Rozdział 1
Leokasja
Dzień dobry, miło mi Państwa poznać, jestem lokajem lorda Tiramisa. Czasami nawet tak prosta forma powitania przyprawia człowieka o dreszcze. Nie jest trudno nauczyć się jak sprawić, by tak było i tego, co należy mówić potem. Ważne jest natomiast, by zawsze, niezależnie od czynników zewnętrznych pozostać w swojej roli. Zawsze. Nazywam się Cyrus Desmondo, a to jest moja historia.
Urodziłem się, na podobno malowniczej planecie, gdzieś daleko poza centrum Wszechświata. Nie pamiętam jej nazwy, ani wzgórz porośniętych trawami i czerwonym kwieciem miłobystrza, ale mama opowiadała mi wiele razy, że gdy światło poranka padało na wzgórza to, te kwiaty w kolorze krwi topniały w oczach i wydawało się, jakby miały zaraz lunąć lawiną krwi ku dolinom, gdzie stały domy. Nie była kobietą sentymentalną, ani szczególnie wrażliwą na uroki świata, więc wnoszę, że musiało to być istotnie, przepiękne miejsce. Nie mieszkałem tam na tyle długo, by pamiętać cokolwiek ponad kolor… mam do niego stosowną słabość, której nie sposób wytłumaczyć niczym innym.
Przeprowadziliśmy się, więc, w zupełnie inne miejsce, czego też naturalnie nie pamiętam, chociaż tysiące razy próbowałem sobie przypomnieć. Nowe miejsce nie było tak malownicze, ani urokliwe, chociaż nazwa obiecywała wiele. Leokasja – mi zawsze kojarzyła się z miejscem o wodzie w kolorze błękitu i żywej zielonej roślinności, niestety moje skojarzenia jak już wiele razy bywało są mylne i doskonale o tym wiem.
Miejsce to dalekie jest od przestrzeni właściwych dzieciom, a nawet dorosłym. I nie chodzi tutaj bynajmniej o widoki nieprzystające do żadnej znanej mi definicji piękna (sceneria pustkowia, nad którym wiecznie unosi się chmura duszącego kurzu, przez który nie przebijają się nigdy ostre promienie słoneczne, chociaż żar leje się z nieba podobnie, jak deszcz w innych miejscach). Nie chodzi tu też nawet, o te drewniane, niestabilne domki z wyposażeniem o wątpliwej jakości i jeszcze mniejszej dbałości o estetykę. I nie o brud się rozchodzi – chociaż ten był szczególnie dokuczliwy, zważywszy na to, jak mało było wody, czerpanej ze studni głębinowych. Może nawet nie chodziło o jej ilość, ale o wysiłek, jaki trzeba było wkładać w jej wydobycie… teraz to i tak bez znaczenia.
Wody, więc w zasadzie nie było, był za to alkohol, papierosy i broń. Dużo broni. Moje najwcześniejsze wspomnienie to chwila, gdy wchodzą do naszego mieszkania żołnierze i człowiek o pociągłej twarzy i zasuszonych policzkach mówi, że matka zrobiła błąd i jego syn nie żyje. Mój ojciec (chyba nim był, ale pewności nie będę miał nigdy) wstaje. Chcieli zabić mnie za tego chłopca… musiał być tam kimś istotnym, ale nigdy nie dowiedziałem się kim. Nie spotkałem też więcej tych ludzi. Pewne jest, że gdyby mój ojciec nie wstał wtedy i nie powiedział tego, co doskonale pamiętam do teraz, nie byłoby mnie tu gdzie jestem i mój lord pozwalałby komuś zupełnie innemu, i zapewne mniej odpowiedzialnemu, parzyć herbatę, przygotowywać pościele i słać łóżka. To był wyraz bohaterstwa ze strony mojego taty. Powiedział: „Nie przyjechaliśmy tu dla zwyczajnych ludzi i nie za nich będziemy umierać”. Taka była moja dewiza przez kilka następnych stuleci. Nie jestem tu dla zwyczajnych ludzi i nie za nich będę umierał. Naturalnie, zastrzelili go. Pierwszy raz widziałem wtedy śmierć i krew. Powinienem już ją widzieć, ale nie pamiętam niczego wcześniej, więc sądzę, że to był pierwszy raz. Opryskała, razem z kawałkami mózgu, podłogę i stół. Te plamy na nielakierowanym drewnie nigdy nie zeszły, a matka nigdy nie wymieniła podłogi. Ja też tego nie zrobiłem… miałem ważniejsze sprawy na głowie. Wtedy się bałem. Siedziałem zlękniony za granatową, brudną kanapą, która śmierdziała kurzem i papierosami. Ojciec podobno zawsze na niej palił. Gdy umierał też miał papierosa w ręce. Ludzie, którzy weszli, wyszli, widocznie uznali, że wyrównali już swoje rachunki, albo pędziły ich inne obowiązki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że każdy ma swoje niezależnie od tego czy jest człowiekiem, czy bogiem.
Pamiętam to zdarzenie bardziej niż dokładnie. Moja matka także nie była typem tchórza, w przeciwieństwie do mnie. Stała cały czas wyprostowana, z tacą, na której mieściły się dwie szklanki herbaty i talerzyk z ciastem. Odstawiła ją, po fakcie, spokojnie na stół, zestawiła pewną ręką naczynia i ciasto, a potem podeszła do ciała oceniając szkody, jakie spowodowała krew. Nigdy nie powiedziała nic na temat jego śmierci, nie wspomniała, że tęskni. Często natomiast mówiła o stratach, jakie jego śmierć spowodowała: musiała znaleźć inną pracę niż ta, z której utrzymywała się do tej pory.
Była chirurgiem, co zresztą tłumaczyło to, że nigdy, odkąd sięgam pamięcią, aż do dnia jej śmierci nie zadrżała jej ręka, niezależnie od tego, co działo się dookoła. Taki sam był jej charakter, pachnący ostrymi przyprawami i surowością płaskiego, białego chleba. Robiła go z wody, mąki i soli, zawsze sama, nawet wtedy, gdy zatrudniliśmy służącą. Miała brązowe włosy, poznaczone siwymi pasmami i kwadratową twarz, która w mojej pamięci nosiła jeszcze ślady po dawnym, przekwitłym pięknie. Była szczupła, ale nie chuda, tylko ręce miała kościste, pewne, delikatne. Jej biedne dłonie… . Nie skarżyła się na nic, co wiązało się z emocjami. Była zimna, ale kochała mnie bardziej, niż można by przypuszczać. Ludzie to dziwne stworzenia: potrafią latami zatajać uczucia, które nie urosłyby do takiej skali, gdyby nie były ukrywane.
