest przeciwko sytuacji, w jakiej się znalazłem. Leokasja się w zasadzie nie zmieniała. Nadal byłem Inteligencikiem, lokalna społeczność traktowała mnie bez zmian, jakbym nigdy się nie wyprowadził – wciąż byłem meblem w barze o wspaniałej, lakierowanej ladzie.
I jak to bywa w czasie, gdy czujemy potrzebę największego buntu, wszystko było sielskie i dobre. Nawet stary pan Macbrückner przestał w moich oczach straszyć swoją osobą – był poczciwym, starszym pijaczkiem, o cudownym podejściu do życia. Wszystko układało mi się idealnie, jeśli można tak powiedzieć. W swoim głupkowatym buncie byłem prawdziwie szczęśliwy.
[caption id="attachment_3780" align="aligncenter" width="313"]
Ryc 3 Moja matka[/caption]
Trwała ta radość przez niemal rok. Matka zachorowała. Nie wiem, na co, ale nim ktokolwiek z jej współpracowników zdążył się zorientować odeszła i zabrała mnie znów do mieszkania na powierzchni. Mieliśmy dość pieniędzy, żebym nie musiał pracować… przyszedł też list od lorda, a raczej, od jego pracownika, pana Conee. Gwarantowano nam nietykalność, czego zresztą dopilnowano, tak długo, jak ona żyła.
Najęliśmy służącą, żeby pomagała oprzątać to brudne, zakurzone mieszkanie, ze śladami śmierci ojca na podłodze i meblach. Nie lubiłem tej pokojówki, mój lord obarczyłby ją pewnie przydomkiem, takim samym, jaki przydziela mi, kiedy zaczyna się denerwować. Ale nie przydomek mnie denerwuje, a słowo „pokojówka”. Jedyne skojarzenie, jakie z nim mam to ta kobieta, paskudna wieśniaczka z marchewkowo rudymi włosami i plamami na dłoniach, szorująca drewnianą, nielakierowaną podłogę, mokrym mopem, tak długo, aż przegniła do reszty. Wtedy nie byłem jednak zły z powodu jej niekompetencji, ale dlatego, że była intruzem w domu, kimś, kogo tam nie chciałem.
Nigdy nie spotkałem kompetentnej do swojej pracy pokojówki: nie wiem, czy to dlatego, że takich nie ma, czy może dlatego, że na takie nie trafiam. Może sądzą, że słanie pościeli i omiatanie kurzy to zajęcia zbyt trywialne i dlatego je lekceważą? Osobiście sądzę, że to jedne z najważniejszych czynności, jakie wykonuje się w ciągu życia. Gotowanie, sprzątanie, parzenie herbaty… można żyć bez władzy i wojen, nawet nie mając złota i kosztowności, ale poranek bez herbaty? Spędziliście chociaż jeden dzień bez chodzenia po podłogach, które bez sprzątania zawalone byłyby śmieciami? Jeden dzień bez oddychania powietrzem, w którym nie wznoszą się opary kurzu? Jeden dzień bez jedzenia? To wszystko jest dużo trudniejsze, niż by się mogło wydawać, o ile nie jest w ogóle niemożliwe do wykonania. Ale pokojówki nie czują tej odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa, nie czują konieczności w tych drobnych obowiązkach – im w głowach są romanse, wielkie podróże, bogactwo i być może jakieś błahostki pokroju sławy.
Chciałem, żeby wszystko było po staremu, jak przed tym koszmarnym szpitalem, ale skoro moja matka nie mogła tego ciągnąć, to i ja nie mogłem. Nie spędzałem czasu w domu, ponieważ nie chciałem widzieć, jak ta ruda pokojówka krząta się po domu. Nie chciałem widzieć, jak gniją podłogi i popada w ruinę kanapa cuchnąca papierosami ojca. Nie chciałem widzieć, jak rozsypuje się moja matka.
Czasami nawet najbardziej złożone teorie nie są w stanie wyjaśnić tego, co się dzieje. Nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. I nie tak, żebyśmy czuli się bezpiecznie i dobrze. Nie ma takich logicznych odpowiedzi, które potrafiłyby zadowolić czternastoletniego chłopca, którego matka nie może przeżyć roku. Nie w tym stanie – nie wiem, co jej było, wiem, że zaraziła się w szpitalu i nie mieli lekarstwa. Nie tam. Nie w jego szpitalu. Nienawidziłem mojego lorda, po wielokroć bardziej, niż jestem to w stanie wyrazić, dużo silniej niż mogą to opisać słowa. I, całe szczęście, nie miałem odwagi go szukać.
Chapter III Rebellion
We have all once been young — you will grant me that much, I trust — and we have all possessed ideals. Some more naïve than others, some nobler, some merely louder. The overwhelming majority of us despised the place in which we then found ourselves.
One might say that life in the hospital was, despite its many inconveniences, something of an idyll. A pleasant idyll, adventurous, instructive to excess. There was money — quite a lot of it, so much that I ceased to count it altogether. Mother scarcely spent any, for when would she have had the time? She laboured day and night over new medicines, or new diseases — always something new, frightfully important and entirely impossible — though this did not trouble my lord in the slightest.
I grew slowly, and I attempted, with all the solemn determination of a boy who has just discovered the concept of injustice, to hate him. Everything that transpired within those walls was the result of his decisions, his orders; all consequences of his irresponsible whims. Oh, had he known what I thought of him then, he would never have allowed me to stand beside him — much less touch his food.
When one reaches the end of one’s thirteenth year, one must simply have an enemy. Something to oppose, something against which to brace oneself. Every being must wage such a war — god, demon, or man alike. One must fight something; one must feel that tremor that runs from the spine in a warm descent to the stomach, then further still, with delicate uncertainty, into the hands and the throat. The tingling ceases, for a fleeting moment, to be fear. It becomes courage. Rebellion. Sweet rebellion — which, as a rule, one is destined to regret.
