🇬🇧 🇵🇱

Rozdział IV
Umowa

Myślałem, że racjonalnie można wytłumaczyć wszystko. Zapach, jaki czuć po deszczu to ozon ulatujący spomiędzy grudek ziemi. Radość wyjaśnić da się ilością endorfin i serotoniny, czasem jeszcze kilku innych czynników. Kolory stanowią efekt chropowatości powierzchni i kąta padania promieni gwiazdy, która akurat oświetla glebę. Sny? Zajmują umysł, gdy ten nie ma innych bodźców.

Nie było, naprawdę nie było niczego, czego nie potrafiłbym tłumaczyć odpowiednim, naukowym procederem.

A jednak moja matka umierała. Nieubłaganie, niezmiennie umierała i żaden rodzaj nauki nie potrafił jej uratować. Nie było takiego logicznego rozwiązania, które wyjaśniałoby to, dlaczego ona. Znaczy się, było: podwyższone ryzyko wiążące się z miejscem jej pracy, zła kondycja fizyczna, nabyta poprzez lata nieodpowiedniego odżywiania się i ciężkiej pracy, pył osadzający się w płucach, wskutek życia na tej wiecznie zapylonej planecie, zbyt wysoka temperatura powietrza, częste odwodnienia, stany przewlekłego stresu i ciężki poród – to wszystko to nawet nie połowa powodów, dla których właśnie ona zachorowała. Ale czy to jest to, co chcemy usłyszeć, gdy smutek zaciska swoje oślizgłe zimne łapska pod przełykiem?

Nie. Nikt nie lubi się godzić z ostatecznym. Ostateczne przeraża ludzi, ponieważ nie ma od niego odwołania, nie ma takiej siły, która by mogła cofnąć ostateczne. Przynajmniej nie w zakresie ludzkich możliwości. Ostateczne jest nieodwracalne: taka jest w ludzkich oczach śmierć i taka jest znacząca ilość rozstań. Bogowie nie patrzą na to w ten sposób, mój lord nauczył mnie bardzo szybko, że dla bogów śmierć to po prostu mało przyjemna konieczność, którą, od czasu do czasu, przeżywają nawet oni. W istocie wszystko, co robimy, jest ostateczne i nieodwracalne – nic co zostało zrobione, nic, co zostało powiedziane nie może zostać cofnięte. Nie można wycofać się z oddechów, które się już wzięło, cofnąć tego, co się zjadło, by przywrócić to ponownie do zdatnej do podania formy. Nie da się nawet cofnąć tego, co się zobaczyło i pomyślało. Wszystko cokolwiek zaistniało na tym świecie, jest ostateczne, trzeba więc czcić to, co ostateczne, gdy przychodzi, zamiast osłaniać się murami lęku i barykadami tego, co już znane. Codzienność jest bardziej nieodwracalna od śmierci – jako Yoggotta doskonale wiem, czym jest ostateczność, tak samo, jak szybko zdają sobie z tego sprawę moje rozliczne posiłki. Wszystko jednakowieje, gdy człowiek nie potrafi zrozumieć tej idei.

A więc to, czego się bałem, śmierć matki, ostateczne i nieodwracalne, nie miało satysfakcjonującego mnie naukowego wyjaśnienia i rozwiązania. Nie było niczego, czym można byłoby zatrzymać ostateczne, niczego, co znałem i ceniłem. Postanowiłem więc odwołać się do tego, o czym wszyscy uczeni milczeli. Do demonów, czarów i szarlatanów, całej tej hochsztaplerki, którą powielają raz po raz uliczni kuglarze i dziwacznie ubrane starsze panie, których nikt nie zna i nikt znać nie powinien. Nie wierzyłem w ani jedną magiczną sztuczkę i nie chciałem wierzyć w demony i czary. Ale chwytałem się wszystkiego, żeby jej pomóc. W barze zabrałem wtedy głos po raz pierwszy. Czternastoletni, ubrany w tą białą koszulę, spodnie na kant i ze srebrnym kieszonkowym zegarkiem, jak wszyscy moi rówieśnicy ze szpitala. Nie przystawałem do tych brudnych osiłków wcale.

– Czy ktoś tutaj zna się na czarach? – musiało to brzmieć równie nierozsądnie, co i teraz, ale podziałało. Jeśli w pokoju jest powyżej trzydziestu osób to zawsze, przynajmniej jedna odpowie twierdząco. Wtedy też jeden staruszek wstał z miejsca. Wyglądał komicznie, zarówno wtedy, jak i teraz – z wielkimi kolczykami w porozciąganych uszach, ze śladami starych tatuaży na twarzy i w podartych ubraniach przypominających raczej wielkie połacia podartych szmat, niż cokolwiek właściwego ubraniu. Był tak wyraźnie przerysowany, przezabawnie wręcz, pasujący do wszystkiego, co wiedziałem wtedy o ludziach parających się podobnymi bzdurami.

Sądziłem, że to żałosne, by powietrze i jedzenie musiało marnować się na podobnych dziwaków, wierzących w idiotyczne bajeczki, wymyślane ku uciesze tłumów. W istocie byłem głupszy od mojego wyobrażenia o nich, jeszcze głupszy, niż można by się było w ogóle spodziewać. Teraz oddaję hołd każdemu, kto para się czarami, kto potrafi przywołać ciemne moce z ukrycia. Ci ludzie posiadają bowiem, niezwykły wręcz rodzaj siły i pokory, który i ja kiedyś może obejmę swoim rozumem.

Wstał więc i zmierzył mnie wzrokiem, spokojnym, zupełnie innym od mojej ówczesnej pogardy.

– A cóż, żeś to chciał chłopcze? – zapytał trzęsącym się głosem. Cały się trząsł, podobnie nieco do mojego lorda, gdy braknie mu porannej dawki heroiny.

– Znasz się na tym? Moja matka potrzebuje pomocy – mówiłem, a głos trząsł mi się, w miarę mówienia, bardziej niż temu starcowi, chociaż muszę powiedzieć, że nie czyniło go to wcale mniej pogardliwym.

– Znam się chłopcze, znam się. Ale ty nie wierzysz w takie bajki, prawda? Nie wyglądasz, jakbyś wierzył – mówił spokojnie, cały czas patrzył na mnie dobrodusznie. Nie znam jego imienia, nigdy go nie poznałem, byłem zbyt zadufany w sobie, żeby spytać i zbyt pełen pogardy, żeby się z nim witać.

– Nie wierzę, to prawda – przyznałem się cicho, a potem spojrzałem mu w oczy. Teraz już wiem… bogowie, wiem, że trzeba było odejść, odmówić dalszej rozmowy. Tak zrobiłby każdy rozsądny człowiek, ale czy zdesperowany czternastolatek może w ogóle być rozsądny? Odpowiedź jest oczywiście odmowna. Nie potrafiłem wtedy dostrzec w nich ani złości, ani tych ciemnych mocy, ani nawet tego, że w istocie jest mu mnie żal. Ach… gdybym spotkał się wtedy, też sam bym siebie żałował. Ale nie ma w tym wszystkim żadnej tragedii, w końcu wszystko ostatecznie doprowadziło mnie do mojego lorda, a to oznacza, że było konieczne.

– Więc nie uwierzysz też w cenę, ale zmuszony jestem zapytać: co gotów jesteś poświęcić? Czy twoja dusza jest częścią tej stawki? – mówił drżącym, cały czas drżącym głosem, który do tej pory słyszę. Każdy ma swoje własne przekleństwa.

– Tak, dorzucę jeszcze zegarek, za pomoc – rzecz jasna nie wierzyłem w żadną duszę. Tak, to był dokładnie ten rodzaj pychy, z jakiej teraz kpię, ponieważ sam z niej wyszedłem: przekonanie, że człowiek może sam nad wszystkim zapanować. Co stało mi na przeszkodzie, postawić na szalę coś, w czego istnienie nie wierzyłem?

Z fałd materiału wyjął zniszczoną książkę i włożył mi ją w ręce. Śmierdziała potem i niech Opatrzność broni wiedzieć, czym jeszcze. Jedyne, co mnie wtedy zastanawiało to kwestia, szalenie dla mnie istotna jeszcze po dziś dzień: czy ten człowiek nie rozstawał się z tym podniszczonym przedmiotem? Godzinami przesiadywał w barach, czekając na właściwy moment? Czy może Opatrzność mi sprzyjała i tego dnia wziął ją właśnie ze sobą z innych powodów?

Pamiętam, że mnie brzydziła. Pamiętam skurcz w żołądku i gardle, gdy ją brałem. Pamiętam opór, jaki pojawił się w dłoniach. Pamiętam, jak przyspieszyło serce. I pamiętam, że nic nie było w stanie mnie zniechęcić, podobnie jak teraz nic nie jest w stanie odciągnąć mnie, od mojego doskonałego lorda.

Wcisnąłem starcowi zegarek w dłonie i pobiegłem do domu. Chciałbym powiedzieć, że zrobiłem to, jak należy, wedle prawideł i stosownego obrządka, że podziękowałem, jak należało i podałem mu zegarek z namaszczeniem, podobnym ceremoniom, gdzie monarchowie mianują swoich rycerzy, ale to byłoby kłamstwo. Wcisnąłem mu go w ręce i pobiegłem, bez słowa pożegnania.