Nie pamiętam ani pogrzebu ojca, ani miejsca gdzie go pochowano. Matka często odwiedzała jego grób, ale ja nie byłem na nim ani razu. Nie czułem potrzeby obcowania z kimś, kogo znałem tak naprawdę tylko z zapachu papierosów, który wgryzł się w deski i obicia mebli i z tego, że ocalił mi życie. Nawet, jeśli powiedział w ostatnich chwilach coś mądrego, nawet, jeśli sprawił, że się ocknąłem, to i tak w ostatecznym rachunku to jest zupełnie nic, gdy myśli się o własnym ojcu. Więcej mężczyzn w czasie mojego dorastania nie było, a przynajmniej nie tych znaczących (po za tym jednym, o którym już wcześniej wspomniałem, ale do tego jeszcze dojdziemy).
Miałem więc cztery lata, ojciec zginął, a nam przyszło się utrzymać samodzielnie. Leokasja nie jest i nigdy nie była planetą odpowiednią dla dam w średnim wieku z dziećmi. Matka niczego się nie bała, znaczy się bała się na pewno dużo bardziej niż ja, ale nigdy tego nie okazywała. Ubogi domek, w jakim spędzałem większość moich lat wczesno dziecięcych nie grzeszył przytulnością: jak już wcześniej wspomniałem, pełno tu było nielakierowanego drewna, z którego zbita była podłoga, ściany, strop i meble. Łóżka i kanapa obite granatowym welurowym materiałem i dwie nieambitne półki z książkami. Bardzo nieambitne, ponieważ nim skończyłem lat osiem znałem je wszystkie na pamięć. W pokojach zawsze unosił się ten specyficzny, obrzydliwy zapach kurzu i stagnacji. Zapach jednostajnego, powolnego umierania, potu i materiałów zleżałych i nazbyt zużytych. Matka oszczędzała.
Moją pierwszą samodzielną wycieczkę, czy też wyprawę, jak trafniej moim zdaniem można by ja było określić, odbyłem w wieku lat siedmiu, gdy mama dostała pracę w pewnym niewielkim ośrodku medycznym, obok baru. Opatrywała obrażenia powstałe w wyniku bójek, o ile mnie pamięć nie myli, ale nie pracowała tam długo. O nie… na całe szczęście nie.
Wyszedłem z domu przez okno, po tym jak matka zamknęła drzwi na klucz. Miałem lat siedem, a więc we własnym mniemaniu byłem już niemal dorosłym chłopcem. Nie było to takie głupie z kolei mniemanie, ponieważ na Leokasji niewiele osób dożywało do wieku pełnoletniego, a jeszcze mniej do starości. Chciałem się jednak dowiedzieć, co to za zły świat, przed którym zamyka mnie matka.
Muszę zaznaczyć, że nie byłem z gatunku chłopców żywych i cwanych… nie, nie, nie, brońcie bogowie. Należałem raczej do rodzaju tych chudych, bladych, anemicznych wręcz stworzeń, ubranych w za duże, krótkie spodenki na szelkach, kawałek koszuli po ojcu i buty, kupione na wyrost, których z całych sił starałem się nie zgubić. Na nosie miałem okulary, ale w moja pamięć nie obejmuje już tego fascynującego zagadnienia: dlaczego? Nie przypominam sobie, bym cokolwiek widział rozmazane, ale może był to mój wyraz buntu przeciwko otaczającemu mnie brudowi świata? Albo zwyczajnie wolałem uchodzić za mądrzejszego, niż w istocie byłem: dzieci posiadają bowiem ten rodzaj przedziwnej wiary, że samo wyglądanie już o czymkolwiek świadczy – potem życie weryfikuje ją według swoich posług. Ot, mój lord na przykład wcale nie wygląda na kogoś, kto nawet nie zawaha się, gdy idzie o czyjeś nędzne życie. Nie wygląda też na takiego, który by znał poezję i sztukę rozkochiwania w sobie kobiet paroma słówkami. Nie brzmi na delikatnego i usilnie nie daje po sobie poznać klasy, jaką w sobie nosi. A sposób w jaki chodzi nie zdradza postawy arystokraty. Ale mój lord nie jest tym, na kogo wygląda, zresztą jak wiele osób, które do tej pory spotkałem.
Byłem więc tym anemicznym, bladym chłopcem w wielkich okularach na nosie i za długich brązowych włosach, które starałem się chować za uszy, ale zawsze znajdowały drogę, żeby uciec. I gdy tylko wyszedłem na zewnątrz stanąłem na ubitej ziemi przed domem i stałem, bez ruchu, w milczeniu. Kłęby kurzu wzbijały się wysoko ponad miasto, ale nie dzięki powiewom wiatru jak zawsze myślałem – wiatru prawie tego dnia nie było. Było natomiast kilku rosłych mężczyzn przerzucających broń z jednego wozu na drugi. Cuchnęli alkoholem, tytoniem i potem, zresztą jak całe to miejsce, więc postanowiłem poszukać swoich rówieśników. Teraz już wiem jak głupia i nie rozsądna była z mojej strony wiara, że znajdę pomiędzy nimi kogokolwiek, kto odpowiadałby moim potrzebom intelektualnym. Kogoś, kto dzieliłby ze mną pasję wyniesioną z rodzinnego mieszkania, jaką było czytanie książek. Kogoś, kto wyjaśniłby mi to wszystko, czego nie rozumiałem, a o co nie miałem odwagi pytać. Nigdy nie rozumiałem na przykład, dlaczego ludzie tak się angażują w codzienne, nic nieznaczące sprawy, jak kłótnie o pozostawione nie w tym miejscu przedmioty, czy zazdrość, albo w ogóle emocje. Przecież to nie obiad, który należy z całą pieczołowitością podać dwustu osobom na czas, to nie sprawy najwyższej wagi, które nie ucierpią zwłoki, jak dopilnowanie czasu zaparzania herbaty i temperatury wody. To wszystko, o co ludzie się na co dzień złoszczą nie wiąże się przecież z niczym istotnym.
Kto szuka ten znajdzie, jak powiadają niektórzy zbyt zblazowani codziennym nieurodzajem własnych ekscytacji ludzie. Ja szukałem rówieśników bardzo nachalnie jak na tak małego chłopca, w takim miejscu.
