Rozdział VIII
Lustro
Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Wtedy, gdy ona sama nie wie, że nią jest? Nie jest to oczywiście bez znaczenia kim jest i jak bardzo chce zapłaty. Ja chciałem bardzo. I nie chodziło tutaj już o moją zwyczajną chęć. Yoggotta poruszająca się na wózku to kiepski nabytek, nawet gdyby patrzeć na to bardzo pozytywnie.
Musiałem ponownie uciekać. Zabiłem barmana: na Leokasji nauczyłem się wielu przydatnych rzeczy, w tym kilku naprawdę cennych od barmana Frety. Miedzy innymi tego, że nie należy zabijać barmanów, zwłaszcza, gdy są lubiani. Ktoś może zechcieć pomścić przyjaciela, a do barów nie przychodzą tylko pobłażliwi ojcowie i mężowie, stateczni dżentelmeni i damy o nienagannych manierach. Przychodzą tam też tacy, z rodzaju tych, którzy mnie pobili.
Minęły wieki i kiedy ostatnio spodziewałem się zemsty za mój posiłek po prostu usiadłem z dobrą książką w fotelu i czekałem czytając. Spokojnie doszedłem niemal do połowy nim przyszli moi goście. Powitałem ich gorącą herbatą i pysznym ciastem, a potem stoczyłem pojedynek, w którym ucierpiała jedynie róża, której kolce wykorzystałem, żeby ich unieszkodliwić.
Wtedy postanowiłem po prostu podwinąć ogon i uciekać. Na drewnianym wózku nie byłem żadnym przeciwnikiem, toteż mogliby ze mną robić, co by chcieli, gdyby doszło do jakiegokolwiek starcia. Uciekłem w zupełnie inne miejsce: na malowniczą planetę, o której kiedyś słyszałem.
Endenia. Brzmiało niemal jak imię kobiety, którą się poznało na uliczkach nadmorskiej miejscowości. W istocie było to miejsce, gdzie przed wiekami jeszcze pan Andrielach wzniósł swój pałac na najwyższym ze wzgórz i sprawił, że widać go było zewsząd. Ruiny nadal górowały nad miastem strasząc rozpadem. Tu nie nazywano go jego imieniem, ale Tym Który Wzniósł Pałac. Jego imię wytarło się z ludzkich ust, a potem z pamięci. Został strach, ból i zapach morza przelanej krwi, śmierci tysięcy istot, które poniosły cenę jego zachcianek.
Chciałem zwiedzić te ruiny, były słynne na Leokasji, ale mój wózek nie byłby w stanie tam podjechać: pałac stał na bardzo stromym wzniesieniu, wąskim, szło się do niego po udeptanej drodze, cały czas ostro pod górę, czasami prawie po pionie. A potem pałac: wbudowany niemal w skałę, jedna połową stojący na glebie, drugą zwieszający się z urwiska. Twierdza nie do zdobycia, której dach zawalił się w kilku miejscach, a rozliczne kosztowności rozkradziono, gdy tylko okazało się, że tyran odszedł. Albo raczej nie odszedł jak się przy moim lordzie przekonałem, a jedynie porzucił to lokum, na rzecz innego. Dla ludzi to bez najmniejszego znaczenia.
Wziąłem ze sobą pieniądze. Nie dużo, wszystko w złocie, bo w nim można swobodnie handlować na sporej części tych planet. Trzeba było nająć sobie pokój… znaleźć sposób, żeby odzyskać to, co straciłem. Przywiozłem ze sobą księgi i dużo czasu. Chciałem się nauczyć.
Zająłem więc pokój w malutkim moteliku, właściwie to nawet nie w moteliku, a w karczmie. Była drewniana, ale nie tak ohydnie jak moje poprzednie mieszkanie i wózek: jasne, polakierowane drewno pachnące jeszcze świeżością i malutkie doniczki z kwiatami. Uroczy piecyk wyłożony białymi kaflami z czerwonym wzorem. Piękne miejsce, gdzie prześliczna blondynka wypiekała cudowne nadziewane ciasto. Nazywała je ofnem. Smakowało zawsze doskonale: pikantne, ale nie ciężkie – jedzenie go naprawdę stanowiło jedynie przyjemność.
Mieszkałem na parterze, z oczywistych wręcz przyczyn i przesiadywałem całymi dniami na tarasie czytając księgi, których miejscowi nie rozumieli. Nie rozumieli też mojego języka, ale to bez znaczenia: wkrótce miałem i tego się nauczyć. Całymi dniami głowiłem się nad powrotem do zdrowia… ciało… ludzkie ciało. Dlaczego ulepiłem siebie właśnie takiego? Może z woli demona, który mną kierował, może przez nieudolność. Rzeźbienie ciała to sztuka, której nikt nie uczy Yoggott. Same do tego dochodzą.
Nim zrozumiałem minęło blisko osiem lat. Przez cały ten czas nie byłem głodny, nie wiem dlaczego. Teraz nie potrafiłbym znieść tak długiego postu, o czym przekonał się już mój lord. Potrzebuję energii, żeby wypełniać jego rozkazy. Może to był powód? Nie robiłem niemal niczego po za spaniem i czytaniem. Osiem lat. Czy to długo? Zależy jak na to patrzeć – mając do dyspozycji nieśmiertelność, czyli wieczność, wydaje się to ledwie mrugnięciem, ale byłem młody, bardzo młody. Na Endeni dożyłem trzydziestego roku życia. Och… gdyby mój lord mnie wtedy zobaczył, nigdy bym nie zagościł na jego dworze. Żałosny próżniak siedzący na tarasie.
Któregoś dnia, podczas czytania po wtóry jednego z tomów, dotarło do mnie, że przecież forma, jaką przybrałem i ulepiłem zależy tylko od mojego kaprysu. Osiem lat dumania nad tym oczywistym faktem, na który powinienem wpaść długo wcześniej. Pojechałem do lasu, na polanę i tam rozłożyłem ponownie ciało na atomy. Siłą woli, bez żadnych niepotrzebnych formuł i zaklęć. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałem. Znów trwałem, w tym cudownym zawieszeniu, czułem się naprawdę wolny.
Nie bez powodu jak się okazało. Nie byłem bowiem rozrzucony w przestrzeni, jak mi się wydawało, nie trwałem w bezładzie odbijając się od innych cząsteczek pozostających w stałym ruchu. Byłem tym potworem, o którym przeszło dziewięć lat wcześniej wspominał pan Asmodeusz. Potworem… poznałem widząc swoje odbicie w strumieniu płynącym przez łąkę. I to nie z gatunku potworów takich, jak pan Asmodeusz… byłem po prostu kupką skóry, poznaczonej ohydnymi wypustkami, szarej, pomarszczonej, o fakturze takiej, jaką mają ropuchy, z wyłupiastymi ślipiami wokół głowy i czułkami. Nie potrafiłem nawet określić, gdzie zaczyna się mój przód, gdzie tył. I byłem szczerze obrzydzony tym faktem: pierwszy raz, odkąd przestałem być człowiekiem czułem to uczucie.