Nigdy więcej nie widziałem tego człowieka. Nie miał po co więcej ze mną rozmawiać, w końcu pozbył się swojego przekleństwa i zniknął, równie nagle, co ja wyszedłem. Starzec, który dał mi księgę.

Pobiegłem do domu, zamknąłem się w dawnym pokoju ojca i postanowiłem, że spróbuję, niczym ci głupcy z legend powtarzanych dzieciom przed snem. O tak, dokładnie jak podobni ówczesnemu mi głupcy, w których istnienie, gdy się tylko słucha historii tego rodzaju, śmie się powątpiewać. Miałem czternaście lat, prawie piętnaście, w tym wieku robi się rzeczy, których nie można już nazywać buntem, ponieważ są zdecydowanie zbyt nierozsądne. Nie inaczej było ze mną: miałem w rękach księgę, w której magię nie wierzyłem i zamierzałem jej użyć.

Naturalnie, czułem przez skórę, że postępuję nierozsądnie, wbrew wszelkim moralnym i logicznym zasadom. Na swoje nieszczęście: czułem i podobnie do nic nierozumiejących, zapatrzonych w cel szaleńców, nie słuchałem niczego, co nie było rozumem. Umysł jest jednak bardziej zwodniczy, niż wszystkie demony świata: sam sieje w nas pychę, kiedy jej nie trzeba i zwątpienie, gdy potrzeba nam pewności.

W księdze tej nadmieniono znacznie więcej, niż jednego stwora, którego postanowiłem przyzwać, jednak ten jeden wydawał mi się rozsądnym wyborem. Nie dlatego, że miał zdolności mogące pomóc mojej matce, ale dlatego, że jako jedyny wydawał się być mi podobnym. Takie informacje przynajmniej uzyskałem wskutek czytania księgi. Demon, który potrafił opowiedzieć mi o gwiazdach na niebie, poznanym z matczynych podręczników i przytoczyć sztuki rzemiosła rysunku nie mógł być złym wyborem.

"Dorzucę jeszcze zegarek...". Zobacz, jak Cyrus Desmondo oddaje duszę, by ratować matkę i spotyka Asmodeusza.
Ryc. 4 Kanclerz piekielny Asmodeusz

Zrobiłem to, czego wymagała ode mnie instrukcja: stanąłem, wymalowałem pieczęć i mruczałem pod nosem inkantację, której nie rozumiałem. Pojawił się, dopiero gdy miałem przestać, znudzony bezmiarem stateczności, jaka zaczynała się wkradać w to miejsce. Wyglądał trochę tak, jak go opisano w księdze: bestia o trzech głowach, byczej, ludzkiej i baraniej, o ogonie węża i stopach przypominających gęsie czy żabie, z błoną pomiędzy palcami. Dosiadał smoka (i chociaż nigdy nie byłem pewny czy to stworzenie, o niedołężnie wyglądającym psyku i oczach błagających o litość, to smok, to nigdy też nie miałem odwagi o to zapytać) w dłoni trzymając sztandar Piekieł, dumnie powiewający i łopoczący, pomimo braku jakiegokolwiek wiatru. Ledwie zmieścił się na drewnianej podłodze, która upiornie skrzypiała pod jego ciężarem. Nie wierzyłem w to, co widziałem, czułem znów ten paraliżujący rodzaj strachu, co w dzieciństwie.

– Czy jesteś Asmodayem? – zapytałem w końcu, jak kazała księga. Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się na wszystkich trzech ustach i skłonił się bardzo, naprawdę bardzo powoli. Majestatyczny… prawdziwy potwór, nie taki jak te ze szpitala, raczej taki, jak z ilustracji w fantastycznych książkach i baśniach. Bałem się go bardziej, niż przypuszczałem, że mogę, trzęsły mi się kolana, w piersi łopotało serce, a drżącego oddechu nie sposób było uspokoić. I pęcherz… mało brakło do tego, by te odprasowane na kancik spodnie cuchnęły charakterystycznym zapachem świeżego moczu. Nigdy go nie lubiłem, chociaż to nie zapach był w tym płynie najgorszy.

– W-w-wezwałem cię… – tyle wydukałem. Język znów się mnie nie słuchał, odsłaniając ten brak profesjonalizmu, sprawiając, że na chwilę znów jąkałem się, jak siedmiolatek. Potwór roześmiał się, potem spoważniał i skinął głową.

– Nie wierzyłeś, że przyjdę – przemawiał takim tonem, tak przeraźliwie przy tym świszcząc, że nie sposób było zdzierżyć jego głosu. Dzwonił w uszach jeszcze na długo po tym, co powiedział, podobnie do tego, jak dźwięczy powietrze po wybuchu granatu, ale wówczas jeszcze nie miałem takiego porównania. Miał rację, istotnie nie wierzyłem, nie wierzyłem nawet w to, że przede mną stoi, więc wyciągnąłem dłoń w jego stronę. Z jego ust posypały się jednak płomienie, kaskadą – podobnie do dziewczęcych loków wysypujących się nagle z kaptura – tak szybko, że ledwo zdążyłem się cofnąć, oparzony pierwszą iskrą. Najwyraźniej nie lubił, gdy się go dotykało… tak przynajmniej wtedy myślałem.

– O-o-ow-w-w-szem – brzmiałem przekomicznie, można by rzec, idealnie jak na posiłek.

– Jesteś jąkałą? Nie lubię ich. Przez ponad pół dnia dukają, o co chodzi, a nim się namyślą nad samą odpowiedzią na moje pytania, mija kolejne pół dnia. Jak się więc nazywasz i po co mnie wezwałeś? – pytał bardzo łagodnie, ale dziś wiem, że nawet nie próbował kryć swojego rozbawienia. Wtedy nie chciałem nawet myśleć o tym, że to tylko jego igraszka, albo już wiedziałem, ale bałem się pojąć.

– Kodar, mam na imię K-kodar i chciałem… chciałem od ciebie pomocy. Moja matka umiera i… – podniósł dłoń, żebym przestał mówić. Był spokojny, przeraźliwie spokojny, chociaż spodziewałem się złości.

– Kodar? Kiepskie imię, brzmi jakbyś miał wyrosnąć na wojownika o posturze, co najmniej byczej, a na to mi nie wygląda. Pomocy… prosisz o nią w taki sposób? Bez słowa „panie” albo chociaż pokłonów? – pytał mnie dalej. Jako chłopiec wychowany w tym przeklętym szpitalu, nie miałem dużej styczności z manierami: gdy zapędzi się specjalistów najwyższej klasy z jednej dziedziny do niewielkich pomieszczeń i zmusi do wspólnej pracy nad zagadnieniami, które po stokroć ich przerastają, rzadko można usłyszeć oznaki jakiejkolwiek kultury. Oczywiście z początku honorują się oni nawzajem, szanują, ale wraz z rozwojem sporów, wyścigami w drabinie stanowisk i kolejnymi wyborami metod pracy uczeni ci stają się zawsze jak dzieci w piaskownicy, jedno obrażone na drugie z powodu kradzieży grabek, albo nieostrożnego zdejmowania wiaderka z babki ulepionej z piasku. Brak tu jakiejkolwiek kultury, a co dopiero czasu, by nauczyć małego chłopca etykiety.

Jako chłopak, wcale już nie mały, nie miałem ani nawyku przedstawiania się, ani ukłonów, ani nawet zasad elementarnej grzeczności: przed niechybną zgubą broniły mnie tylko niezwykle zasobne pokłady tchórzostwa i spolegliwości, używane wtedy, gdy stawały się niezbędne. Nauczyłem się do teraz na pamięć wszelkich zasad etyki i norm grzecznościowych, wyszkoliłem się płynnie w sztuce obycia, w całym ogromie zasad zachowania się przy stole, tego, co i komu wypada powiedzieć i kiedy powinienem się skłonić, a kiedy tylko pochylić głowę, a potem dostosowałem to do moich aktualnych potrzeb. Wtedy, podobnie jak mój lord, nie wiedziałem do czego służą sztućce, jeśli na stole jest ich więcej niż dwa komplety, ani komu należy się ukłonić. Z tym, że mój lord nie musi robić takich rzeczy, posiada na ich temat jedynie wiedzę – a ja wręcz na odwrót.

Skłoniłem się wolno, chociaż strach nie wymazał z mojej twarzy pogardy doszczętnie i na pewno było ją wyraźnie widać. Asmoday pokiwał głową, a potem znów uśmiechną się raźnie.

– No dobrze, pyszny chłopcze… powiesz mi może, dlaczego mnie prosisz?

– Ja… nikt nie potrafi jej pomóc, więc pomyślałem, że autorytet takiego pokroju, mógłby być właściwym wyborem – mówiłem wolno, tak samo jak urabiałem starego Macbrücknera.

– Nie lżyj mi, sądząc, że mnie zwiedziesz pięknymi słówkami. I gotów jesteś mi za to zapłacić? Mniemam, że tak, skoro tutaj stoję – mówił do mnie, jak do ulicznego sprzedawcy warzyw przemawia pan na włościach. Interesy załatwiało się w pewnych czasach zupełnie inaczej, niż teraz.