Za miastem trwała budowa wielkiego, podziemnego budynku. Dzieci z niezrozumiałych przyczyn uwielbiają place budowy, zupełnie odwrotnie do dorosłych, którzy spędzają tam czas na pracy. W istocie to jak kręcą się po ich terenie i jedni, i drudzy nie różni się od siebie tak bardzo, jak by się mogło wydawać – dzieci są tylko o tyle gorsze, że nie boją się o kolosalne koszty ubezpieczeń zdrowotnych, albo opóźnienia czasu pracy w przypadku, gdyby coś się komuś stało. Zresztą budowy wiążą się z tworzeniem… może to ich wszystkich przyciąga? Umiejętność tworzenia, którą posiadają wszystkie, co rozumniejsze stworzenia. Boska niemal moc, którą mój lord tak rzadko demonstruje. A szkoda, ponieważ wychodzi mu to doskonale, zresztą jak wszystko, co robi. Na placu budowy naturalnie spotkałem swoich rówieśników i kilkoro starszych dzieci. Nie zaprzyjaźniliśmy się. Moje nieśmiałe próby dukania kilku słów powitania zagłuszyły śmiechy, kilka przezwisk… nic nie odpowiedziałem, tylko odszedłem w stronę miasta.
W mojej dziecięcej głowie wszystko układało się w sposób komicznie wręcz prosty, logiczny dla chłopca w wieku siedmiu lat. Są w moim wieku i powinni być tacy jak ja. Mój świat nie wybiegał wtedy po za ściany mojego mieszkania i książki matki. Nie wykraczał po za chleb, pieczony przez matkę wieczorami i bajki, jakie opowiadała mi codziennie przed śniadaniem. W tym świecie wszyscy czytali, znaczy ja i matka, i wszystko było drewniane. Ohydnie, brudno, drewniane, z drzazgami wchodzącymi pod palce i szarością kurzu wbitą pomiędzy pojedyncze włókna drzewa. Teraz wiem, że to się nie mogło udać. Nawet nie o pasje chodziło, gotów byłem wtedy na drobne niedogodności, „niezgodności charakterów”, jak to pisał w jednej z matczynych książek pewien bardzo uczony doktor, którego nazwisko dawno wypadło mi z głowy. Problem leżał w tym, że z powodu nadopiekuńczej miłości matki (którą jak wspomniałem okazywała w dziwny sposób, ale w jedyny, w który potrafiła) byłem jedynym chłopcem o kolorze skóry zbliżonym bardziej do kartek papieru, w które z takim uporem się wpatrywałem, niż do piasku spalonej słońcem rudej ziemi jak wszyscy pozostali, wliczając w to matkę. Nie miałem też żadnej tężyzny fizycznej jak moi rówieśnicy, ponieważ nie pomagałem handlarzom, barmanom, ani rzemieślnikom. Nie pracowałem przy nawadnianiu pól uprawnych, nie chodziłem do zagród gdzie pasiono zwierzęta. Byłem ulepiony z czegoś innego niż reszta tych gburowatych chłopców.
Nie wróciłem do domu, tylko poszedłem do tych wielkich, upiornych mężczyzn. Nie wszyscy oni byli wielcy, nie wszyscy wyglądali na złych i nie wszyscy byli brudni. Nawet nie wszyscy cuchnęli alkoholem i papierosami, ale mieli jedną wspólną cechę, z której nawet wtedy doskonale zdawałem sobie sprawę: wszyscy oni byli groźni – ale czasami jest tak, że się niczego nie boisz nawet, jeśli jesteś tchórzem.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że czasami strach zwyczajnie ustępuje i pozwala nam robić nieoczekiwanie głupie i nieodpowiedzialne rzeczy, jak chociażby wałęsanie się siedmioletniego dziecka pomiędzy uliczkami Leokasji, bez większych oznak przerażenia. Przyznać muszę, że chociaż nie jest to najbezpieczniejsze miejsce, niesie ze sobą pewną dość istotną korzyść: spotkać tu można indywidua ze wszystkich stron Wszechświata. Różnych wyznań, kultur, mówiące różnymi językami. Dla małego chłopca ma to swoje korzyści, oczywiście jeśli jest dostatecznym tchórzem, by nie pyskować i nie odmawiać. Na Leokasję od wieków zjeżdżali handlarze bronią, zbrodniarze, kanciarze, hazardziści i uciekinierzy, oraz ja i moja matka. Nigdy nie odpowiedziała na pytanie dlaczego tu przybyliśmy, ale sądzę, że liczyła od początku na to, że zatrudni się w końcu tam, gdzie ostatecznie trafiła. Nim dotarłem do miejsca, gdzie cudem wręcz udało mi się złapać wypadający z paki półciężarówki szklany magazynek wypełniony, jak już teraz wiem, wyjątkowo żrącym, ale i równie wyjątkowo drogim rodzajem plazmy, osłuchałem się już z lokalnym zasobem wulgaryzmów i przyznam, chociaż nie bez wstydu, że niektóre nawet mi się spodobały. Oczywiście żadnego z nich, nigdy nie powtórzyłem, a teraz napawa mnie obrzydzeniem samo to, że powielałem je w myślach, ale pogodziłem się też z faktem, że u niektórych osób one po prostu brzmią jak muzyka. Chociażby u mojego doskonałego lorda…
– Kurwa! – to akurat poznałem najlepiej, ale na pewno nie tak dobrze jak wykrzykujący to słowo mężczyzna, który wyrósł znad paki. Chudy dość, jak na kogoś obsługującego takie sprzęty, ale nie to mnie wtedy zajmowało, tylko nagły paraliżujący strach. Potem ten człowiek dostrzegł mnie, podającego mu ten szklany zbiorniczek bladymi dłońmi. Odsapnął z ulgą, załadował go na pakę i zszedł z niej.
– Wszystko jest chłopaki – zawołał donośnie.
– Mam nadzieję, bo Tiramis nas rozszarpie! Jesteśmy w dupę o ponad godzinę, a ten skurwiel chyba się najebał – prychnął w odpowiedzi kierowca i odjechał. Wtedy pierwszy raz słyszałem to imię, ale całe szczęście nie ostatni. Nie zwróciłem na nie jednak uwagi, bardziej zajmowało mnie co się stanie dalej, ponieważ moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Mężczyzna odwrócił się do mnie i rozczochrał moje włosy z uśmiechem na twarzy.