paraliżujące każdy pojedynczy mój atom. Nad strumieniem stała brzydota i wyglądała na mnie z tafli wody.
Nie posiadałem rąk, tylko macki i nie miałem nóg tylko coś, co przypominało mi owadzie odnóża. Całe stożkowate ciało stało chwiejnie na chitynowych patyczkach i wydawało się, że zaraz się rozpuści. Miałem też usta… chociaż to nie jest trafna nazwa: okrągły otwór gębowy z ogromem ostrych jak szpileczki zębów. Nie mierzyłem wtedy jeszcze ponad pięciu metrów jak teraz, a zaledwie trzy, ale to i tak niewiele pomagało. Ale nawet to obrzydzenie i widok, jaki je spowodował, nie potrafiły zatrzymać euforii, jaka następuje, gdy zrzuci się ciało.
A jest to rozkosz, zwłaszcza po tak długim wiciu się w kalekiej formie, wręcz nie do opisania. Ogarnia ze wszystkich stron, rozbrzmiewa pomiędzy pojedynczymi cząstkami ciała. Sprawia, że jest się zdolnym pojąć ogrom swojej mocy.
Znów zacząłem lepić, jak wtedy, gdy odwiedził mnie pan Asmodeusz. Tym razem znałem swoje imię, chociaż nadal nie wiedziałem jeszcze czym jestem. Pamiętałem tylko, że nieśmiertelnym – to mi na ten czas wystarczało.
Ulepiłem formę nieco podobną do mojej obecnej: nieco, ponieważ moja obecna forma nie podlega już dyskusji i spełnia wszystkie moje potrzeby. Tamta… miała odrobinę za długie ręce i garbaty, haczykowaty nos. Ale potrafiła chodzić.
Zapomniałem już, jakie to uczucie stawiać kroki na niepozornej ziemi, chodzić swobodnie. Powinienem wtedy od razu wracać na Leokasję i załatwić swoje sprawy: tak bym zrobił teraz, żeby nie marnować cennego czasu, jakiego może potrzebować mój lord. Ale ja poszedłem do ruin pałacu. Droga była ciężka, ponieważ odzwyczaiłem się od korzystania z nóg, ale dotarłem na szczyt i wszedłem przez główną, zdewastowaną bramę.
Wieżyczki piętrzyły się strzeliście ku górze, zahaczając o nieboskłon, barwy, pastelowe wyblakłe barwy nie raziły w oczy, łuszczyły się za to ze ścian: wieki trwania na słońcu i deszczu, śniegu i gradzie sprawiły, że nawet mury postawione dla Wszechmogącego poddały się w końcu ulepionej przez młodszych bogów naturze. Wszystko się rozkłada. Kiedy tam wszedłem dostrzegłem lustra… pełno ich było w całym pałacu, potrafiły wyrastać niemal spod ziemi. Niektóre potłuczono, niektóre zaczerniały, zniszczyły się – ale to, które znalazłem w wielkiej sali stało nietknięte, wmurowane w ścianę w sali, która przytłoczyła mnie swoją wielkością. Usiadłem przed nim i patrzyłem w szklaną taflę. Nie odbijała ciała, jakie ulepiłem, jako jedyna ze wszystkich. Odbijało się w niej to, czym się stałem, całą moją brzydotę.
Siedziałem i patrzyłem, jak poruszają się czułki, jak unosi się szara skóra, jak pęcznieją burchle ropne i znów się kurczą, rytmicznie, wraz z oddechem. Czułem moc tego lustra, czułem jego zapach i znów czułem głód. Doskonały zapach świątyni, który przejmował mnie i ciągnął. Chciałem go mieć. Chciałem mieć ten chłód i ogrom, jaki przynosiła ta sala, chciałem przynosić ten zajmujący stan przejęcia i stan zachwytu.
Ale nie siedziałem naprzeciw człowieka, tylko naprzeciw centrum świątyni. Nie znam nikogo, kto by tego dokonał… a i ja zrobiłem to jakimś nadludzkim, niemożliwym niemal wysiłkiem. Podszedłem do lustra, położyłem dłoń na tafli i zapytałem czego żąda w zamian za tę cudowność, jaką przynosi – za umiejętność przytłaczania ogromem. Rozmawiałem z przedmiotem. Ale podobnie jak dzisiaj i wtedy nie wydawało mi się to tak dziwne, jak powinno.
Czy przedmioty mają duszę? Odkryłem przychodząc do tego przyciągającego mnie pałacu, że tak. Tą naddał lustru pan Andrielach… nie przepadamy za sobą nawzajem, ale nie sposób nie doceniać kunsztu, z jakim pracuje. I głupim byłoby nie zauważyć, że wszystkie siły, do których wołam, gdy potrzebuję pomocy należą do niego. Bez wyjątku – niezależnie od tego, co mówi, gdy staję naprzeciw niego – jest mimowolnie opiekunem wszystkich stworzeń wypływających z grzechu i ambicji, za którą on sam nie przepada. Jest opiekunem również wszystkich ciemnych mocy, każdego kłamcy i rozpustnika, opiekunem grzechu i żądz, wszelkiej ciemności, która wypływa czasem miękkością z kątów pokoju, gdzie mieszkają brud i zgnilizna.
Kiedy go poznawałem, przy boku mojego lorda, spodziewałem się ujrzeć podobną do mnie kreaturę, albo potwora bliskiemu temu, jakim przez długie lata przychodził do mnie pan Asmodeusz. Lord bał się otwierać drzwi, za którymi go zamknął, jakby spodziewał się tam siły, której nie sposób opanować. Zamiast tego wyszedł do nas elegancki staruszek, a gdy lordowi nie spodobała się owa forma, przybrał bez zastanowienia i jakichkolwiek trudności inną.
Książe Ciemności, którego od stuleci pragnąłem poznać, osoba, o której trąbiły wszystkie legendy Wszechświata: jak mógł wyglądać? Jaki mógł być ten opiekun zła i wszelkiej zgnilizny? Czy był potworem? Przybrał formę bardziej przerażającą, by zadowolić mojego lorda?
Myślałem, że będzie brudny, umazany zgnilizną i cuchnący grzechem. Sądziłem, że spotkam tam bestię, o jakiej rozpisują się książki. Mordercę z dzikim spojrzeniem i ciałem prężącym się do skoku, zabójstwa, gwałtu, żądz. Kogoś buchającego emocjami, porywczego, wspaniałego.