– Tak… chcę, żeby była zdrowa – nie zastanawiałem się nad tym, co robię, nie myślałem zupełnie o konsekwencjach, jakie będę musiał ponieść. Nikt, kto się na to zgadza, nie myśli o nich, a przynajmniej nie w takich kategoriach, w jakich realnie mają one miejsce. Są po prostu bardzo nieprzyjemnym wynikiem naszej głupoty odkładanym, w miarę możliwości, zawsze na później.

– To wszystko? Znasz cenę i jedyne, czego żądasz, to zdrowie matki? Sądzisz, że to cię zadowoli, gdy nadejdzie czas spłaty? Będziesz uważał swoje życie za spełnione? – mówił teraz bardziej jak ojciec, którego nie miałem, niż jakakolwiek inna osoba. Odpowiedź mogła być tylko jedna i nie była taka, z jakiej dumna byłaby moja matka, ale za którą z całą pewnością pochwaliłby mnie mój lord, gdyby wiedział, gdybym kiedykolwiek odważył się mu opowiedzieć i liczyć na to, że nie znajdę się na wygnaniu, na jego wiecznej, okrutnej niełasce. Nie chciałem być jedynie kimś, kto przynosi jej zdrowie, nie marzyłem nigdy, by oddać za kogoś życie, żeby się poświęcić. Nie czułem ciepła, na myśl o tym, co chciałem zrobić. W istocie ratowanie jej nie było nawet decyzją podjętą z uwzględnieniem jej zdania: liczyło się tylko to, co ja o tym sądzę. Bardzo samolubna decyzja.

– Nie, ale chcę, żeby żyła – mówiłem coraz pewniej, coraz ostrzej, ale teraz, po latach, wiem już, że to nie była oznaka nagłego przypływu odwagi, to, co robiłem, nie czyniło mnie nikim bardziej wartościowym, czy zdecydowanym, a nawet ni czyniło mnie trudniejszym. Zachowywałem się dokładnie tak, jak cała reszta ludzi zawierających tego typu umowy i próbując umocnić swoją i tak ledwie stojąca pozycję sam podciąłem jej nogi. Ten, kto w starciu z demonem, albo Yoggottą, pierwszy uniesie głos, broniąc swoich racji, pierwszy powie pełnym emocji głosem „chcę” jest stracony. Ta zasada towarzyszyła mi przez wiele kolejnych stuleci, aż do spotkania mojego lorda, gdzie, nim zdołał zapytać, to słowo wydarło się z mojej krtani na świat samo i eksplodowało ilością pożądania, jakiego nie sposób było już niczym zakryć. Podobnie było też wtedy – słowa te wyszły na świat, przez nikogo nieprzestrzeżone, w jak zgubne miejsce zaciągną ciało, w jakim się narodziły.

– O co więc mnie prosisz chłopcze? – wodził mnie za nos, urabiał, jak tylko chciał i jak mu tylko pasowało, a ja bez słowa sprzeciwu dawałem się prowadzić, jak naiwne dziewczę w tańcu, posuszny jego niewypowiedzianym rozkazom.

– Żebyś mnie nauczał, dał dostęp do skarbów, bogactw i wiedzy, poznał mnie ze wszystkimi tajemnymi sztukami, skoro takie istnieją – mówiłem już bez drżenia głosu, bez wątpliwości, bo nie przemawiałem wcale ja, tylko moja pycha, pogarda i poczucie wyższości. Przemawiał barowy Inteligencik, nieudacznik mający się za kogoś, za pana dorównującego przynajmniej, jeśli nieprzewyższającego swoim jestestwem, mojego doskonałego lorda. W istocie niewart byłem jednak splunięcia istoty, z którą rozmawiałem, ani swojego własnego w te kilkaset lat później.

– Jak sobie życzysz. Przyzwij mnie w nocy gotów do nauki – zniknął. Nie potrzeba było żadnego zaklęcia, jakie proponowała księga, nie trzeba było specjalnych namaszczeń. Zniknął, nie podpisawszy niczego.

Demony różnią się od opisów ich osobowości, jakie znajdujemy w księgach: nie podpisują (już od całych wieków) cyrografów, nie chcą zostawać tutaj na siłę, nie robią nic, co by było zbyt trudne do pojęcia. Jedyne, co wykorzystują to chwilową desperację, a jeśli nie mogą… no cóż: we wszechświecie jest pełno innych miejsc, w których mogą się spokojnie bawić, gdy wyrwą się po pracy z Piekieł, przemykając pod nosem straży Gwiazdy Zarannej Lucyfera. Asmoday, jak go wtedy nazywałem, miał w sobie niezwykle dużo spokoju, jak na demona i jeszcze więcej pewności, niż mogłem się spodziewać. Był łagodniejszy, niż go opisywano, dużo łagodniejszy, chociaż wcale nie taki, jakim chciałbym, aby był.

Pamiętam, że zastanawiałem się wtedy, dlaczego do mnie przyszedł, odpowiedział na wezwanie. Wielu z tych ludzi, mieszkających na Leokasji, próbowało wówczas przyzywać kolejne demony – nieskutecznie. Czy miałem w sobie tę mistyczną moc opisywaną w księgach? A może moje pragnienia były na tyle silne, na tyle istotne, by przywołać przede mnie istotę równie potężną? Rzeczywistość, jak wiele razy bywa ,okazała się znacznie bardziej brutalna i oczywista. Po wielu stuleciach, gdy mieliśmy już za sobą tę uciążliwą relację, której był autorem, odważyłem się go zapytać. Powiedział, że był tam wtedy, bo uciekał od pana Mefistofelesa. Trwała wojna pomiędzy nim, panem Mefistofelesem i całą resztą Wszechświata, a jemu się nudziło.

Takie są właśnie demony: znudzone i zmęczone, bezczelnie wręcz demonstrujące to, jak mało obchodzą je sprawy bogów, czy jakichkolwiek innych instancji. O moim losie zadecydował więc przypadek – rzecz niezwykle cenna, że akurat ten przypadek umożliwił mi drogę do mojego lorda.

Pozbierałem się w sobie, poszedłem do toalety pozwolić zwieraczom odpocząć, potem zjadłem obiad w salonie z matką. Tego dnia pokojówka podała kluski z sosem mięsnym – pamiętam je doskonale, lepiej niż twarz własnej matki: rozmiękłe, klejące się do dziąseł i cuchnące stęchlizną (której zapach unosił się w całym domu niezmiennie), podane w sosie smakującym bardziej mąką i kwasem, niż mięsem. Ohydny posiłek dla ohydnej osoby.

Zjadłem i poszedłem do baru, podziękować starcowi za księgę, zwrócić mu ją może, sam nie wiem… . Nie było go – barman podał mi tylko mój srebrny zegarek, kręcąc przy tym głową.

– Ten staruch, coś go tu Inteligenciku spotkał i na przepytę wezbrał, to on ci poszlita już z godzinę temu będzie. Zostawił li to ten kwarcyk, te, co mu goś ta dał. Mówił, że mu ta niepotrzebne i polazł przez te drzwi, jak przez bramę stodolną. Idźta tam z takim dziadem, nie Inteligenciku? Cóż, żeś przyczarował z tej dziadkowej księgi? Poszło ci to jako, czy tak samo, jak i nam, tylko dziad się pouśmiechał, jak mu zwracali te papierzyska? – nie odpowiadałem. Nie lubiłem go słuchać, chociaż on najwyraźniej lubił mówić. Zabrałem zegarek i wróciłem do domu. Srebrny zegarek od matki… piękny srebrny zegarek, z wygrawerowaną sceną myśliwską, na której psy gonią jelenia. Mam go do dzisiaj i bardzo go sobie cenię. Na tyle, by udawać, że ma jakąkolwiek magiczną moc i trzymać go wśród wielu innych artefaktów, które przez lata swojej pracy udało mi się zgromadzić.

Stałem się wtedy dorosły: sam odpowiadałem za siebie, ale nie miałem żadnego pojęcia jak się w tym wszystkim znaleźć – najgorsze było to, że nie miałem też pojęcia o tym, że nic nie rozumiem. Nienawidzę siebie z tamtego czasu – nienawidzę bardziej, niż pan Andrielach nienawidzi mnie, bardziej, niż lord kocha heroinę i papierosy, bardziej niż jestem to w stanie opisać. Ale gdyby nie ten roztrzęsiony, zadufany w sobie, niemal piętnastoletni chłopiec nie byłoby mnie teraz wcale. Byłbym martwy już od wielu, naprawdę wielu lat, dokładnie tak samo, jak są martwi moi rówieśnicy.

 

Chapter IV The Contract

I was convinced that everything could be explained rationally. The scent after rain? Ozone escaping from between the clods of earth. Joy? Endorphins and serotonin — perhaps a few supplementary chemicals for good measure. Colours? A matter of surface texture and the angle at which the light of whichever star happens to illuminate the soil is cast. Dreams? The mind amusing itself when deprived of stimuli.

There was — truly — nothing I could not unravel with the proper scientific procedure.

And yet my mother was dying. Steadily, methodically, she was dying, and no branch of science could save her. There was no logical answer that satisfied the question: why her? That is to say, there were answers — elevated occupational risk, physical decline from years of poor nutrition and exhausting labour, dust settling in the lungs from life on this eternally powdered planet, excessive heat, chronic dehydration, prolonged stress, a difficult childbirth — and that is not even half the list. But is that what one wishes to hear when grief tightens its slick, icy claws beneath the throat?