– Dzięki mały, uratowałeś mi dupę. Od kogo jesteś? Pierwszy raz cię tutaj widzę – mówił nawet przyjaźnie, ale to raczej nie miałby miejsca gdybym przez przypadek nie złapał czegoś, co było dla niego cenne. Wtedy też to wiedziałem, ale ponieważ bardzo chciałem mieć przyjaciela pozwoliłem sobie zapomnieć. Kłamstwem byłoby twierdzenie, że to było głupie posunięcie, ale równie nieprawdziwe byłoby mówienie o tym człowieku, jako o moim przyjacielu.
– Od ni-nikogo. J-j-ja j-jestem synem, t-t-tej l-l-lekarki.. – wydukałem. To dość ważna sprawa, że w czasie dzieciństwa jąkałem się nagminnie. Był to potworny nawyk, brzmiący zupełnie nieprofesjonalnie i nieodpowiednio do jakiegokolwiek szanującego się towarzystwa. Dobrze wychowani, eleganccy ludzie się nie jąkają, nie jąkają się damy dworów, ani nadworni kapłani. Nie jąka się też mój lord, ale ja jąkałem się jeszcze przez pół roku od tego wydarzenia. Nie długo, ale i nie tak krótko.
– Ona ma jakiegoś bachora? Jak masz na imię mały? – pytał spokojnie, zupełnie nie tak jak mówił do swoich znajomych. A więc przedstawić się, prosta czynność, którą dzisiaj wykonuję w sposób swobodny, aczkolwiek dalece elegancki, wtedy była kłopotliwa o tyle, że nie robiłem tego zbyt często, a i nie było się czym chwalić. Nie zawsze przedstawiałem się przecież, jako Cyrus Desmondo. Byłem też, przez pewien czas, kimś zupełnie innym.
– K-k-kodar – jak każda Yoggotta wstydzę się swojego ludzkiego imienia, jakie nadała mi matka w przypływie szału po, albo przedporodowego. Pomiędzy sobą mój gatunek używa tych imion, by pokazać wyższość nad kompanem rozmowy, swoją przewagę, ostrzec się wzajemnie o tym, że wszystkie te ukłony i tańce ceremonialne nie czynią z nas przyjaciół. Całe szczęście wtedy nie miałem tego problemu.
– Chodź, strzelę sobie jednego, zapalę i odstawię cię do mamuśki pinglarzu – pociągnął mnie do budynku za nami. Był to bar, jak się okazało, bar, w którym siedziało pełno ludzi, których się panicznie bałem, stały rzędami brudne butelki i krzesła. Ale to wszystko jeszcze nic, w porównaniu do widoku, który zapamiętałem tak jak i słowa ojca: do teraz. Długa, piękna, lakierowana lada, jakby pod szkłem. Lśniła tak bardzo, że świeciły się na niej nawet te niemyte szklanki, jakie tłusty barman stawiał tam raz po raz.
– Patrzta kto tu przylazł, to się pospieszył. Zapakowaliśta tę furę, co to ją ten blondas zamówił? Nie chcę, żeby mi tu potem z awanturą wpadał, blat dopiero com wstawił, a ten jak się wkurwi to na nic nie patrzy tylko lezie. I co żeś ze sobą przytaszczył za Inteligencika? – to określenie przyrosło do mnie na wiele lat. Byłem od tej chwili Inteligencikiem, wszystkim znanym, lokalnym, milczącym kujonem. Tak to się chyba nazywa, gdy ktoś spędza więcej czasu na czytaniu, niż na piciu, paleniu i seksie. Dalej ciągnęła się rozmowa dalece niecenzuralna, a ja wspiąłem się na fotel barowy i patrzyłem w tę cudowną lakierowaną powierzchnię, zabezpieczoną warstwą jakiejś przedziwnej substancji. Drewno pod nią mieniło się i nabierało barw. W wiele lat potem zjadłem pewien obiad, bogaty w informację o pochodzeniu tego rodzaju lakieru. Produkowano go z liści pewnej urokliwej rośliny rosnącej w samym centrum zupełnie innego układu słonecznego, ale na Leokasji to nie był absolutnie żaden problem.
Odstawili mnie do matki dopiero wieczorem, gdy kończyła pracę. Nie wiem dlaczego zeszło im na tym wszystkim tak długo, ale mojemu lordowi też zajmuje to wszystko dużo czasu, zwłaszcza gdy pije. Ja nie piłem, chociaż częstowali i podsuwali pudełko papierosów. To wszystko cuchnęło potem – jakie szczęście, że pałace bogów nie mają tego zapachu.
Okazało się, że bycie Inteligencikiem miało swoje poważne plusy. Ot, choćby takie, że nikt nie próbował mnie zabić przez cały pobyt na tej planecie (przynajmniej dopóki sam nie zacząłem się o to prosić, ale to nastąpiło dużo później). Robiłem dla nich wszystkich drobne przysługi, sprzątałem po zamknięciu lokalu, albo biegałem przenosząc informacje od jednego do drugiego. Wszystko to nie w zamian za pieniądze, ale za książki. Jako ośmiolatek już się nie jąkałem, ponieważ ludzie, którym przynosiłem informacje tego nie lubili. Odkryłem, że kiedy jest się spokojnym i opanuje się emocje, głos nie drży za bardzo, nie jąka się i jest gładki. Oglądając obrazki w książkach uczyłem się też rysować, wciśnięty w kąt tego baru. Tu było bezpieczniej, niż na zewnątrz, byłem elementem wystroju, jak lampa czy krzesło i tak samo mnie ignorowano. Nie rozmawiałem z nikim, chyba, że przyjmowałem polecenie.
Kiedy skończyłem osiem lat, matka przyniosła do domu tort i powiedziała, że znalazła inną pracę i nie będziemy tutaj dłużej mieszkać. Skończono budowę, jaką prowadzono za miastem i tam mieliśmy mieć nasz nowy dom. Zjeżdżali tam lekarze i naukowcy z całego Wszechświata. Tłumami wręcz. Powiedziała mi, że dobrze tam płacą i będą mieli bibliotekę. Żebym się o nic nie martwił, że tam będę bezpieczny. Posłuchałem jej. Pamiętam smak tego tortu… był kremowy na cudownym, ciemnym cieście. Słodki, jak nic, co podawała mi wcześniej. Tego samego dnia kupiła mi też piękny kieszonkowy zegarek i wstążkę do wiązania pod szyją kokardy. Lubię wstążki, są eleganckie i takie niewinne. Profesjonalnie ułagadzają wygląd.