Nic z tych rzeczy. Stanęło przede mną dziecko, z rogami, które przybrało tylko po to, żeby mnie zdenerwować, żeby sprawdzić czy coś powiem, gdy zrealizuje moje wyobrażenia. Dziecko, z zadartym nosem i elegancją. Bez emocji, bez żądz, wyrachowane, zimne, zdeterminowane i zakochane w sobie. To był mój Książę Ciemności – opiekun wszelkiej zgnilizny dostający ciarek, gdy zaplamić jego ubranie. Pan Ciemności z lubością kąpiący się w promieniach słońca. Właściciel wszelkiego grzechu i ambicji, ich piastun, który czuł się obrzydzony moim gatunkiem. Wszechmogący znudzony dokładnie tak samo, jak i demony. Znudzony, chcący się bawić i na tym opierający wszystko, co robi. Gra musi trwać.
Ale to on stworzył owo lustro, przed którym wówczas stałem. On nadał mu duszę – i być może nie jest tym, kogo spodziewałem się ujrzeć, ale nie potrafiłbym powiedzieć, że nie jest wart całego szumu, jakim obrosło jego imię. Nie, jeśli dał mi to wszystko, czym mogę teraz dysponować.
Mówiłem więc do lustra, gładziłem je palcami, szeptałem. Ono milczało… to nic zaskakującego. Lustra nie mówią przecież, przemawia jedynie nasze ego. To podsuwał mi głos pana Felistra. Ale ja nie byłem nim.
Wziąłem sobie duszę, jaką tam znalazłem. Bez odpowiedzi, bez zwrotnej informacji. Uznałem ją za prezent, rzecz znalezioną: dusza pałacu, która narodziła się z woli ojca mojego lorda była przepyszna.
Wiele razy można usłyszeć, że budynek ma duszę, że czuć w nim coś więcej niż gdyby miały być to tylko wzniesione ludzką ręką ściany. Właśnie to sobie zabrałem: duszę należącą do pałacu pana Andrielacha, Księcia Ciemności. I nie kosztowało mnie to niemal nic, po za wysiłkiem dotarcia na miejsce. Lustro pokryło się pajęczyną rozbicia, jakbym wyrwał jedyną moc, która trzymała je jeszcze w całości, a ja odszedłem w pełni usatysfakcjonowany.
Wspomnień lustra nie dostałem nigdy, ale umiejętność przynoszenia ze sobą tego charakterystycznego świątynnego chłodu i duszności nabyłem natychmiast. Była cudowna, wprawiała ludzi w konsternację, gdy się zjawiałem, przyciągała i powalała ogromem. Zupełnie tak samo jak niegdyś pałac Księcia Ciemności.
Chapter VIII
The Mirror
Can one fail to pay a Yoggott? When the Yoggott herself does not yet know what she is? It is not, of course, entirely irrelevant who she is—or how greatly she desires payment. I desired it very greatly indeed. And this was no longer merely a casual inclination. A Yoggott confined to a wheelchair is a poor acquisition, even when one attempts to look upon the matter with the greatest possible charity.
I had to flee again.
I had killed the bartender. On Leokasja I learned many useful things, and among them several truly valuable lessons from bartender Freta. One of these was that one ought not to kill bartenders—especially when they are well liked. Someone might wish to avenge a friend, and bars are not visited solely by indulgent fathers and husbands, respectable gentlemen and ladies of impeccable manners. They are also frequented by the sort who had beaten me.
Centuries later, when I last expected vengeance for one of my meals, I simply settled into an armchair with a good book and waited, reading calmly. I had reached nearly halfway through before my visitors arrived. I greeted them with hot tea and excellent cake, and afterward fought a duel in which the only casualty was a rose, whose thorns I employed to disable them.
But then—then I simply tucked my tail and ran.
Upon a wooden wheelchair I was no opponent at all. They could have done whatever they pleased with me had any confrontation arisen. So I fled to an entirely different place: a picturesque planet of which I had once heard.
Endenia.
It sounded almost like the name of a woman one might meet in the narrow streets of a seaside town. In truth, it was the place where, centuries ago, Lord Andrielach had raised his palace upon the highest hill and arranged matters so that it could be seen from everywhere. Its ruins still towered above the city, threatening collapse. Here they did not call him by name but rather The One Who Raised the Palace. His name had worn away from human lips and then from memory. What remained was fear, pain, and the sea-scent of spilled blood—the deaths of thousands of beings who had paid the price of his whims.
I had wished to visit the ruins. They were famous on Leokasja. Yet my wheelchair could never have climbed there. The palace stood upon a very steep rise; the path to it was narrow, a beaten track climbing relentlessly upward, sometimes nearly vertical.
And then the palace itself—built almost into the rock, half standing upon soil, half hanging over a precipice. An impregnable fortress whose roof had collapsed in several places, whose countless treasures had been stolen the moment it became clear that the tyrant had gone. Or rather—not gone, as I later learned beside my lord—but merely abandoned that residence for another.
To humans it makes no difference.
I took money with me. Not much—everything in gold, which can be traded freely on many of those planets. I needed to rent a room… to find a way to regain what I had lost. I brought books with me—and time. A great deal of time.
I rented a room in a small roadside establishment—indeed, not even a motel, but a tavern. It was wooden, though not hideously so like my former dwelling and wheelchair: pale lacquered wood still fragrant with freshness, with small flower pots set about. A charming little stove tiled in white with red patterns. A beautiful place, where a lovely blonde woman baked marvelous stuffed pastries she called ofnem. They were always delicious—spiced, but not heavy. Eating them was purely a pleasure.
I lived on the ground floor, for obvious reasons, and spent my days on the terrace reading books the locals did not understand. They did not understand my language either, but that mattered little. Soon enough I would learn theirs as well.
All day long I pondered how to regain my health… my body. A human body. Why had I molded myself that way? Perhaps by the will of the demon who had guided me; perhaps from clumsiness. Sculpting a body is an art no one teaches Yoggotts. We arrive at it ourselves.
Nearly eight years passed before I understood.
During all that time I felt no hunger. I do not know why. Today I could never endure such a fast—my lord has already witnessed that. I require energy to carry out his commands. Perhaps that was the reason. I did almost nothing except sleep and read.
Eight years.
Is that long?
It depends how one looks at it. When one possesses immortality—eternity—it seems little more than a blink. Yet I was young then. Very young. On Endenia I reached my thirtieth year.
Oh… had my lord seen me then, I would never have found a place at his court. A pitiful idler sitting upon a terrace.
One day, while rereading one of my volumes, it occurred to me that the form I had molded depended solely upon my own whim.
Eight years of reflection before grasping such an obvious fact—one I ought to have discovered long before.