No. No one accepts the final.

The final terrifies people because there is no appeal from it, no force capable of reversing it — at least not within human capacity. Finality is irreversible; thus humans see death, and so too a great many farewells. Gods do not see it so. My lord taught me very quickly that for gods death is merely an unpleasant necessity, one they themselves endure from time to time. In truth, everything we do is final and irreversible — no word unsaid, no act undone. You cannot retract a breath once taken, nor return food to its presentable state after swallowing it. You cannot unsee what you have seen, nor unthink what you have thought. Everything that has occurred in this world is final. One must therefore honour the final when it comes, rather than barricade oneself behind walls of fear and the familiar.

Daily life is more irreversible than death.

As a Yoggotta, I know very well what finality is — as do my numerous meals, though they comprehend it rather more quickly. Everything becomes uniform when one fails to grasp this principle.

And so the thing I feared — my mother’s death, the ultimate and irreversible — had no scientific explanation that satisfied me. Nothing I valued could halt it. I therefore turned to what scholars prefer not to discuss: demons, sorcery, charlatans — all that mountebankery repeated by street conjurers and oddly dressed elderly women whom no one knows and no one ought to know. I did not believe in a single magical trick. I did not wish to believe in demons or spells. But I grasped at everything.

That evening in the bar, I spoke for the first time.

Fourteen years old, dressed in a white shirt, creased trousers, and with a silver pocket watch — as all my hospital peers were. I did not belong among those filthy brutes.

“Does anyone here know anything about sorcery?”

It must have sounded as foolish then as it does now — but it worked. If there are more than thirty people in a room, at least one will answer yes.

An old man stood.

He looked comical — then and now — with enormous earrings stretching his lobes, faded tattoos upon his face, and garments so torn they resembled territories of fabric rather than clothing. He was absurdly exaggerated, perfectly aligned with everything I believed about practitioners of such nonsense.

I thought it tragic that air and food should be wasted on such eccentrics, believers in idiotic fairy tales invented for public amusement. In truth, I was more foolish than my caricature of them — far more foolish than one might expect. Now I honour every person who practises magic, who dares to summon darkness from concealment. They possess a rare strength and humility I may one day fully comprehend.

He rose and regarded me calmly — entirely unlike my contempt.

“And what might you be wanting, boy?” he asked in a trembling voice. He shook as well — somewhat like my lord when deprived of his morning heroin.

“Do you know this art? My mother needs help.” My voice trembled more than his as I spoke, though it did not make it any less disdainful.

“I know it, boy. I do. But you don’t believe in such tales, do you? You don’t look like you do.”

“I don’t,” I admitted quietly — and then I looked into his eyes.

Gods… I know now I should have left. Any reasonable person would have. But can a desperate fourteen-year-old be reasonable? Obviously not. I did not see anger there, nor dark forces, nor even pity. Ah — had I met myself then, I would have pitied me too. But there is no tragedy in this; everything led me to my lord, and thus was necessary.

“You won’t believe the price either,” he continued, “but I must ask: what are you prepared to sacrifice? Is your soul part of the wager?”

“Yes. And the watch, for the help.”

Of course I did not believe in souls. That was precisely the arrogance I now mock — the belief that one can control everything. What did it cost me to wager something I did not believe existed?

From his folds he produced a worn book and placed it in my hands. It smelled of sweat — and Providence forbid what else. I wondered only whether he ever parted from it. Did he sit in bars for hours waiting for a moment such as this? Or had Providence favoured me, and he brought it that day for other reasons?

I remember revulsion. The tightening of stomach and throat. The resistance in my hands. My heart racing. And I remember that nothing could have deterred me — just as nothing now deters me from my perfect lord.

I shoved the watch into his hands and ran home.

I would like to claim I performed the exchange with ceremony — that I thanked him solemnly, offering the watch as monarchs dub their knights — but that would be a lie. I pressed it into his palm and fled without farewell.

I never saw him again.

He had no need to speak further with me; he had rid himself of his curse and vanished as abruptly as I had departed.

I locked myself in my father’s old room and resolved to attempt what foolish children in bedtime legends attempt — precisely like those fools whose existence we doubt while hearing their stories. I was nearly fifteen; at that age one does things too reckless to call rebellion.

I held a book whose magic I did not believe in — and intended to use it.

Naturally I sensed the irrationality of it, the violation of logic and morality. Like all single-minded madmen, I ignored anything that was not my reason. The mind is more deceptive than any demon: it breeds pride when none is needed and doubt when certainty is essential.

The book mentioned many creatures, but I chose one who seemed… similar to me. A demon who could speak of the stars I knew from my mother’s textbooks and discourse on drawing and craft could not be a poor choice.

Mroczny, ekspresyjny szkic demona Asmodeusza z uniwersum Yoggotta. Postać o trzech głowach (ludzkiej, byczej i baraniej) wyłaniająca się z gęstwiny czarnych linii. Styl makabrycznego dark fantasy i horroru. Fig. 4. Asmodeus, Infernal Chancellor

I followed the instructions: stood, drew the seal, murmured the incantation I did not understand. He appeared only when I was about to stop — perhaps bored by the creeping respectability of the place.

He resembled the description: a beast with three heads — bull, man, and ram — a serpent’s tail, webbed feet like goose or frog, mounted upon a dragon (or something pitifully attempting to be one), holding aloft a banner of Hell that fluttered despite the absence of wind. He barely fit upon the wooden floor, which groaned beneath him.

I did not believe what I saw.

“Are you Asmoday?” I asked, as instructed.

He did not answer — merely smiled with all three mouths and bowed very, very slowly. Majestic. A true monster — not like those in the hospital, but those from illustrated tales.

My knees trembled. My heart battered my ribs. My breath shook. And my bladder very nearly betrayed me.

“I—I summoned you…”

He laughed, then grew serious.

“You did not believe I would come,” he hissed, his voice shrill and piercing, ringing in my ears long after he finished — like air after an explosion, though I had not yet known one.

He was correct. I did not believe even as I reached to touch him.

Flames cascaded from his mouths like curls tumbling from a hood. I recoiled, burned by the first spark.

“O-o-of course…”

“You stutter? I dislike stutterers. Half a day to form a sentence, another half to answer a question. What is your name and why have you summoned me?”

“Kodar… my name is K-Kodar. My mother is dying and—”

He raised a hand.

“Kodar? A poor name. It sounds as though you were meant to grow into a warrior of at least bovine stature — which you clearly have not. And you ask for help without ‘sir’ or even a bow?”

The hospital had not schooled me in manners. Scholars forced into cramped rooms to compete rarely model etiquette; they revert to children squabbling over spades in sand.

I bowed stiffly, contempt still visible.

“Very well, arrogant boy. Why do you ask me?”

“No one can help her. I thought an authority such as yourself might be… appropriate.”

“Do not attempt to flatter me. You are prepared to pay, I assume?”

“Yes. I want her healthy.”

“That is all? You know the price and demand only her health? Will that satisfy you when payment is due?”

The honest answer — one my mother would not have admired — was no.

“I want her to live.”

The first to raise his voice before a demon is lost. I learned that lesson for centuries thereafter — until I met my lord, when that same word tore from me before I could stop it.

“What, then, do you request?”

“That you teach me. That you grant me access to knowledge, to treasures, to the secret arts.”

It was the pride of the tavern that spoke, not I.

“As you wish. Summon me tonight, and be prepared to learn.”

And he was gone — no contract signed, no parchment marked, no evidence of my folly left behind.

Demons no longer require signatures. They exploit desperation. If thwarted, they amuse themselves elsewhere — slipping past the guards of the Morning Star.

For centuries later I asked him why he came. He told me he had been fleeing Lord Mephistopheles and was bored by war.

Such are demons.

Chance decided my fate — and that chance led me to my lord.

I composed myself, relieved my trembling body, dined with my mother — dumplings in a rancid meat sauce I remember better than her face — then returned to the bar to return the book.

The old man was gone. The bartender handed back my silver watch.

I keep it still — engraved with hounds chasing a stag — among other artefacts I pretend possess magic.

That was when I became an adult: responsible, yet ignorant of my ignorance.

I despise that boy — more than Andrielach despises me, more than my lord loves heroin and cigarettes. But without that trembling, arrogant near-fifteen-year-old, I would not exist. I would be long dead, like my peers.