I was no exception. I too required someone against whom I might rise. And that someone was my beloved lord. At first I sought to fight the rules themselves and directed my indignation at them, but it dawned on me rather swiftly that the place and its rules were the product of someone’s caprice — and that someone was the lord. I did not call him that then; I had another name for him, one that even now refuses to pass my lips… though in truth it rarely did so even then.
He was a perfect object for adolescent fury. I did not see him at all, save for that single occasion when, at nine years of age, I was learning how long the colour violet may remain upon the skin — and that no one truly pays attention to the afflictions of others. He was not there to hear what I said of him — or rather, what I scribbled beside my crooked caricatures. He was magnificently distant, though not impossibly so; one could always have waited for him in a hall and declared one’s opinion outright (Providence be thanked, repeatedly thanked, that I did not), but that was never the point. Anyone who has passed through such a season knows that when one stands face to face with the object of one’s rebellion, one is rendered as helpless as insects battering themselves against the glass of a glowing bulb — and just as ridiculous to onlookers.
I hated him — I must say it plainly — I hated my perfect, ideal lord who carried the scent of blood. For a long time after I became what I am now, I would not admit it. I could not forgive myself the idiocy I displayed at thirteen, and displayed with dedication. But I owe myself the truth: I hated my lord for many years.
There are many kinds of liars.
Those who deceive their employers to avoid dismissal. Those who lie to their wives about their mistresses and to their mistresses about their wives. Those who insist that their falsehoods are trifles. Those who lie only halfway. Those who reserve deceit for their tax declarations. Those who lie sooner than they breathe. Liars who would perish several times over if their lives depended upon the truth of their last sentence. Merchants who lie to customers. Parents who lie to children, children to parents. Doctors who deceive patients. Loved ones who lie to the dying.
All of them — those named and those I have graciously declined to enumerate — are nothing, nothing at all, beside those who lie to the one person they ought never deceive: themselves. That breed irritates me beyond measure. Their words are meaningless, their actions pointless; everything about them is without weight. They cling for years to the same variety of wretchedness simply to avoid the discomfort of realising that they are, in fact, no one of consequence. And so, in order not to become one of them, I confess now — before myself and before you — that I hated the one person I ought, from the beginning, to have adored. What is to be done with that now? It is too late for alterations. I do not regret it as I perhaps should; had I not hated him then, I would today be serving someone entirely, entirely different. Most likely that charming, scarred little girl who once summoned me. She performed wonders with fire… but I heard of the lord, and former familiarity — or rather former anger — directed my steps elsewhere. I have never been more grateful to that faded emotion than in the moment I learned who my perfect lord truly was.
A rebel incapable of rebelling is a pitiful creature. That was precisely what I was — and I swear upon all the knowledge I now possess that if I were to encounter such a boy today, I would not consider him worthy of my contempt. Time alters everything. I began to go out; that was my manifesto. Leokasja did not change in the least. I remained the Little Intellectual, and the local community treated me as though I had never left — I was still a fixture in the bar with the splendid lacquered counter.
And as so often happens when rebellion feels most urgent, everything was idyllic and good. Even old Mr. Mackbrückner ceased to terrify me; he became merely a kindly, elderly drunkard with a commendable philosophy of life. Everything aligned perfectly, if such a phrase may be forgiven. In my foolish rebellion, I was genuinely happy.
Fig. 3. My Mother
That joy lasted nearly a year. Mother fell ill. I do not know with what; before any of her colleagues had properly understood, she departed and removed me once more to the apartment above ground. We had sufficient funds that I need not work. A letter arrived from the lord — or rather from his employee, Mr. Conee — guaranteeing our inviolability, which was indeed honoured for as long as she lived.
We hired a maid to help set in order the filthy, dust-laden flat, still marked by traces of my father’s death upon the floors and furniture. I disliked her. My lord would no doubt have assigned her some nickname, the same he grants me when his patience thins. Yet it is not the nickname that irritates me, but the word maid itself. It summons only that woman: a repulsive rustic with carrot-red hair and stained hands, scrubbing the unvarnished wooden floor with a damp mop until it rotted entirely. At the time I was not angry at her incompetence, but at her intrusion — she was an unwelcome presence in my home.
I have never encountered a competent maid. Whether such creatures exist, I cannot say, or whether I simply fail to meet them. Perhaps they consider bed-making and dusting beneath their dignity and therefore neglect them? I, however, hold these to be among the most essential acts of human existence. Cooking, cleaning, brewing tea… one may survive without power or war, without gold or jewels — but a morning without tea? Have you spent even a single day without walking upon floors that would otherwise drown in refuse? One day breathing air unclouded by rising dust? One day without eating? These are matters far more difficult than they appear — if not outright impossible. Yet maids do not feel the weight of such responsibility. Their thoughts drift toward romances, grand voyages, wealth, perhaps trifles such as fame.
I wished everything to return to how it had been before that dreadful hospital, but if my mother could not sustain it, neither could I. I avoided the house, for I would not see the red-haired maid bustling about. I would not watch the floors decay, nor the sofa — reeking of my father’s cigarettes — collapse into ruin. I would not watch my mother disintegrate.
At times even the most elaborate theories fail to explain what transpires — not in a way we desire, nor in a manner that allows us to feel secure. There are no logical answers capable of satisfying a fourteen-year-old boy whose mother will not survive the year. Not in that condition. I do not know what afflicted her; I know only that she contracted it in the hospital, and that there was no remedy. Not there. Not in his hospital. I hated my lord then more fiercely than I can express — more fiercely than words permit. And, mercifully, I lacked the courage to seek him out.