I went into the forest, to a clearing, and there once more dissolved my body into atoms. By sheer force of will, without any unnecessary formulas or incantations. It proved easier than I had expected. Again I existed in that marvelous suspension. I felt truly free.
Not without reason, as it turned out.
For I was not scattered through space as I had imagined, nor drifting in disorder among ceaselessly moving particles. I was the monster Mr. Asmodeus had mentioned more than nine years earlier.
A monster.
I realized this when I saw my reflection in a stream that ran through the meadow.
And not a monster like Mr. Asmodeus, either.
I was simply a heap of skin marked with repulsive protrusions—grey, wrinkled, with the texture of a toad. Bulging eyes ringed my head. Antennae twitched. I could scarcely determine where my front ended and my back began. I felt sincerely revolted by it—the first time since ceasing to be human that I experienced such a sensation.
Fig. 7. My True Form
Every atom of me seemed paralyzed by that sight. Ugliness stood beside the stream and looked back at me from the water’s surface.
I had no hands—only tentacles. No legs—only something resembling insect limbs. My entire conical body balanced unsteadily upon chitinous sticks, as though it might dissolve at any moment. I had a mouth… though that is not quite the proper term: a circular opening filled with innumerable needle-sharp teeth.
At that time I was not yet over five meters tall, as I am now, but merely three—which did little to help.
Yet even that disgust, even that hideous vision, could not halt the euphoria that comes when one sheds a body.
It is a delight beyond description—especially after so long writhing within a crippled form. It surrounds one completely, resonates between each particle of the body, and makes one suddenly capable of comprehending the vastness of one’s own power.
So I began molding again, as I had when Mr. Asmodeus visited me. This time I knew my name, though I still did not know what I was. I remembered only that I was immortal—and at the time that was quite enough.
I fashioned a form somewhat resembling my present one. Somewhat, for my current form admits of no debate and satisfies all my needs. That earlier version possessed arms a little too long and a crooked, hooked nose.
But it could walk.
I had forgotten what it felt like to place one foot before the other upon the ordinary earth—to walk freely.
I ought to have returned immediately to Leokasja and settled my affairs. That is what I would do now, so as not to waste time my lord might require. But instead I went to the ruins of the palace.
The road was difficult, for I had grown unused to using my legs. Yet I reached the summit and entered through the ruined main gate.
The towers soared upward, brushing the sky. Their faded pastel colors no longer dazzled the eye; instead they peeled from the walls. Centuries beneath sun and rain, snow and hail had done their work. Even walls raised for the Almighty had yielded at last to the nature fashioned by younger gods.
Everything decays.
When I entered, I noticed mirrors—everywhere. They seemed almost to grow from the ground. Some were shattered, others blackened or ruined. But the one I found in the great hall stood untouched, set into the wall of a chamber so vast it oppressed me with its scale.
I sat before it and gazed into the glass.
Unlike the others, it did not reflect the body I had molded. Instead it showed what I truly was—my entire ugliness.
I watched the antennae move, the grey skin rise and fall, the swollen pustules swell and shrink rhythmically with my breath. I felt the power of that mirror. I smelled it.
And again I felt hunger.
The perfect scent of a temple surrounded me and drew me closer. I wanted it. I wanted the coolness and the vastness that hall possessed. I wanted to bring with me that overwhelming atmosphere—that sense of awe.
But I was not sitting opposite a man.
I was sitting before the heart of a temple.
I know no one else who has done such a thing—and I myself achieved it only through an effort that felt almost superhuman. I approached the mirror, placed my hand upon the glass, and asked what it demanded in exchange for the wonder it offered—for that power of overwhelming presence.
I was speaking to an object.
Yet, as today, it did not seem as strange to me as perhaps it should have.
Do objects possess souls?
I discovered upon arriving at that palace that they do. This one had been granted by Lord Andrielach. We are not especially fond of one another, but it would be foolish not to appreciate the artistry of his work. And it would be even more foolish not to notice that every force I invoke when I require assistance belongs, in one way or another, to him.
Without exception.
No matter what he says when I stand before him, he is—quite unwillingly—the patron of all beings born from sin and ambition, which he himself despises. He is also the patron of all dark powers, every liar and libertine, the guardian of sin and desire—of that darkness which sometimes slips softly from the corners of a room where filth and rot dwell.
When I first met him beside my lord, I expected some creature resembling myself—or a monster akin to the form Mr. Asmodeus had taken for so many years. My lord hesitated to open the door behind which he had locked him, as though expecting a force beyond control.
Instead, an elegant old gentleman stepped out.
And when my lord disliked that form, he changed it instantly, without the slightest effort.
The Prince of Darkness, whom I had longed for centuries to meet—the figure proclaimed in every legend of the universe.
What might he look like? What might this guardian of evil and decay be?
Would he be a monster? Would he adopt some terrifying shape to satisfy my lord?
I imagined filth—rot, the stench of sin. I imagined a beast such as books describe: a murderer with wild eyes and a body coiled for violence and desire.
Nothing of the sort.
Before me stood a child.
A child with horns—worn only to irritate me, to see whether I would react when he fulfilled my expectations. A child with an upturned nose and immaculate elegance. Without emotion, without desire. Calculating. Cold. Determined. Entirely in love with himself.
That was my Prince of Darkness—the guardian of rot who shudders if one stains his clothing. The Lord of Darkness who delights in basking in sunlight. The master of sin and ambition who finds my species repulsive.
An omnipotent being bored in precisely the same way demons are bored.
Bored—and wishing to play. The game must continue.
Yet it was he who created the mirror before which I stood that day. He gave it a soul. And though he may not be what I expected, I could never say he is unworthy of the noise surrounding his name.
Not if he gave me all that I now possess.
So I spoke to the mirror. I stroked its surface and whispered to it.
It remained silent—which was hardly surprising. Mirrors do not speak. Only our own vanity does. That was the voice of Mr. Felister echoing in my memory.
But I was no longer him.
So I simply took the soul that was there. Without answer, without permission. I considered it a gift—a found object. The soul of the palace born of my lord’s father was exquisite.
People often say a building has a soul—that one feels something within it beyond mere walls raised by human hands.
That is precisely what I took.
The soul belonging to the palace of Lord Andrielach, Prince of Darkness. It cost me almost nothing beyond the effort of reaching the place. The mirror shattered into a web of cracks, as though I had torn away the only power that still held it whole.
And I left fully satisfied.
I never received the mirror’s memories. But I immediately acquired the ability to carry with me that particular temple-like chill and suffocating solemnity.
It was marvelous.
It confused people when I appeared. It drew them in and overwhelmed them with its grandeur—just as the palace of the Prince of Darkness once had.