{

Rozdział IV Umowa

Myślałem, że racjonalnie można wytłumaczyć wszystko. Zapach, jaki czuć po deszczu to ozon ulatujący spomiędzy grudek ziemi. Radość wyjaśnić da się ilością endorfin i serotoniny, czasem jeszcze kilku innych czynników. Kolory stanowią efekt chropowatości powierzchni i kąta padania promieni gwiazdy, która akurat oświetla glebę. Sny? Zajmują umysł, gdy ten nie ma innych bodźców. Nie było, naprawdę nie było niczego, czego nie potrafiłbym tłumaczyć odpowiednim, naukowym procederem. A jednak moja matka umierała. Nieubłaganie, niezmiennie umierała i żaden rodzaj nauki nie potrafił jej uratować. Nie było takiego logicznego rozwiązania, które wyjaśniałoby to, dlaczego ona. Znaczy się, było: podwyższone ryzyko wiążące się z miejscem jej pracy, zła kondycja fizyczna, nabyta poprzez lata nieodpowiedniego odżywiania się i ciężkiej pracy, pył osadzający się w płucach, wskutek życia na tej wiecznie zapylonej planecie, zbyt wysoka temperatura powietrza, częste odwodnienia, stany przewlekłego stresu i ciężki poród - to wszystko to nawet nie połowa powodów, dla których właśnie ona zachorowała. Ale czy to jest to, co chcemy usłyszeć, gdy smutek zaciska swoje oślizgłe zimne łapska pod przełykiem? Nie. Nikt nie lubi się godzić z ostatecznym. Ostateczne przeraża ludzi, ponieważ nie ma od niego odwołania, nie ma takiej siły, która by mogła cofnąć ostateczne. Przynajmniej nie w zakresie ludzkich możliwości. Ostateczne jest nieodwracalne: taka jest w ludzkich oczach śmierć i taka jest znacząca ilość rozstań. Bogowie nie patrzą na to w ten sposób, mój lord nauczył mnie bardzo szybko, że dla bogów śmierć to po prostu mało przyjemna konieczność, którą, od czasu do czasu, przeżywają nawet oni. W istocie wszystko, co robimy, jest ostateczne i nieodwracalne – nic co zostało zrobione, nic, co zostało powiedziane nie może zostać cofnięte. Nie można wycofać się z oddechów, które się już wzięło, cofnąć tego, co się zjadło, by przywrócić to ponownie do zdatnej do podania formy. Nie da się nawet cofnąć tego, co się zobaczyło i pomyślało. Wszystko cokolwiek zaistniało na tym świecie, jest ostateczne, trzeba więc czcić to, co ostateczne, gdy przychodzi, zamiast osłaniać się murami lęku i barykadami tego, co już znane. Codzienność jest bardziej nieodwracalna od śmierci – jako Yoggotta doskonale wiem, czym jest ostateczność, tak samo, jak szybko zdają sobie z tego sprawę moje rozliczne posiłki. Wszystko jednakowieje, gdy człowiek nie potrafi zrozumieć tej idei. A więc to, czego się bałem, śmierć matki, ostateczne i nieodwracalne, nie miało satysfakcjonującego mnie naukowego wyjaśnienia i rozwiązania. Nie było niczego, czym można byłoby zatrzymać ostateczne, niczego, co znałem i ceniłem. Postanowiłem więc odwołać się do tego, o czym wszyscy uczeni milczeli. Do demonów, czarów i szarlatanów, całej tej hochsztaplerki, którą powielają raz po raz uliczni kuglarze i dziwacznie ubrane starsze panie, których nikt nie zna i nikt znać nie powinien. Nie wierzyłem w ani jedną magiczną sztuczkę i nie chciałem wierzyć w demony i czary. Ale chwytałem się wszystkiego, żeby jej pomóc. W barze zabrałem wtedy głos po raz pierwszy. Czternastoletni, ubrany w tą białą koszulę, spodnie na kant i ze srebrnym kieszonkowym zegarkiem, jak wszyscy moi rówieśnicy ze szpitala. Nie przystawałem do tych brudnych osiłków wcale. - Czy ktoś tutaj zna się na czarach? – musiało to brzmieć równie nierozsądnie, co i teraz, ale podziałało. Jeśli w pokoju jest powyżej trzydziestu osób to zawsze, przynajmniej jedna odpowie twierdząco. Wtedy też jeden staruszek wstał z miejsca. Wyglądał komicznie, zarówno wtedy, jak i teraz – z wielkimi kolczykami w porozciąganych uszach, ze śladami starych tatuaży na twarzy i w podartych ubraniach przypominających raczej wielkie połacia podartych szmat, niż cokolwiek właściwego ubraniu. Był tak wyraźnie przerysowany, przezabawnie wręcz, pasujący do wszystkiego, co wiedziałem wtedy o ludziach parających się podobnymi bzdurami. Sądziłem, że to żałosne, by powietrze i jedzenie musiało marnować się na podobnych dziwaków, wierzących w idiotyczne bajeczki, wymyślane ku uciesze tłumów. W istocie byłem głupszy od mojego wyobrażenia o nich, jeszcze głupszy, niż można by się było w ogóle spodziewać. Teraz oddaję hołd każdemu, kto para się czarami, kto potrafi przywołać ciemne moce z ukrycia. Ci ludzie posiadają bowiem, niezwykły wręcz rodzaj siły i pokory, który i ja kiedyś może obejmę swoim rozumem. Wstał więc i zmierzył mnie wzrokiem, spokojnym, zupełnie innym od mojej ówczesnej pogardy. - A cóż, żeś to chciał chłopcze? – zapytał trzęsącym się głosem. Cały się trząsł, podobnie nieco do mojego lorda, gdy braknie mu porannej dawki heroiny. - Znasz się na tym? Moja matka potrzebuje pomocy – mówiłem, a głos trząsł mi się, w miarę mówienia, bardziej niż temu starcowi, chociaż muszę powiedzieć, że nie czyniło go to wcale mniej pogardliwym. - Znam się chłopcze, znam się. Ale ty nie wierzysz w takie bajki, prawda? Nie wyglądasz, jakbyś wierzył – mówił spokojnie, cały czas patrzył na mnie dobrodusznie. Nie znam jego imienia, nigdy go nie poznałem, byłem zbyt zadufany w sobie, żeby spytać i zbyt pełen pogardy, żeby się z nim witać. - Nie wierzę, to prawda – przyznałem się cicho, a potem spojrzałem mu w oczy. Teraz już wiem… bogowie, wiem, że trzeba było odejść, odmówić dalszej rozmowy. Tak zrobiłby każdy rozsądny człowiek, ale czy zdesperowany czternastolatek może w ogóle być rozsądny? Odpowiedź jest oczywiście odmowna. Nie potrafiłem wtedy dostrzec w nich ani złości, ani tych ciemnych mocy, ani nawet tego, że w istocie jest mu mnie żal. Ach… gdybym spotkał się wtedy, też sam bym siebie żałował. Ale nie ma w tym wszystkim żadnej tragedii, w końcu wszystko ostatecznie doprowadziło mnie do mojego lorda, a to oznacza, że było konieczne. - Więc nie uwierzysz też w cenę, ale zmuszony jestem zapytać: co gotów jesteś poświęcić? Czy twoja dusza jest częścią tej stawki? – mówił drżącym, cały czas drżącym głosem, który do tej pory słyszę. Każdy ma swoje własne przekleństwa. - Tak, dorzucę jeszcze zegarek, za pomoc – rzecz jasna nie wierzyłem w żadną duszę. Tak, to był dokładnie ten rodzaj pychy, z jakiej teraz kpię, ponieważ sam z niej wyszedłem: przekonanie, że człowiek może sam nad wszystkim zapanować. Co stało mi na przeszkodzie, postawić na szalę coś, w czego istnienie nie wierzyłem? Z fałd materiału wyjął zniszczoną książkę i włożył mi ją w ręce. Śmierdziała potem i niech Opatrzność broni wiedzieć, czym jeszcze. Jedyne, co mnie wtedy zastanawiało to kwestia, szalenie dla mnie istotna jeszcze po dziś dzień: czy ten człowiek nie rozstawał się z tym podniszczonym przedmiotem? Godzinami przesiadywał w barach, czekając na właściwy moment? Czy może Opatrzność mi sprzyjała i tego dnia wziął ją właśnie ze sobą z innych powodów? Pamiętam, że mnie brzydziła. Pamiętam skurcz w żołądku i gardle, gdy ją brałem. Pamiętam opór, jaki pojawił się w dłoniach. Pamiętam, jak przyspieszyło serce. I pamiętam, że nic nie było w stanie mnie zniechęcić, podobnie jak teraz nic nie jest w stanie odciągnąć mnie, od mojego doskonałego lorda. Wcisnąłem starcowi zegarek w dłonie i pobiegłem do domu. Chciałbym powiedzieć, że zrobiłem to, jak należy, wedle prawideł i stosownego obrządka, że podziękowałem, jak należało i podałem mu zegarek z namaszczeniem, podobnym ceremoniom, gdzie monarchowie mianują swoich rycerzy, ale to byłoby kłamstwo. Wcisnąłem mu go w ręce i pobiegłem, bez słowa pożegnania. Nigdy więcej nie widziałem tego człowieka. Nie miał po co więcej ze mną rozmawiać, w końcu pozbył się swojego przekleństwa i zniknął, równie nagle, co ja wyszedłem. Starzec, który dał mi księgę. Pobiegłem do domu, zamknąłem się w dawnym pokoju ojca i postanowiłem, że spróbuję, niczym ci głupcy z legend powtarzanych dzieciom przed snem. O tak, dokładnie jak podobni ówczesnemu mi głupcy, w których istnienie, gdy się tylko słucha historii tego rodzaju, śmie się powątpiewać. Miałem czternaście lat, prawie piętnaście, w tym wieku robi się rzeczy, których nie można już nazywać buntem, ponieważ są zdecydowanie zbyt nierozsądne. Nie inaczej było ze mną: miałem w rękach księgę, w której magię nie wierzyłem i zamierzałem jej użyć. Naturalnie, czułem przez skórę, że postępuję nierozsądnie, wbrew wszelkim moralnym i logicznym zasadom. Na swoje nieszczęście: czułem i podobnie do nic nierozumiejących, zapatrzonych w cel szaleńców, nie słuchałem niczego, co nie było rozumem. Umysł jest jednak bardziej zwodniczy, niż wszystkie demony świata: sam sieje w nas pychę, kiedy jej nie trzeba i zwątpienie, gdy potrzeba nam pewności. W księdze tej nadmieniono znacznie więcej, niż jednego stwora, którego postanowiłem przyzwać, jednak ten jeden wydawał mi się rozsądnym wyborem. Nie dlatego, że miał zdolności mogące pomóc mojej matce, ale dlatego, że jako jedyny wydawał się być mi podobnym. Takie informacje przynajmniej uzyskałem wskutek czytania księgi. Demon, który potrafił opowiedzieć mi o gwiazdach na niebie, poznanym z matczynych podręczników i przytoczyć sztuki rzemiosła rysunku nie mógł być złym wyborem. [caption id="attachment_3785" align="aligncenter" width="453"]"Dorzucę jeszcze zegarek...". Zobacz, jak Cyrus Desmondo oddaje duszę, by ratować matkę i spotyka Asmodeusza. Ryc. 4 Kanclerz piekielny Asmodeusz[/caption] Zrobiłem to, czego wymagała ode mnie instrukcja: stanąłem, wymalowałem pieczęć i mruczałem pod nosem inkantację, której nie rozumiałem. Pojawił się, dopiero gdy miałem przestać, znudzony bezmiarem stateczności, jaka zaczynała się wkradać w to miejsce. Wyglądał trochę tak, jak go opisano w księdze: bestia o trzech głowach, byczej, ludzkiej i baraniej, o ogonie węża i stopach przypominających gęsie czy żabie, z błoną pomiędzy palcami. Dosiadał smoka (i chociaż nigdy nie byłem pewny czy to stworzenie, o niedołężnie wyglądającym psyku i oczach błagających o litość, to smok, to nigdy też nie miałem odwagi o to zapytać) w dłoni trzymając sztandar Piekieł, dumnie powiewający i łopoczący, pomimo braku jakiegokolwiek wiatru. Ledwie zmieścił się na drewnianej podłodze, która upiornie skrzypiała pod jego ciężarem. Nie wierzyłem w to, co widziałem, czułem znów ten paraliżujący rodzaj strachu, co w dzieciństwie. - Czy jesteś Asmodayem? – zapytałem w końcu, jak kazała księga. Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się na wszystkich trzech ustach i skłonił się bardzo, naprawdę bardzo powoli. Majestatyczny… prawdziwy potwór, nie taki jak te ze szpitala, raczej taki, jak z ilustracji w fantastycznych książkach i baśniach. Bałem się go bardziej, niż przypuszczałem, że mogę, trzęsły mi się kolana, w piersi łopotało serce, a drżącego oddechu nie sposób było uspokoić. I pęcherz… mało brakło do tego, by te odprasowane na kancik spodnie cuchnęły charakterystycznym zapachem świeżego moczu. Nigdy go nie lubiłem, chociaż to nie zapach był w tym płynie najgorszy. - W-w-wezwałem cię… - tyle wydukałem. Język znów się mnie nie słuchał, odsłaniając ten brak profesjonalizmu, sprawiając, że na chwilę znów jąkałem się, jak siedmiolatek. Potwór roześmiał się, potem spoważniał i skinął głową. - Nie wierzyłeś, że przyjdę – przemawiał takim tonem, tak przeraźliwie przy tym świszcząc, że nie sposób było zdzierżyć jego głosu. Dzwonił w uszach jeszcze na długo po tym, co powiedział, podobnie do tego, jak dźwięczy powietrze po wybuchu granatu, ale wówczas jeszcze nie miałem takiego porównania. Miał rację, istotnie nie wierzyłem, nie wierzyłem nawet w to, że przede mną stoi, więc wyciągnąłem dłoń w jego stronę. Z jego ust posypały się jednak płomienie, kaskadą - podobnie do dziewczęcych loków wysypujących się nagle z kaptura - tak szybko, że ledwo zdążyłem się cofnąć, oparzony pierwszą iskrą. Najwyraźniej nie lubił, gdy się go dotykało… tak przynajmniej wtedy myślałem. - O-o-ow-w-w-szem – brzmiałem przekomicznie, można by rzec, idealnie jak na posiłek. - Jesteś jąkałą? Nie lubię ich. Przez ponad pół dnia dukają, o co chodzi, a nim się namyślą nad samą odpowiedzią na moje pytania, mija kolejne pół dnia. Jak się więc nazywasz i po co mnie wezwałeś? – pytał bardzo łagodnie, ale dziś wiem, że nawet nie próbował kryć swojego rozbawienia. Wtedy nie chciałem nawet myśleć o tym, że to tylko jego igraszka, albo już wiedziałem, ale bałem się pojąć. - Kodar, mam na imię K-kodar i chciałem… chciałem od ciebie pomocy. Moja matka umiera i… - podniósł dłoń, żebym przestał mówić. Był spokojny, przeraźliwie spokojny, chociaż spodziewałem się złości. - Kodar? Kiepskie imię, brzmi jakbyś miał wyrosnąć na wojownika o posturze, co najmniej byczej, a na to mi nie wygląda. Pomocy… prosisz o nią w taki sposób? Bez słowa „panie” albo chociaż pokłonów? – pytał mnie dalej. Jako chłopiec wychowany w tym przeklętym szpitalu, nie miałem dużej styczności z manierami: gdy zapędzi się specjalistów najwyższej klasy z jednej dziedziny do niewielkich pomieszczeń i zmusi do wspólnej pracy nad zagadnieniami, które po stokroć ich przerastają, rzadko można usłyszeć oznaki jakiejkolwiek kultury. Oczywiście z początku honorują się oni nawzajem, szanują, ale wraz z rozwojem sporów, wyścigami w drabinie stanowisk i kolejnymi wyborami metod pracy uczeni ci stają się zawsze jak dzieci w piaskownicy, jedno obrażone na drugie z powodu kradzieży grabek, albo nieostrożnego zdejmowania wiaderka z babki ulepionej z piasku. Brak tu jakiejkolwiek kultury, a co dopiero czasu, by nauczyć małego chłopca etykiety. Jako chłopak, wcale już nie mały, nie miałem ani nawyku przedstawiania się, ani ukłonów, ani nawet zasad elementarnej grzeczności: przed niechybną zgubą broniły mnie tylko niezwykle zasobne pokłady tchórzostwa i spolegliwości, używane wtedy, gdy stawały się niezbędne. Nauczyłem się do teraz na pamięć wszelkich zasad etyki i norm grzecznościowych, wyszkoliłem się płynnie w sztuce obycia, w całym ogromie zasad zachowania się przy stole, tego, co i komu wypada powiedzieć i kiedy powinienem się skłonić, a kiedy tylko pochylić głowę, a potem dostosowałem to do moich aktualnych potrzeb. Wtedy, podobnie jak mój lord, nie wiedziałem do czego służą sztućce, jeśli na stole jest ich więcej niż dwa komplety, ani komu należy się ukłonić. Z tym, że mój lord nie musi robić takich rzeczy, posiada na ich temat jedynie wiedzę – a ja wręcz na odwrót. Skłoniłem się wolno, chociaż strach nie wymazał z mojej twarzy pogardy doszczętnie i na pewno było ją wyraźnie widać. Asmoday pokiwał głową, a potem znów uśmiechną się raźnie. - No dobrze, pyszny chłopcze… powiesz mi może, dlaczego mnie prosisz? - Ja… nikt nie potrafi jej pomóc, więc pomyślałem, że autorytet takiego pokroju, mógłby być właściwym wyborem – mówiłem wolno, tak samo jak urabiałem starego Macbrücknera. - Nie lżyj mi, sądząc, że mnie zwiedziesz pięknymi słówkami. I gotów jesteś mi za to zapłacić? Mniemam, że tak, skoro tutaj stoję – mówił do mnie, jak do ulicznego sprzedawcy warzyw przemawia pan na włościach. Interesy załatwiało się w pewnych czasach zupełnie inaczej, niż teraz. - Tak… chcę, żeby była zdrowa – nie zastanawiałem się nad tym, co robię, nie myślałem zupełnie o konsekwencjach, jakie będę musiał ponieść. Nikt, kto się na to zgadza, nie myśli o nich, a przynajmniej nie w takich kategoriach, w jakich realnie mają one miejsce. Są po prostu bardzo nieprzyjemnym wynikiem naszej głupoty odkładanym, w miarę możliwości, zawsze na później. - To wszystko? Znasz cenę i jedyne, czego żądasz, to zdrowie matki? Sądzisz, że to cię zadowoli, gdy nadejdzie czas spłaty? Będziesz uważał swoje życie za spełnione? – mówił teraz bardziej jak ojciec, którego nie miałem, niż jakakolwiek inna osoba. Odpowiedź mogła być tylko jedna i nie była taka, z jakiej dumna byłaby moja matka, ale za którą z całą pewnością pochwaliłby mnie mój lord, gdyby wiedział, gdybym kiedykolwiek odważył się mu opowiedzieć i liczyć na to, że nie znajdę się na wygnaniu, na jego wiecznej, okrutnej niełasce. Nie chciałem być jedynie kimś, kto przynosi jej zdrowie, nie marzyłem nigdy, by oddać za kogoś życie, żeby się poświęcić. Nie czułem ciepła, na myśl o tym, co chciałem zrobić. W istocie ratowanie jej nie było nawet decyzją podjętą z uwzględnieniem jej zdania: liczyło się tylko to, co ja o tym sądzę. Bardzo samolubna decyzja. - Nie, ale chcę, żeby żyła – mówiłem coraz pewniej, coraz ostrzej, ale teraz, po latach, wiem już, że to nie była oznaka nagłego przypływu odwagi, to, co robiłem, nie czyniło mnie nikim bardziej wartościowym, czy zdecydowanym, a nawet ni czyniło mnie trudniejszym. Zachowywałem się dokładnie tak, jak cała reszta ludzi zawierających tego typu umowy i próbując umocnić swoją i tak ledwie stojąca pozycję sam podciąłem jej nogi. Ten, kto w starciu z demonem, albo Yoggottą, pierwszy uniesie głos, broniąc swoich racji, pierwszy powie pełnym emocji głosem „chcę” jest stracony. Ta zasada towarzyszyła mi przez wiele kolejnych stuleci, aż do spotkania mojego lorda, gdzie, nim zdołał zapytać, to słowo wydarło się z mojej krtani na świat samo i eksplodowało ilością pożądania, jakiego nie sposób było już niczym zakryć. Podobnie było też wtedy – słowa te wyszły na świat, przez nikogo nieprzestrzeżone, w jak zgubne miejsce zaciągną ciało, w jakim się narodziły. - O co więc mnie prosisz chłopcze? – wodził mnie za nos, urabiał, jak tylko chciał i jak mu tylko pasowało, a ja bez słowa sprzeciwu dawałem się prowadzić, jak naiwne dziewczę w tańcu, posuszny jego niewypowiedzianym rozkazom. - Żebyś mnie nauczał, dał dostęp do skarbów, bogactw i wiedzy, poznał mnie ze wszystkimi tajemnymi sztukami, skoro takie istnieją – mówiłem już bez drżenia głosu, bez wątpliwości, bo nie przemawiałem wcale ja, tylko moja pycha, pogarda i poczucie wyższości. Przemawiał barowy Inteligencik, nieudacznik mający się za kogoś, za pana dorównującego przynajmniej, jeśli nieprzewyższającego swoim jestestwem, mojego doskonałego lorda. W istocie niewart byłem jednak splunięcia istoty, z którą rozmawiałem, ani swojego własnego w te kilkaset lat później. - Jak sobie życzysz. Przyzwij mnie w nocy gotów do nauki – zniknął. Nie potrzeba było żadnego zaklęcia, jakie proponowała księga, nie trzeba było specjalnych namaszczeń. Zniknął, nie podpisawszy niczego. Demony różnią się od opisów ich osobowości, jakie znajdujemy w księgach: nie podpisują (już od całych wieków) cyrografów, nie chcą zostawać tutaj na siłę, nie robią nic, co by było zbyt trudne do pojęcia. Jedyne, co wykorzystują to chwilową desperację, a jeśli nie mogą… no cóż: we wszechświecie jest pełno innych miejsc, w których mogą się spokojnie bawić, gdy wyrwą się po pracy z Piekieł, przemykając pod nosem straży Gwiazdy Zarannej Lucyfera. Asmoday, jak go wtedy nazywałem, miał w sobie niezwykle dużo spokoju, jak na demona i jeszcze więcej pewności, niż mogłem się spodziewać. Był łagodniejszy, niż go opisywano, dużo łagodniejszy, chociaż wcale nie taki, jakim chciałbym, aby był. Pamiętam, że zastanawiałem się wtedy, dlaczego do mnie przyszedł, odpowiedział na wezwanie. Wielu z tych ludzi, mieszkających na Leokasji, próbowało wówczas przyzywać kolejne demony – nieskutecznie. Czy miałem w sobie tę mistyczną moc opisywaną w księgach? A może moje pragnienia były na tyle silne, na tyle istotne, by przywołać przede mnie istotę równie potężną? Rzeczywistość, jak wiele razy bywa ,okazała się znacznie bardziej brutalna i oczywista. Po wielu stuleciach, gdy mieliśmy już za sobą tę uciążliwą relację, której był autorem, odważyłem się go zapytać. Powiedział, że był tam wtedy, bo uciekał od pana Mefistofelesa. Trwała wojna pomiędzy nim, panem Mefistofelesem i całą resztą Wszechświata, a jemu się nudziło. Takie są właśnie demony: znudzone i zmęczone, bezczelnie wręcz demonstrujące to, jak mało obchodzą je sprawy bogów, czy jakichkolwiek innych instancji. O moim losie zadecydował więc przypadek – rzecz niezwykle cenna, że akurat ten przypadek umożliwił mi drogę do mojego lorda. Pozbierałem się w sobie, poszedłem do toalety pozwolić zwieraczom odpocząć, potem zjadłem obiad w salonie z matką. Tego dnia pokojówka podała kluski z sosem mięsnym - pamiętam je doskonale, lepiej niż twarz własnej matki: rozmiękłe, klejące się do dziąseł i cuchnące stęchlizną (której zapach unosił się w całym domu niezmiennie), podane w sosie smakującym bardziej mąką i kwasem, niż mięsem. Ohydny posiłek dla ohydnej osoby. Zjadłem i poszedłem do baru, podziękować starcowi za księgę, zwrócić mu ją może, sam nie wiem… . Nie było go – barman podał mi tylko mój srebrny zegarek, kręcąc przy tym głową. - Ten staruch, coś go tu Inteligenciku spotkał i na przepytę wezbrał, to on ci poszlita już z godzinę temu będzie. Zostawił li to ten kwarcyk, te, co mu goś ta dał. Mówił, że mu ta niepotrzebne i polazł przez te drzwi, jak przez bramę stodolną. Idźta tam z takim dziadem, nie Inteligenciku? Cóż, żeś przyczarował z tej dziadkowej księgi? Poszło ci to jako, czy tak samo, jak i nam, tylko dziad się pouśmiechał, jak mu zwracali te papierzyska? – nie odpowiadałem. Nie lubiłem go słuchać, chociaż on najwyraźniej lubił mówić. Zabrałem zegarek i wróciłem do domu. Srebrny zegarek od matki… piękny srebrny zegarek, z wygrawerowaną sceną myśliwską, na której psy gonią jelenia. Mam go do dzisiaj i bardzo go sobie cenię. Na tyle, by udawać, że ma jakąkolwiek magiczną moc i trzymać go wśród wielu innych artefaktów, które przez lata swojej pracy udało mi się zgromadzić. Stałem się wtedy dorosły: sam odpowiadałem za siebie, ale nie miałem żadnego pojęcia jak się w tym wszystkim znaleźć - najgorsze było to, że nie miałem też pojęcia o tym, że nic nie rozumiem. Nienawidzę siebie z tamtego czasu – nienawidzę bardziej, niż pan Andrielach nienawidzi mnie, bardziej, niż lord kocha heroinę i papierosy, bardziej niż jestem to w stanie opisać. Ale gdyby nie ten roztrzęsiony, zadufany w sobie, niemal piętnastoletni chłopiec nie byłoby mnie teraz wcale. Byłbym martwy już od wielu, naprawdę wielu lat, dokładnie tak samo, jak są martwi moi rówieśnicy.    