Przeprowadziliśmy się do budynku pod ziemią, wielopoziomowego, skomplikowanego szpitala, którego nie wolno było opuszczać, chyba, że w naprawdę ważnych sprawach. Wszyscy tu byli dokładnie tak samo bladzi jak ja, kilkoro był nawet jeszcze bledszych. Po za kilkoma czarnoskórymi. Było kilka pokoi, do których nie wolno było wchodzić i kilka takich,, gdzie niby nie można było, ale i tak tam wchodziłem. Ale nie to było tutaj najdziwniejsze. Tu nie było tego ohydnego, niepolakierowanego drewna, które zdążyłem znienawidzić. Były płytki na podłogach i biały materiał na ścianach, potem dowiedziałem się, że to plastik. Było tez szkło i kamery. Pierwszy raz takie widziałem… małe, elektroniczne urządzenia, które rejestrowały moją osobę, melancholijnie czasy, gdy było to jeszcze możliwe. Dawno nie widziałem się na żadnym nagraniu… zbyt dawno.
Nasze mieszkanie też było interesujące. Bladobłękitne i białe, jak wszystko w tym budynku, dosłownie wszystko, włącznie z jedzeniem. Miałem teraz swój pokój i nikt już nie opowiadał mi bajek z rana… jedyną rzeczą, jaką nadal robiła matka było pieczenie chleba. To była jedyna nić, wiążąca mnie jeszcze z rozłażącym się w szwach światem Leokasji na powierzchni.
Matka posłała mnie do szkoły – jak się okazało po to był mi zegarek i po to potrzebna była mi wstążka. Wszystkie dzieci miały tu zegarki i wstążki, czarne buciki, białe koszulki i skrojone na kant spodnie. Wyglądaliśmy identycznie: ja i pozostała dziesiątka dzieci. Mało kto tu je ze sobą zabierał, albo mało kto je miał. Uczęszczaliśmy na zajęcia prowadzone przez pana Felistra Mackbrücknera. Nie był to uroczy człowiek, przynajmniej nie dla chłopca w moim wieku.

Nosił grube, okrągłe okulary, za którymi skrzętnie ukrywał swoje świńskie, malutkie oczka. Czoło miał nie za wysokie, prostokątne niemal, brwi miał dość cienkie, osadzone niemal tuż nad oczami, Twarz obłą, spory nos i wydęte usta, wiecznie błyskające śliną. Nie był miły, praktycznie nigdy, nawet, gdy się bardzo starać i nie uczył nas zbyt wiele przydatnych rzeczy. Po za matematyką ma się rozumieć i naukami przyrodniczymi, z czego i tak nie wyciągnąłem odpowiedniej wiedzy. Mówił zawsze szybko i niczego nie powtarzał dwa razy, nie tłumaczył, gdy nie rozumieliśmy. Nie stawiał też jednak żadnych ocen, co jak się później dowiedziałem jest praktykowane w szkołach, nie kazał nam pisać testów. Zamiast tego przynosił czasami wódkę na zajęcia i pił, gdy czytaliśmy. Nasi rodzice byli zbyt zajęci, by zaprzątać sobie tym głowę, my zbyt uradowani, gdy zamykał usta chociaż na moment. Ten człowiek właśnie, nauczył mnie pojmowania rzeczy szerzej, niż poprzez materię zleżałego papieru książek. Nauczył wyjaśniania pewnych spraw, pojmowania rzeczy, jako mniej lub bardziej skomplikowanych maszyn, które czasami, gdy mówią, nazywa się ludźmi.
Pan Felister Mackbrückner nie wierzył w magię. Nie wierzył w czary. Nie wierzył w demony, anioły i bogów. Nie wierzył w siły wyższe i nadprzyrodzone. Nie wierzył w los, przeznaczenie, przepowiednie i wróżby. Nie wierzył nawet w przeczucia. Był niepoprawnym wręcz racjonalistą, sądząc po tym, że pracował w końcu dla mojego lorda. Dla pana Mackbrücknera lub też „marudera” jak nazywali go moi rówieśnicy nie było niczego, czego nie dałoby się naukowo wytłumaczyć. Lewitacja? To tylko sprzężenie elektromagnetyczne. Głosy? Wiatr rozbija się na szybach. Przemiana wody w krew? To tylko rozwój stosownego gatunku bakterii. Na wszystko było zawsze do wyjaśnienia. Długo mu wierzyłem, na długo po tym jak pierwszy raz widziałem lorda i na długo po tym jak zobaczyłem pierwsze czary w moim życiu. Do teraz zdarza mi się podchodzić do sprawy naukowo, gdy potrzeba zaklęć. Ludzka natura jest niezbadana.
Chapter 1 Leokasja
Good morning, it is a pleasure to make your acquaintance, I am the butler of Lord Tiramis. Sometimes even so simple a form of greeting is enough to send a shiver through a man. It is not at all difficult to learn how to make it so, nor to learn what ought to be said afterwards. What is important, however, is to remain within one’s role — always, regardless of external circumstances, always.
My name is Cyrus Desmondo, and this is my story.
I was born on a supposedly picturesque planet, somewhere far beyond the center of the Universe. I do not remember its name, nor the hills overgrown with grasses and the red blossoms of sweetseer, but my mother told me many times that when the light of morning fell upon those hills, the flowers — blood-coloured — seemed to melt before one’s eyes, and it appeared as though at any moment they might pour down in an avalanche of crimson toward the valleys where the houses stood.
She was not a sentimental woman, nor particularly susceptible to the charms of the world, and therefore I conclude that it must indeed have been an extraordinarily beautiful place. I did not live there long enough to remember anything beyond the colour… and I possess toward it a certain weakness that cannot be explained in any other way.
We moved, then, to an entirely different place — which naturally I do not remember either, though I have attempted thousands of times to recall it. The new place was not so picturesque, nor charming, although its name promised much. Leokasja — to me it always sounded like a place of blue waters and vivid green vegetation. Unfortunately, as has often been the case, my associations were mistaken, and I am perfectly aware of that.
This place was far removed from those suitable for children — and even for adults. And I do not mean here merely the views that conformed to no definition of beauty known to me: wastelands above which there perpetually hovered a cloud of suffocating dust, through which sharp sunbeams never pierced, although the heat poured from the sky much as rain does elsewhere. Nor do I mean the wooden, unstable houses furnished with items of questionable quality and even less concern for aesthetics. And it was not about the dirt — although that was particularly oppressive, given how little water there was, drawn from deep wells. Perhaps it was not even about the quantity of water, but about the effort required to extract it… now it is all the same.
Water, therefore, there was essentially none. There was, however, alcohol, cigarettes, and weapons. A great many weapons.