Rozdział VIII Lustro
Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Wtedy, gdy ona sama nie wie, że nią jest? Nie jest to oczywiście bez znaczenia kim jest i jak bardzo chce zapłaty. Ja chciałem bardzo. I nie chodziło tutaj już o moją zwyczajną chęć. Yoggotta poruszająca się na wózku to kiepski nabytek, nawet gdyby patrzeć na to bardzo pozytywnie.
Musiałem ponownie uciekać. Zabiłem barmana: na Leokasji nauczyłem się wielu przydatnych rzeczy, w tym kilku naprawdę cennych od barmana Frety. Miedzy innymi tego, że nie należy zabijać barmanów, zwłaszcza, gdy są lubiani. Ktoś może zechcieć pomścić przyjaciela, a do barów nie przychodzą tylko pobłażliwi ojcowie i mężowie, stateczni dżentelmeni i damy o nienagannych manierach. Przychodzą tam też tacy, z rodzaju tych, którzy mnie pobili.
Minęły wieki i kiedy ostatnio spodziewałem się zemsty za mój posiłek po prostu usiadłem z dobrą książką w fotelu i czekałem czytając. Spokojnie doszedłem niemal do połowy nim przyszli moi goście. Powitałem ich gorącą herbatą i pysznym ciastem, a potem stoczyłem pojedynek, w którym ucierpiała jedynie róża, której kolce wykorzystałem, żeby ich unieszkodliwić.
Wtedy postanowiłem po prostu podwinąć ogon i uciekać. Na drewnianym wózku nie byłem żadnym przeciwnikiem, toteż mogliby ze mną robić, co by chcieli, gdyby doszło do jakiegokolwiek starcia. Uciekłem w zupełnie inne miejsce: na malowniczą planetę, o której kiedyś słyszałem.
Endenia. Brzmiało niemal jak imię kobiety, którą się poznało na uliczkach nadmorskiej miejscowości. W istocie było to miejsce, gdzie przed wiekami jeszcze pan Andrielach wzniósł swój pałac na najwyższym ze wzgórz i sprawił, że widać go było zewsząd. Ruiny nadal górowały nad miastem strasząc rozpadem. Tu nie nazywano go jego imieniem, ale Tym Który Wzniósł Pałac. Jego imię wytarło się z ludzkich ust, a potem z pamięci. Został strach, ból i zapach morza przelanej krwi, śmierci tysięcy istot, które poniosły cenę jego zachcianek.
Chciałem zwiedzić te ruiny, były słynne na Leokasji, ale mój wózek nie byłby w stanie tam podjechać: pałac stał na bardzo stromym wzniesieniu, wąskim, szło się do niego po udeptanej drodze, cały czas ostro pod górę, czasami prawie po pionie. A potem pałac: wbudowany niemal w skałę, jedna połową stojący na glebie, drugą zwieszający się z urwiska. Twierdza nie do zdobycia, której dach zawalił się w kilku miejscach, a rozliczne kosztowności rozkradziono, gdy tylko okazało się, że tyran odszedł. Albo raczej nie odszedł jak się przy moim lordzie przekonałem, a jedynie porzucił to lokum, na rzecz innego. Dla ludzi to bez najmniejszego znaczenia.
Wziąłem ze sobą pieniądze. Nie dużo, wszystko w złocie, bo w nim można swobodnie handlować na sporej części tych planet. Trzeba było nająć sobie pokój… znaleźć sposób, żeby odzyskać to, co straciłem. Przywiozłem ze sobą księgi i dużo czasu. Chciałem się nauczyć.
Zająłem więc pokój w malutkim moteliku, właściwie to nawet nie w moteliku, a w karczmie. Była drewniana, ale nie tak ohydnie jak moje poprzednie mieszkanie i wózek: jasne, polakierowane drewno pachnące jeszcze świeżością i malutkie doniczki z kwiatami. Uroczy piecyk wyłożony białymi kaflami z czerwonym wzorem. Piękne miejsce, gdzie prześliczna blondynka wypiekała cudowne nadziewane ciasto. Nazywała je ofnem. Smakowało zawsze doskonale: pikantne, ale nie ciężkie – jedzenie go naprawdę stanowiło jedynie przyjemność.
Mieszkałem na parterze, z oczywistych wręcz przyczyn i przesiadywałem całymi dniami na tarasie czytając księgi, których miejscowi nie rozumieli. Nie rozumieli też mojego języka, ale to bez znaczenia: wkrótce miałem i tego się nauczyć. Całymi dniami głowiłem się nad powrotem do zdrowia… ciało… ludzkie ciało. Dlaczego ulepiłem siebie właśnie takiego? Może z woli demona, który mną kierował, może przez nieudolność. Rzeźbienie ciała to sztuka, której nikt nie uczy Yoggott. Same do tego dochodzą.
Nim zrozumiałem minęło blisko osiem lat. Przez cały ten czas nie byłem głodny, nie wiem dlaczego. Teraz nie potrafiłbym znieść tak długiego postu, o czym przekonał się już mój lord. Potrzebuję energii, żeby wypełniać jego rozkazy. Może to był powód? Nie robiłem niemal niczego po za spaniem i czytaniem. Osiem lat. Czy to długo? Zależy jak na to patrzeć – mając do dyspozycji nieśmiertelność, czyli wieczność, wydaje się to ledwie mrugnięciem, ale byłem młody, bardzo młody. Na Endeni dożyłem trzydziestego roku życia. Och… gdyby mój lord mnie wtedy zobaczył, nigdy bym nie zagościł na jego dworze. Żałosny próżniak siedzący na tarasie.
Któregoś dnia, podczas czytania po wtóry jednego z tomów, dotarło do mnie, że przecież forma, jaką przybrałem i ulepiłem zależy tylko od mojego kaprysu. Osiem lat dumania nad tym oczywistym faktem, na który powinienem wpaść długo wcześniej. Pojechałem do lasu, na polanę i tam rozłożyłem ponownie ciało na atomy. Siłą woli, bez żadnych niepotrzebnych formuł i zaklęć. Okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałem. Znów trwałem, w tym cudownym zawieszeniu, czułem się naprawdę wolny.
Nie bez powodu jak się okazało. Nie byłem bowiem rozrzucony w przestrzeni, jak mi się wydawało, nie trwałem w bezładzie odbijając się od innych cząsteczek pozostających w stałym ruchu. Byłem tym potworem, o którym przeszło dziewięć lat wcześniej wspominał pan Asmodeusz. Potworem… poznałem widząc swoje odbicie w strumieniu płynącym przez łąkę. I to nie z gatunku potworów takich, jak pan Asmodeusz… byłem po prostu kupką skóry, poznaczonej ohydnymi wypustkami, szarej, pomarszczonej, o fakturze takiej, jaką mają ropuchy, z wyłupiastymi ślipiami wokół głowy i czułkami. Nie potrafiłem nawet określić, gdzie zaczyna się mój przód, gdzie tył. I byłem szczerze obrzydzony tym faktem: pierwszy raz, odkąd przestałem być człowiekiem czułem to uczucie.