Chapter IV The Contract

I was convinced that everything could be explained rationally. The scent after rain? Ozone escaping from between the clods of earth. Joy? Endorphins and serotonin — perhaps a few supplementary chemicals for good measure. Colours? A matter of surface texture and the angle at which the light of whichever star happens to illuminate the soil is cast. Dreams? The mind amusing itself when deprived of stimuli.

There was — truly — nothing I could not unravel with the proper scientific procedure.

And yet my mother was dying. Steadily, methodically, she was dying, and no branch of science could save her. There was no logical answer that satisfied the question: why her? That is to say, there were answers — elevated occupational risk, physical decline from years of poor nutrition and exhausting labour, dust settling in the lungs from life on this eternally powdered planet, excessive heat, chronic dehydration, prolonged stress, a difficult childbirth — and that is not even half the list. But is that what one wishes to hear when grief tightens its slick, icy claws beneath the throat?

No. No one accepts the final.

The final terrifies people because there is no appeal from it, no force capable of reversing it — at least not within human capacity. Finality is irreversible; thus humans see death, and so too a great many farewells. Gods do not see it so. My lord taught me very quickly that for gods death is merely an unpleasant necessity, one they themselves endure from time to time. In truth, everything we do is final and irreversible — no word unsaid, no act undone. You cannot retract a breath once taken, nor return food to its presentable state after swallowing it. You cannot unsee what you have seen, nor unthink what you have thought. Everything that has occurred in this world is final. One must therefore honour the final when it comes, rather than barricade oneself behind walls of fear and the familiar.

Daily life is more irreversible than death.

As a Yoggotta, I know very well what finality is — as do my numerous meals, though they comprehend it rather more quickly. Everything becomes uniform when one fails to grasp this principle.