My earliest memory is of the moment soldiers entered our apartment, and a man with an elongated face and sunken cheeks declared that my mother had made a mistake and his son was dead. My father — I believe he was my father, though I shall never be certain — stood up.
They intended to kill me for that boy… he must have been someone important there, though I never learned who. I never saw those people again.
What is certain is that had my father not stood up at that moment and spoken the words I remember perfectly to this day, I would not be here where I am, and my lord would allow someone entirely different — and undoubtedly less responsible — to brew his tea, prepare his sheets, and make his bed. It was an act of heroism on my father’s part. He said:
“We did not come here for ordinary people, and we will not die for them.”
Such was my motto for several subsequent centuries. I am not here for ordinary people, and I will not die for them.
Naturally, they shot him.
It was then that I saw death for the first time. And blood. I should perhaps have seen it earlier, but I remember nothing before that, and so I assume it was the first time. It splattered — together with fragments of brain — the floor and the table. Those stains upon the unvarnished wood never came out, and my mother never replaced the floor. Nor did I… I had more important matters upon my mind.
I was afraid then. I sat terrified behind a navy-blue, filthy sofa that smelled of dust and cigarettes. My father apparently always smoked there. He held a cigarette even as he died.
The men who had entered left; evidently they considered their accounts settled, or perhaps other duties urged them onward. At that time I did not yet know that everyone has their duties, whether they are human or god.
I remember the event with more than precision. My mother was not the cowardly type either — unlike myself. She stood upright the entire time, holding a tray upon which rested two glasses of tea and a plate with cake. After it was over, she calmly set it upon the table, arranged the dishes and the cake with a steady hand, and then approached the body, assessing the damage the blood had caused.
She never said anything about his death. She never mentioned that she missed him. What she spoke of often were the losses his death had caused: she would need to find another job than the one by which she had previously supported us.
She was a surgeon, which explains why, from as far back as I can remember until the day of her death, her hand never trembled, regardless of what occurred around her. Such was her character as well — scented with sharp spices and the austerity of flat white bread. She baked it from water, flour, and salt, always herself, even when we later employed a maid. She had brown hair streaked with grey and a square face which in my memory still bore traces of former, faded beauty. She was slender, though not thin; only her hands were bony — certain, delicate. Her poor hands…
She did not complain of anything connected with emotions. She was cold, but she loved me more than one might suppose. People are peculiar creatures: they can conceal feelings for years, feelings which would not have grown to such proportions had they not been concealed.
I do not remember my father’s funeral, nor the place where he was buried. My mother often visited his grave, but I did not go even once. I felt no need to commune with someone whom I truly knew only from the smell of cigarettes that had bitten into the boards and upholstery — and from the fact that he saved my life. Even if he said something wise in his final moments, even if he caused me to awaken, in the final reckoning that is very little when one thinks of one’s own father.
There were no other significant men during my upbringing — except for one, whom I have already mentioned, but we shall come to him in due time.
I was four years old, my father was dead, and we were left to sustain ourselves.
Leokasja is not and never has been a planet suitable for ladies of middle age with children. My mother feared nothing — that is to say, she surely feared far more than I did, but she never showed it.
The poor little house in which I spent most of my early childhood did not abound in coziness: as I have already mentioned, there was unvarnished wood everywhere — the floor, the walls, the ceiling, the furniture. Beds and sofa upholstered in navy velvet, and two wholly unambitious bookshelves. Very unambitious indeed, for before I turned eight I knew every volume by heart.
There was always that specific, repulsive smell of dust and stagnation in the rooms. The smell of monotonous, slow dying. Of sweat and fabrics too long worn. My mother economized.
My first independent excursion — or rather expedition, as I believe it may be more accurately termed — I undertook at the age of seven, when my mother obtained employment at a certain small medical outpost adjacent to a bar. She dressed wounds inflicted during brawls, if memory serves me, though she did not work there long. Oh no… fortunately not for long.
I left the house through the window after she had locked the door. I was seven years old and therefore, in my own estimation, nearly a grown boy. It was not, in truth, such an entirely foolish estimation, for on Leokasja few lived to reach majority, and even fewer to old age. I wished to discover what sort of wicked world it was from which my mother barred me.
I must note that I was not of the lively and cunning variety of boy — no, no, heavens forbid. I belonged rather to the species of thin, pale, almost anemic creatures, dressed in oversized short trousers held up by suspenders, a fragment of my father’s shirt, and shoes purchased several sizes too large, which I endeavoured with all seriousness not to lose. Upon my nose sat spectacles, though my memory no longer encompasses that fascinating matter of why. I do not recall seeing anything blurred, but perhaps it was my form of rebellion against the surrounding filth of the world? Or perhaps I simply preferred to appear wiser than I truly was: children possess that peculiar faith that mere appearance testifies to substance — life, later, corrects this belief according to its own methods.
My lord, for instance, does not at all resemble a man who would not hesitate when confronted with some wretched life. Nor does he appear to be one versed in poetry and the art of making women fall in love with a handful of words. He does not sound gentle, and he makes a point of not displaying the class he carries within himself. The manner in which he walks betrays no aristocratic posture. And yet my lord is not what he appears to be — as are so many of the people I have encountered thus far.
Thus I was that anemic, pale boy with enormous spectacles and overlong brown hair which I attempted to tuck behind my ears, though it invariably found its way out again. And when I stepped outside, I stood upon the packed earth before the house and remained there, motionless, in silence.
Clouds of dust rose high above the town — though not, as I had always assumed, due to gusts of wind. There was scarcely any wind that day. There were, however, several broad-shouldered men transferring weapons from one wagon to another. They stank of alcohol, tobacco, and sweat, much like the entire place, and so I resolved to seek out my peers.
Now I know how foolish and imprudent it was to believe I would find among them anyone suited to my intellectual needs. Someone who might share the passion carried out of my family apartment — the reading of books. Someone who might explain to me all that I did not understand and about which I lacked the courage to inquire. I never understood, for example, why people become so engaged in daily, meaningless matters — quarrels over objects misplaced, jealousy, emotions in general. They are not dinner, which must be served with meticulous care to two hundred guests precisely on time; they are not matters of the highest urgency, such as overseeing the brewing time of tea and the temperature of water. Everything about which people grow angry each day is, in truth, attached to nothing essential.
He who seeks, finds — as certain excessively jaded individuals, deprived of daily excitements, are fond of saying. I sought my peers with a persistence quite inappropriate for so small a boy in such a place.