[caption id="attachment_3946" align="aligncenter" width="390"]
Ryc. 7 Moja prawdziwa forma[/caption]
paraliżujące każdy pojedynczy mój atom. Nad strumieniem stała brzydota i wyglądała na mnie z tafli wody.
Nie posiadałem rąk, tylko macki i nie miałem nóg tylko coś, co przypominało mi owadzie odnóża. Całe stożkowate ciało stało chwiejnie na chitynowych patyczkach i wydawało się, że zaraz się rozpuści. Miałem też usta… chociaż to nie jest trafna nazwa: okrągły otwór gębowy z ogromem ostrych jak szpileczki zębów. Nie mierzyłem wtedy jeszcze ponad pięciu metrów jak teraz, a zaledwie trzy, ale to i tak niewiele pomagało. Ale nawet to obrzydzenie i widok, jaki je spowodował, nie potrafiły zatrzymać euforii, jaka następuje, gdy zrzuci się ciało.
A jest to rozkosz, zwłaszcza po tak długim wiciu się w kalekiej formie, wręcz nie do opisania. Ogarnia ze wszystkich stron, rozbrzmiewa pomiędzy pojedynczymi cząstkami ciała. Sprawia, że jest się zdolnym pojąć ogrom swojej mocy.
Znów zacząłem lepić, jak wtedy, gdy odwiedził mnie pan Asmodeusz. Tym razem znałem swoje imię, chociaż nadal nie wiedziałem jeszcze czym jestem. Pamiętałem tylko, że nieśmiertelnym – to mi na ten czas wystarczało.
Ulepiłem formę nieco podobną do mojej obecnej: nieco, ponieważ moja obecna forma nie podlega już dyskusji i spełnia wszystkie moje potrzeby. Tamta… miała odrobinę za długie ręce i garbaty, haczykowaty nos. Ale potrafiła chodzić.
Zapomniałem już, jakie to uczucie stawiać kroki na niepozornej ziemi, chodzić swobodnie. Powinienem wtedy od razu wracać na Leokasję i załatwić swoje sprawy: tak bym zrobił teraz, żeby nie marnować cennego czasu, jakiego może potrzebować mój lord. Ale ja poszedłem do ruin pałacu. Droga była ciężka, ponieważ odzwyczaiłem się od korzystania z nóg, ale dotarłem na szczyt i wszedłem przez główną, zdewastowaną bramę.
Wieżyczki piętrzyły się strzeliście ku górze, zahaczając o nieboskłon, barwy, pastelowe wyblakłe barwy nie raziły w oczy, łuszczyły się za to ze ścian: wieki trwania na słońcu i deszczu, śniegu i gradzie sprawiły, że nawet mury postawione dla Wszechmogącego poddały się w końcu ulepionej przez młodszych bogów naturze. Wszystko się rozkłada. Kiedy tam wszedłem dostrzegłem lustra… pełno ich było w całym pałacu, potrafiły wyrastać niemal spod ziemi. Niektóre potłuczono, niektóre zaczerniały, zniszczyły się – ale to, które znalazłem w wielkiej sali stało nietknięte, wmurowane w ścianę w sali, która przytłoczyła mnie swoją wielkością. Usiadłem przed nim i patrzyłem w szklaną taflę. Nie odbijała ciała, jakie ulepiłem, jako jedyna ze wszystkich. Odbijało się w niej to, czym się stałem, całą moją brzydotę.
Siedziałem i patrzyłem, jak poruszają się czułki, jak unosi się szara skóra, jak pęcznieją burchle ropne i znów się kurczą, rytmicznie, wraz z oddechem. Czułem moc tego lustra, czułem jego zapach i znów czułem głód. Doskonały zapach świątyni, który przejmował mnie i ciągnął. Chciałem go mieć. Chciałem mieć ten chłód i ogrom, jaki przynosiła ta sala, chciałem przynosić ten zajmujący stan przejęcia i stan zachwytu.
Ale nie siedziałem naprzeciw człowieka, tylko naprzeciw centrum świątyni. Nie znam nikogo, kto by tego dokonał… a i ja zrobiłem to jakimś nadludzkim, niemożliwym niemal wysiłkiem. Podszedłem do lustra, położyłem dłoń na tafli i zapytałem czego żąda w zamian za tę cudowność, jaką przynosi – za umiejętność przytłaczania ogromem. Rozmawiałem z przedmiotem. Ale podobnie jak dzisiaj i wtedy nie wydawało mi się to tak dziwne, jak powinno.
Czy przedmioty mają duszę? Odkryłem przychodząc do tego przyciągającego mnie pałacu, że tak. Tą naddał lustru pan Andrielach… nie przepadamy za sobą nawzajem, ale nie sposób nie doceniać kunsztu, z jakim pracuje. I głupim byłoby nie zauważyć, że wszystkie siły, do których wołam, gdy potrzebuję pomocy należą do niego. Bez wyjątku – niezależnie od tego, co mówi, gdy staję naprzeciw niego - jest mimowolnie opiekunem wszystkich stworzeń wypływających z grzechu i ambicji, za którą on sam nie przepada. Jest opiekunem również wszystkich ciemnych mocy, każdego kłamcy i rozpustnika, opiekunem grzechu i żądz, wszelkiej ciemności, która wypływa czasem miękkością z kątów pokoju, gdzie mieszkają brud i zgnilizna.
Kiedy go poznawałem, przy boku mojego lorda, spodziewałem się ujrzeć podobną do mnie kreaturę, albo potwora bliskiemu temu, jakim przez długie lata przychodził do mnie pan Asmodeusz. Lord bał się otwierać drzwi, za którymi go zamknął, jakby spodziewał się tam siły, której nie sposób opanować. Zamiast tego wyszedł do nas elegancki staruszek, a gdy lordowi nie spodobała się owa forma, przybrał bez zastanowienia i jakichkolwiek trudności inną.
Książe Ciemności, którego od stuleci pragnąłem poznać, osoba, o której trąbiły wszystkie legendy Wszechświata: jak mógł wyglądać? Jaki mógł być ten opiekun zła i wszelkiej zgnilizny? Czy był potworem? Przybrał formę bardziej przerażającą, by zadowolić mojego lorda?
Myślałem, że będzie brudny, umazany zgnilizną i cuchnący grzechem. Sądziłem, że spotkam tam bestię, o jakiej rozpisują się książki. Mordercę z dzikim spojrzeniem i ciałem prężącym się do skoku, zabójstwa, gwałtu, żądz. Kogoś buchającego emocjami, porywczego, wspaniałego.