And so the thing I feared — my mother’s death, the ultimate and irreversible — had no scientific explanation that satisfied me. Nothing I valued could halt it. I therefore turned to what scholars prefer not to discuss: demons, sorcery, charlatans — all that mountebankery repeated by street conjurers and oddly dressed elderly women whom no one knows and no one ought to know. I did not believe in a single magical trick. I did not wish to believe in demons or spells. But I grasped at everything.

That evening in the bar, I spoke for the first time.

Fourteen years old, dressed in a white shirt, creased trousers, and with a silver pocket watch — as all my hospital peers were. I did not belong among those filthy brutes.

“Does anyone here know anything about sorcery?”

It must have sounded as foolish then as it does now — but it worked. If there are more than thirty people in a room, at least one will answer yes.

An old man stood.

He looked comical — then and now — with enormous earrings stretching his lobes, faded tattoos upon his face, and garments so torn they resembled territories of fabric rather than clothing. He was absurdly exaggerated, perfectly aligned with everything I believed about practitioners of such nonsense.

I thought it tragic that air and food should be wasted on such eccentrics, believers in idiotic fairy tales invented for public amusement. In truth, I was more foolish than my caricature of them — far more foolish than one might expect. Now I honour every person who practises magic, who dares to summon darkness from concealment. They possess a rare strength and humility I may one day fully comprehend.

He rose and regarded me calmly — entirely unlike my contempt.

“And what might you be wanting, boy?” he asked in a trembling voice. He shook as well — somewhat like my lord when deprived of his morning heroin.

“Do you know this art? My mother needs help.” My voice trembled more than his as I spoke, though it did not make it any less disdainful.

“I know it, boy. I do. But you don’t believe in such tales, do you? You don’t look like you do.”

“I don’t,” I admitted quietly — and then I looked into his eyes.

Gods… I know now I should have left. Any reasonable person would have. But can a desperate fourteen-year-old be reasonable? Obviously not. I did not see anger there, nor dark forces, nor even pity. Ah — had I met myself then, I would have pitied me too. But there is no tragedy in this; everything led me to my lord, and thus was necessary.

“You won’t believe the price either,” he continued, “but I must ask: what are you prepared to sacrifice? Is your soul part of the wager?”

“Yes. And the watch, for the help.”

Of course I did not believe in souls. That was precisely the arrogance I now mock — the belief that one can control everything. What did it cost me to wager something I did not believe existed?

From his folds he produced a worn book and placed it in my hands. It smelled of sweat — and Providence forbid what else. I wondered only whether he ever parted from it. Did he sit in bars for hours waiting for a moment such as this? Or had Providence favoured me, and he brought it that day for other reasons?

I remember revulsion. The tightening of stomach and throat. The resistance in my hands. My heart racing. And I remember that nothing could have deterred me — just as nothing now deters me from my perfect lord.

I shoved the watch into his hands and ran home.

I would like to claim I performed the exchange with ceremony — that I thanked him solemnly, offering the watch as monarchs dub their knights — but that would be a lie. I pressed it into his palm and fled without farewell.

I never saw him again.

He had no need to speak further with me; he had rid himself of his curse and vanished as abruptly as I had departed.

I locked myself in my father’s old room and resolved to attempt what foolish children in bedtime legends attempt — precisely like those fools whose existence we doubt while hearing their stories. I was nearly fifteen; at that age one does things too reckless to call rebellion.

I held a book whose magic I did not believe in — and intended to use it.

Naturally I sensed the irrationality of it, the violation of logic and morality. Like all single-minded madmen, I ignored anything that was not my reason. The mind is more deceptive than any demon: it breeds pride when none is needed and doubt when certainty is essential.

The book mentioned many creatures, but I chose one who seemed… similar to me. A demon who could speak of the stars I knew from my mother’s textbooks and discourse on drawing and craft could not be a poor choice.

Mroczny, ekspresyjny szkic demona Asmodeusza z uniwersum Yoggotta. Postać o trzech głowach (ludzkiej, byczej i baraniej) wyłaniająca się z gęstwiny czarnych linii. Styl makabrycznego dark fantasy i horroru. Fig. 4. Asmodeus, Infernal Chancellor

I followed the instructions: stood, drew the seal, murmured the incantation I did not understand. He appeared only when I was about to stop — perhaps bored by the creeping respectability of the place.

He resembled the description: a beast with three heads — bull, man, and ram — a serpent’s tail, webbed feet like goose or frog, mounted upon a dragon (or something pitifully attempting to be one), holding aloft a banner of Hell that fluttered despite the absence of wind. He barely fit upon the wooden floor, which groaned beneath him.

I did not believe what I saw.

“Are you Asmoday?” I asked, as instructed.

He did not answer — merely smiled with all three mouths and bowed very, very slowly. Majestic. A true monster — not like those in the hospital, but those from illustrated tales.

My knees trembled. My heart battered my ribs. My breath shook. And my bladder very nearly betrayed me.

“I—I summoned you…”

He laughed, then grew serious.

“You did not believe I would come,” he hissed, his voice shrill and piercing, ringing in my ears long after he finished — like air after an explosion, though I had not yet known one.

He was correct. I did not believe even as I reached to touch him.

Flames cascaded from his mouths like curls tumbling from a hood. I recoiled, burned by the first spark.

“O-o-of course…”

“You stutter? I dislike stutterers. Half a day to form a sentence, another half to answer a question. What is your name and why have you summoned me?”

“Kodar… my name is K-Kodar. My mother is dying and—”

He raised a hand.

“Kodar? A poor name. It sounds as though you were meant to grow into a warrior of at least bovine stature — which you clearly have not. And you ask for help without ‘sir’ or even a bow?”

The hospital had not schooled me in manners. Scholars forced into cramped rooms to compete rarely model etiquette; they revert to children squabbling over spades in sand.

I bowed stiffly, contempt still visible.

“Very well, arrogant boy. Why do you ask me?”

“No one can help her. I thought an authority such as yourself might be… appropriate.”

“Do not attempt to flatter me. You are prepared to pay, I assume?”

“Yes. I want her healthy.”

“That is all? You know the price and demand only her health? Will that satisfy you when payment is due?”

The honest answer — one my mother would not have admired — was no.

“I want her to live.”

The first to raise his voice before a demon is lost. I learned that lesson for centuries thereafter — until I met my lord, when that same word tore from me before I could stop it.

“What, then, do you request?”

“That you teach me. That you grant me access to knowledge, to treasures, to the secret arts.”

It was the pride of the tavern that spoke, not I.

“As you wish. Summon me tonight, and be prepared to learn.”

And he was gone — no contract signed, no parchment marked, no evidence of my folly left behind.

Demons no longer require signatures. They exploit desperation. If thwarted, they amuse themselves elsewhere — slipping past the guards of the Morning Star.

For centuries later I asked him why he came. He told me he had been fleeing Lord Mephistopheles and was bored by war.

Such are demons.

Chance decided my fate — and that chance led me to my lord.

I composed myself, relieved my trembling body, dined with my mother — dumplings in a rancid meat sauce I remember better than her face — then returned to the bar to return the book.

The old man was gone. The bartender handed back my silver watch.

I keep it still — engraved with hounds chasing a stag — among other artefacts I pretend possess magic.

That was when I became an adult: responsible, yet ignorant of my ignorance.

I despise that boy — more than Andrielach despises me, more than my lord loves heroin and cigarettes. But without that trembling, arrogant near-fifteen-year-old, I would not exist. I would be long dead, like my peers.

{ "@context": "https://schema.org", "@graph": [ { "@type": "CreativeWork", "@id": "https://ioctenocte.com/comic/yoggotta-rozdzial-4-umowa/#creativework", "name": "Yoggotta - Rozdział IV: Umowa", "headline": "Yoggotta - Chapter IV: The Contract", "abstract": "Przełomowy rozdział historii Kodara, który w obliczu śmierci matki porzuca naukowe racjonalizmy na rzecz czarnej magii. Opisuje on desperackie wezwanie Asmodeusza, Piekielnego Kanclerza, oraz cenę, jaką młody chłopak musiał zapłacić za wiedzę i życie matki.", "description": "Kodar, młody intelektualista z uniwersum Iocte Nocte, staje przed ostatecznym wyborem. Aby ratować umierającą Leokadię, przywołuje potężnego demona Asmodeusza. Rozdział zgłębia naturę pychy, kłamstwa samemu sobie oraz początki transformacji człowieka w Yoggotta. Zawiera mroczny szkic Asmodeusza w stylu makabrycznego dark fantasy.", "creator": { "@type": "Person", "name": "Elżbieta Wancław-Chłopik", "alternateName": "Etera" }, "publisher": { "@type": "Organization", "name": "Iocte Nocte", "url": "https://ioctenocte.com" }, "genre": [ "Dark Fantasy", "Gothic Horror", "Occult Fiction" ], "inLanguage": "pl-PL", "image": "https://ioctenocte.com/wp-content/uploads/2026/02/yoggotta-rozdzial-4-asmodeusz-kanclerz-piekielny-demon-horror-proza.jpg.jpg" }, { "@type": "Series", "name": "Yoggotta", "author": { "@type": "Person", "name": "Elżbieta Wancław-Chłopik", "alternateName": "Etera" }, "url": "https://ioctenocte.com/comic/yoggotta-rozdzial-4-umowa/" } ] }

March 30, 2026

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

*

*