Beyond the town there stood the construction of a vast underground structure. Children, for reasons incomprehensible, adore construction sites — quite unlike adults, who spend their time there working. In truth, the manner in which both wander about such places differs less than one might suppose — children are merely worse in that they do not fear colossal health insurance costs or delays in work should someone come to harm. Construction is, after all, connected with creation… perhaps that is what draws them? The ability to create, possessed by all somewhat rational beings. A power almost divine — one my lord so rarely demonstrates. A pity, for he does it exceedingly well, as he does everything.
Naturally, I encountered my peers at the construction site — and several older children besides. We did not become friends. My timid attempts at mumbling a greeting were drowned by laughter, by a handful of nicknames… I replied to none of it and simply turned back toward the town.
In my childish mind everything arranged itself in a manner almost comically simple — logical for a seven-year-old boy. They are my age, and therefore they should be like me. My world did not then extend beyond the walls of our apartment and my mother’s books. It did not extend beyond the bread she baked in the evenings and the stories she told me each morning before breakfast. In that world everyone read — that is to say, my mother and I — and everything was wooden. Hideously, filthily wooden, with splinters embedding themselves beneath one’s fingers and grey dust pressed between the fibres of the grain.
Now I know it could never have succeeded. It was not even about passions — I was prepared then for minor inconveniences, for “incompatibilities of character,” as some very learned doctor once wrote in one of my mother’s books, whose name has long since escaped me. The problem lay in this: owing to my mother’s overprotective love — which, as I have mentioned, she expressed in peculiar fashion, yet in the only manner she knew — I was the only boy whose skin bore a colour closer to the pages into which I stared so stubbornly than to the sun-scorched, reddish sand of the earth like all the others, including my mother.
Nor did I possess the physical vigour of my peers, for I did not assist merchants, bartenders, or craftsmen. I did not work irrigating fields, nor did I tend animals in their enclosures. I was fashioned of something different than those boorish boys.
I did not return home. Instead, I went toward those large, dreadful men.
Not all of them were large. Not all appeared wicked. Not all were dirty. Not all reeked of alcohol and cigarettes. But they possessed one common feature, of which even then I was fully aware: they were all dangerous — yet sometimes it happens that one fears nothing, even if one is a coward.
I do not know why it occurs that fear occasionally withdraws and allows us to perform unexpectedly foolish and irresponsible acts, such as a seven-year-old child wandering through the alleys of Leokasja without visible terror.
I must admit that although it was not the safest of places, it carried with it one rather significant advantage: one could encounter here individuals from every corner of the Universe. Of differing faiths, cultures, languages. For a small boy this held certain benefits — provided he was cowardly enough not to talk back and not to refuse.
For centuries arms dealers, criminals, swindlers, gamblers, and fugitives had come to Leokasja — and my mother and I among them.
She never answered why we had arrived there, but I suspect she always intended to secure employment eventually where she ultimately did.
Before I reached the place where, almost miraculously, I managed to catch a glass cartridge falling from the bed of a truck — filled, as I now know, with an exceptionally corrosive and equally expensive type of plasma — I had already grown accustomed to the local vocabulary of vulgarities. I admit, not without shame, that some of them rather pleased me. Naturally I never repeated any of them aloud, and now the very fact that I echoed them in my thoughts disgusts me, yet I have also reconciled myself to the fact that in certain mouths they simply sound like music. In that of my excellent lord, for instance…
“Fuck!” — that one I learned best, though certainly not so well as the man shouting it, who rose from the truck bed. He was rather thin for someone handling such equipment, though that did not occupy me then — what occupied me was the sudden, paralysing fear.
Then he noticed me, holding out the glass container in pale hands. He exhaled in relief, loaded it back onto the truck, and climbed down.
“All good, boys!” he shouted.
“I hope so, because Tiramis will tear us apart! We’re over an hour late, and that bastard’s probably drunk,” the driver snorted in reply and drove off.
It was the first time I heard that name — though fortunately not the last. I did not, however, pay particular attention to it then. I was far more concerned with what would happen next, for my legs had refused to obey me.
The man turned toward me and ruffled my hair with a smile.
“Thanks, kid, you saved my hide. Who do you belong to? I’ve never seen you here before.”
He spoke almost kindly, though that kindness would likely not have been extended had I not accidentally caught something valuable to him. I knew that even then — yet because I so very much desired a friend, I allowed myself to forget it. It would be a lie to claim it was not foolish. It would also be untrue to call that man my friend.
“I-I-I b-b-belong to n-n-no one. I-I-I’m the s-s-son of th-th-the d-d-doctor…” I stammered.
It is rather important to note that during childhood I stuttered incessantly. A dreadful habit — sounding wholly unprofessional and inappropriate for any respectable company. Well-bred, elegant individuals do not stutter. Court ladies do not stutter. Court priests do not stutter. My lord does not stutter. Yet I did — for another half year after that event. Not long, but not so short either.
“She’s got a brat? What’s your name, kid?” he asked calmly, quite unlike the way he spoke to his companions.
To introduce oneself — a simple act which today I perform with ease, though always with proper elegance — was then troublesome, for I did not do it often, and there was little of which to boast. I was not always Cyrus Desmondo. For a time, I was someone else entirely.
“K-K-Kodar.”
Like every Yoggotta, I am ashamed of my human name, given to me by my mother in a fit of prenatal or postnatal frenzy. Among ourselves my kind uses such names to assert superiority over one’s conversational partner, to signal advantage, to warn one another that all bows and ceremonial dances do not make us friends. Fortunately, at that time, I did not yet have that problem.
“Come on, I’ll have a smoke and drop you off at your mummy’s, bookworm.”
And thus I entered the bar.
The bar, as it turned out, was filled with the sort of people I feared most profoundly. Bottles stood in uneven rows behind the counter, greasy and clouded, chairs scraped against a floor that seemed permanently sticky, and the air itself appeared to perspire. Yet none of that engraved itself upon my memory so deeply as one singular object.
The counter.
Long. Beautiful. Lacquered.
It gleamed as though sealed beneath glass, so thoroughly coated that even the unwashed tumblers placed upon it by the corpulent bartender reflected light in small, shameful halos. The wood beneath the varnish shimmered and deepened in colour, as though the very grain had been persuaded into elegance.
Years later I consumed a meal during which I was furnished with extensive information regarding the origin of that particular lacquer. It was derived from the leaves of a certain charming plant growing in the very centre of an entirely different solar system. On Leokasja such things posed no difficulty whatsoever.