Nic z tych rzeczy. Stanęło przede mną dziecko, z rogami, które przybrało tylko po to, żeby mnie zdenerwować, żeby sprawdzić czy coś powiem, gdy zrealizuje moje wyobrażenia. Dziecko, z zadartym nosem i elegancją. Bez emocji, bez żądz, wyrachowane, zimne, zdeterminowane i zakochane w sobie. To był mój Książę Ciemności – opiekun wszelkiej zgnilizny dostający ciarek, gdy zaplamić jego ubranie. Pan Ciemności z lubością kąpiący się w promieniach słońca. Właściciel wszelkiego grzechu i ambicji, ich piastun, który czuł się obrzydzony moim gatunkiem. Wszechmogący znudzony dokładnie tak samo, jak i demony. Znudzony, chcący się bawić i na tym opierający wszystko, co robi. Gra musi trwać.
Ale to on stworzył owo lustro, przed którym wówczas stałem. On nadał mu duszę – i być może nie jest tym, kogo spodziewałem się ujrzeć, ale nie potrafiłbym powiedzieć, że nie jest wart całego szumu, jakim obrosło jego imię. Nie, jeśli dał mi to wszystko, czym mogę teraz dysponować.
Mówiłem więc do lustra, gładziłem je palcami, szeptałem. Ono milczało… to nic zaskakującego. Lustra nie mówią przecież, przemawia jedynie nasze ego. To podsuwał mi głos pana Felistra. Ale ja nie byłem nim.
Wziąłem sobie duszę, jaką tam znalazłem. Bez odpowiedzi, bez zwrotnej informacji. Uznałem ją za prezent, rzecz znalezioną: dusza pałacu, która narodziła się z woli ojca mojego lorda była przepyszna.
Wiele razy można usłyszeć, że budynek ma duszę, że czuć w nim coś więcej niż gdyby miały być to tylko wzniesione ludzką ręką ściany. Właśnie to sobie zabrałem: duszę należącą do pałacu pana Andrielacha, Księcia Ciemności. I nie kosztowało mnie to niemal nic, po za wysiłkiem dotarcia na miejsce. Lustro pokryło się pajęczyną rozbicia, jakbym wyrwał jedyną moc, która trzymała je jeszcze w całości, a ja odszedłem w pełni usatysfakcjonowany.
Wspomnień lustra nie dostałem nigdy, ale umiejętność przynoszenia ze sobą tego charakterystycznego świątynnego chłodu i duszności nabyłem natychmiast. Była cudowna, wprawiała ludzi w konsternację, gdy się zjawiałem, przyciągała i powalała ogromem. Zupełnie tak samo jak niegdyś pałac Księcia Ciemności.
Chapter VIII
The Mirror
Can one fail to pay a Yoggott? When the Yoggott herself does not yet know what she is? It is not, of course, entirely irrelevant who she is—or how greatly she desires payment. I desired it very greatly indeed. And this was no longer merely a casual inclination. A Yoggott confined to a wheelchair is a poor acquisition, even when one attempts to look upon the matter with the greatest possible charity.
I had to flee again.
I had killed the bartender. On Leokasja I learned many useful things, and among them several truly valuable lessons from bartender Freta. One of these was that one ought not to kill bartenders—especially when they are well liked. Someone might wish to avenge a friend, and bars are not visited solely by indulgent fathers and husbands, respectable gentlemen and ladies of impeccable manners. They are also frequented by the sort who had beaten me.
Centuries later, when I last expected vengeance for one of my meals, I simply settled into an armchair with a good book and waited, reading calmly. I had reached nearly halfway through before my visitors arrived. I greeted them with hot tea and excellent cake, and afterward fought a duel in which the only casualty was a rose, whose thorns I employed to disable them.
But then—then I simply tucked my tail and ran.
Upon a wooden wheelchair I was no opponent at all. They could have done whatever they pleased with me had any confrontation arisen. So I fled to an entirely different place: a picturesque planet of which I had once heard.
Endenia.
It sounded almost like the name of a woman one might meet in the narrow streets of a seaside town. In truth, it was the place where, centuries ago, Lord Andrielach had raised his palace upon the highest hill and arranged matters so that it could be seen from everywhere. Its ruins still towered above the city, threatening collapse. Here they did not call him by name but rather The One Who Raised the Palace. His name had worn away from human lips and then from memory. What remained was fear, pain, and the sea-scent of spilled blood—the deaths of thousands of beings who had paid the price of his whims.
I had wished to visit the ruins. They were famous on Leokasja. Yet my wheelchair could never have climbed there. The palace stood upon a very steep rise; the path to it was narrow, a beaten track climbing relentlessly upward, sometimes nearly vertical.
And then the palace itself—built almost into the rock, half standing upon soil, half hanging over a precipice. An impregnable fortress whose roof had collapsed in several places, whose countless treasures had been stolen the moment it became clear that the tyrant had gone. Or rather—not gone, as I later learned beside my lord—but merely abandoned that residence for another.
To humans it makes no difference.
I took money with me. Not much—everything in gold, which can be traded freely on many of those planets. I needed to rent a room… to find a way to regain what I had lost. I brought books with me—and time. A great deal of time.
I rented a room in a small roadside establishment—indeed, not even a motel, but a tavern. It was wooden, though not hideously so like my former dwelling and wheelchair: pale lacquered wood still fragrant with freshness, with small flower pots set about. A charming little stove tiled in white with red patterns. A beautiful place, where a lovely blonde woman baked marvelous stuffed pastries she called ofnem. They were always delicious—spiced, but not heavy. Eating them was purely a pleasure.
I lived on the ground floor, for obvious reasons, and spent my days on the terrace reading books the locals did not understand. They did not understand my language either, but that mattered little. Soon enough I would learn theirs as well.
All day long I pondered how to regain my health… my body. A human body. Why had I molded myself that way? Perhaps by the will of the demon who had guided me; perhaps from clumsiness. Sculpting a body is an art no one teaches Yoggotts. We arrive at it ourselves.
Nearly eight years passed before I understood.
During all that time I felt no hunger. I do not know why. Today I could never endure such a fast—my lord has already witnessed that. I require energy to carry out his commands. Perhaps that was the reason. I did almost nothing except sleep and read.
Eight years.
Is that long?
It depends how one looks at it. When one possesses immortality—eternity—it seems little more than a blink. Yet I was young then. Very young. On Endenia I reached my thirtieth year.
Oh… had my lord seen me then, I would never have found a place at his court. A pitiful idler sitting upon a terrace.
One day, while rereading one of my volumes, it occurred to me that the form I had molded depended solely upon my own whim.
Eight years of reflection before grasping such an obvious fact—one I ought to have discovered long before.
I went into the forest, to a clearing, and there once more dissolved my body into atoms. By sheer force of will, without any unnecessary formulas or incantations. It proved easier than I had expected. Again I existed in that marvelous suspension. I felt truly free.
Not without reason, as it turned out.
For I was not scattered through space as I had imagined, nor drifting in disorder among ceaselessly moving particles. I was the monster Mr. Asmodeus had mentioned more than nine years earlier.
A monster.
I realized this when I saw my reflection in a stream that ran through the meadow.
And not a monster like Mr. Asmodeus, either.
I was simply a heap of skin marked with repulsive protrusions—grey, wrinkled, with the texture of a toad. Bulging eyes ringed my head. Antennae twitched. I could scarcely determine where my front ended and my back began. I felt sincerely revolted by it—the first time since ceasing to be human that I experienced such a sensation.
Fig. 7. My True Form
Every atom of me seemed paralyzed by that sight. Ugliness stood beside the stream and looked back at me from the water’s surface.
I had no hands—only tentacles. No legs—only something resembling insect limbs. My entire conical body balanced unsteadily upon chitinous sticks, as though it might dissolve at any moment. I had a mouth… though that is not quite the proper term: a circular opening filled with innumerable needle-sharp teeth.
At that time I was not yet over five meters tall, as I am now, but merely three—which did little to help.
Yet even that disgust, even that hideous vision, could not halt the euphoria that comes when one sheds a body.
It is a delight beyond description—especially after so long writhing within a crippled form. It surrounds one completely, resonates between each particle of the body, and makes one suddenly capable of comprehending the vastness of one’s own power.
So I began molding again, as I had when Mr. Asmodeus visited me. This time I knew my name, though I still did not know what I was. I remembered only that I was immortal—and at the time that was quite enough.
I fashioned a form somewhat resembling my present one. Somewhat, for my current form admits of no debate and satisfies all my needs. That earlier version possessed arms a little too long and a crooked, hooked nose.
But it could walk.
I had forgotten what it felt like to place one foot before the other upon the ordinary earth—to walk freely.
I ought to have returned immediately to Leokasja and settled my affairs. That is what I would do now, so as not to waste time my lord might require. But instead I went to the ruins of the palace.
The road was difficult, for I had grown unused to using my legs. Yet I reached the summit and entered through the ruined main gate.
The towers soared upward, brushing the sky. Their faded pastel colors no longer dazzled the eye; instead they peeled from the walls. Centuries beneath sun and rain, snow and hail had done their work. Even walls raised for the Almighty had yielded at last to the nature fashioned by younger gods.
Everything decays.
When I entered, I noticed mirrors—everywhere. They seemed almost to grow from the ground. Some were shattered, others blackened or ruined. But the one I found in the great hall stood untouched, set into the wall of a chamber so vast it oppressed me with its scale.
I sat before it and gazed into the glass.
Unlike the others, it did not reflect the body I had molded. Instead it showed what I truly was—my entire ugliness.
I watched the antennae move, the grey skin rise and fall, the swollen pustules swell and shrink rhythmically with my breath. I felt the power of that mirror. I smelled it.
And again I felt hunger.
The perfect scent of a temple surrounded me and drew me closer. I wanted it. I wanted the coolness and the vastness that hall possessed. I wanted to bring with me that overwhelming atmosphere—that sense of awe.
But I was not sitting opposite a man.
I was sitting before the heart of a temple.
I know no one else who has done such a thing—and I myself achieved it only through an effort that felt almost superhuman. I approached the mirror, placed my hand upon the glass, and asked what it demanded in exchange for the wonder it offered—for that power of overwhelming presence.
I was speaking to an object.
Yet, as today, it did not seem as strange to me as perhaps it should have.
Do objects possess souls?
I discovered upon arriving at that palace that they do. This one had been granted by Lord Andrielach. We are not especially fond of one another, but it would be foolish not to appreciate the artistry of his work. And it would be even more foolish not to notice that every force I invoke when I require assistance belongs, in one way or another, to him.
Without exception.
No matter what he says when I stand before him, he is—quite unwillingly—the patron of all beings born from sin and ambition, which he himself despises. He is also the patron of all dark powers, every liar and libertine, the guardian of sin and desire—of that darkness which sometimes slips softly from the corners of a room where filth and rot dwell.
When I first met him beside my lord, I expected some creature resembling myself—or a monster akin to the form Mr. Asmodeus had taken for so many years. My lord hesitated to open the door behind which he had locked him, as though expecting a force beyond control.
Instead, an elegant old gentleman stepped out.
And when my lord disliked that form, he changed it instantly, without the slightest effort.
The Prince of Darkness, whom I had longed for centuries to meet—the figure proclaimed in every legend of the universe.
What might he look like? What might this guardian of evil and decay be?
Would he be a monster? Would he adopt some terrifying shape to satisfy my lord?
I imagined filth—rot, the stench of sin. I imagined a beast such as books describe: a murderer with wild eyes and a body coiled for violence and desire.
Nothing of the sort.
Before me stood a child.
A child with horns—worn only to irritate me, to see whether I would react when he fulfilled my expectations. A child with an upturned nose and immaculate elegance. Without emotion, without desire. Calculating. Cold. Determined. Entirely in love with himself.
That was my Prince of Darkness—the guardian of rot who shudders if one stains his clothing. The Lord of Darkness who delights in basking in sunlight. The master of sin and ambition who finds my species repulsive.
An omnipotent being bored in precisely the same way demons are bored.
Bored—and wishing to play. The game must continue.
Yet it was he who created the mirror before which I stood that day. He gave it a soul. And though he may not be what I expected, I could never say he is unworthy of the noise surrounding his name.
Not if he gave me all that I now possess.
So I spoke to the mirror. I stroked its surface and whispered to it.
It remained silent—which was hardly surprising. Mirrors do not speak. Only our own vanity does. That was the voice of Mr. Felister echoing in my memory.
But I was no longer him.
So I simply took the soul that was there. Without answer, without permission. I considered it a gift—a found object. The soul of the palace born of my lord’s father was exquisite.
People often say a building has a soul—that one feels something within it beyond mere walls raised by human hands.
That is precisely what I took.
The soul belonging to the palace of Lord Andrielach, Prince of Darkness. It cost me almost nothing beyond the effort of reaching the place. The mirror shattered into a web of cracks, as though I had torn away the only power that still held it whole.
And I left fully satisfied.
I never received the mirror’s memories. But I immediately acquired the ability to carry with me that particular temple-like chill and suffocating solemnity.
It was marvelous.
It confused people when I appeared. It drew them in and overwhelmed them with its grandeur—just as the palace of the Prince of Darkness once had.