“Look who finally showed up,” the bartender grunted. “You load that shipment the blond one ordered? I don’t want him storming in here later — just had this counter put in, and when he gets pissed he doesn’t look where he’s smashing.”
“And what’s that you dragged in? A little intellectual?” he added, squinting at me.
Intellectual.
The word attached itself to me for many years. From that moment on I was the Intellectual — the local, silent swot. That is what one calls a person who spends more time reading than drinking, smoking, or engaging in sex. I did not yet partake in any of those diversions, though they generously offered me cigarettes and slid glasses across the counter as though I might, at any moment, decide to become someone else.
I climbed onto a barstool and stared at that lacquered surface as though it were a revelation. Conversation swirled above my head, largely uncensored and of little aesthetic value. The man who had brought me in lit his cigarette and drank. I observed. That is what I did best.
They returned me to my mother only in the evening, when she was finishing her shift. I do not know why it took them so long. Perhaps drinking stretches time. It certainly does for my lord, especially when he indulges heavily. I did not drink. Though they insisted. Everything reeked of sweat. What a blessing that the palaces of gods are free from that particular odour.
Being the Intellectual, it transpired, carried certain significant advantages. For instance: no one attempted to kill me during my entire stay upon that planet — at least not until I began, much later, to invite such attempts myself.
I performed small favours for them all. I swept the bar after closing. I carried messages from one individual to another. Not for money — never for money — but for books.
By the age of eight I no longer stuttered. The men to whom I delivered information did not care for hesitation. I discovered that when one remains calm, when one masters emotion, the voice does not tremble, does not fracture, does not betray weakness. It becomes smooth.
In the corner of that bar, wedged between a cracked wall and a barrel that smelled permanently of stale beer, I learned to draw by studying the illustrations in those books. I was safer there than outside. Inside, I was part of the décor — like a lamp or a chair — and thus ignored. I spoke to no one unless receiving instruction.
When I turned eight, my mother brought home a cake and informed me that she had found other employment and that we would no longer live there. The construction beyond the town had been completed. Our new home would be beneath the earth.
Doctors and scientists from across the Universe were arriving in veritable crowds. She told me they paid well. She told me there would be a library. She told me I need not worry — that there I would be safe.
I listened.
I remember the taste of that cake — creamy upon a marvellous dark sponge. Sweet beyond anything she had ever previously given me. That same day she purchased for me a beautiful pocket watch and a ribbon to tie beneath my collar in the shape of a bow.
I am fond of ribbons. They are elegant. Innocent. They professionally pacify one’s appearance.
We moved into the underground structure — a multi-level, intricate hospital complex which one was not permitted to leave except in matters of genuine importance.
Everyone there was as pale as I was. Some even paler. Save for a few dark-skinned individuals who moved through the corridors like deliberate punctuation.
There were rooms one was forbidden to enter. And rooms one was not supposed to enter — which I entered nonetheless.
But what was strangest of all was this: there was no unvarnished wood. None of that hideous, splintering material I had grown to despise. There were tiles upon the floors. White surfaces upon the walls — later I learned they were plastic. There was glass. There were cameras.
It was the first time I had seen such devices — small electronic eyes recording my person during those melancholy times when such recording was still possible.
I have not seen myself in any recording for a very long time. Far too long.
Our apartment was pale blue and white, like everything in that building — literally everything, including the food. I now had my own room. No one told me stories in the morning anymore. The only thing that remained unchanged was the bread. My mother continued to bake it herself.
It was the final thread binding me to the disintegrating surface world of Leokasja.
She sent me to school — that was the purpose of the watch and the ribbon. All the children wore watches and ribbons, black shoes, white shirts, sharply pressed trousers. We were identical — I and the remaining ten children. Few people brought their offspring there. Or perhaps few had any.
Our lessons were conducted by Mr. Felister Mackbrückner.
He was not a charming man — at least not to a boy of my age.
Fig. 1. Mr. Felister Mackbrückner
He wore thick, round spectacles behind which he carefully concealed small, porcine eyes. His forehead was not especially high — almost rectangular. His eyebrows thin and set close to the eyes. His face round, his nose substantial, his lips perpetually moist, glistening unpleasantly.
He was not kind. Almost never. Even when one exerted oneself to earn it.
Nor did he teach us many practical things. Except mathematics, naturally, and certain natural sciences — though even from those I extracted less knowledge than perhaps I should have.
He always spoke quickly. He never repeated himself. He did not explain when we failed to understand. He assigned no grades. He administered no examinations.
Instead, he sometimes brought vodka to class and drank while we read.
Our parents were too occupied to concern themselves. We were too relieved when he fell silent, even for a moment.
And yet it was this man who taught me to comprehend matters beyond the brittle substance of book pages. He taught me to interpret certain phenomena, to perceive things as more or less complex machines — machines which, when they speak, are sometimes called people.
Mr. Mackbrückner did not believe in magic.
He did not believe in sorcery.
He did not believe in demons, angels, or gods.
He did not believe in higher forces or the supernatural.
He did not believe in fate, destiny, prophecy, or divination.
He did not even believe in intuition.
He was, judging by the fact that he ultimately worked for my lord, an almost incorrigible rationalist.
For Mr. Mackbrückner — or “the Bore,” as my peers called him — there existed nothing that could not be explained scientifically.
Levitation? Electromagnetic coupling.
Voices? Wind striking glass panes.
Water turning to blood? The development of an appropriate strain of bacteria.
There was always an explanation.
I believed him for a long time. Long after I first saw my lord. Long after I witnessed my first magic.
Even now, it happens that I approach matters scientifically when spells are required.
Human nature remains… insufficiently examined.
Rozdział 1 Leokasja
Dzień dobry, miło mi Państwa poznać, jestem lokajem lorda Tiramisa. Czasami nawet tak prosta forma powitania przyprawia człowieka o dreszcze. Nie jest trudno nauczyć się jak sprawić, by tak było i tego, co należy mówić potem. Ważne jest natomiast, by zawsze, niezależnie od czynników zewnętrznych pozostać w swojej roli. Zawsze. Nazywam się Cyrus Desmondo, a to jest moja historia.
Urodziłem się, na podobno malowniczej planecie, gdzieś daleko poza centrum Wszechświata. Nie pamiętam jej nazwy, ani wzgórz porośniętych trawami i czerwonym kwieciem miłobystrza, ale mama opowiadała mi wiele razy, że gdy światło poranka padało na wzgórza to, te kwiaty w kolorze krwi topniały w oczach i wydawało się, jakby miały zaraz lunąć lawiną krwi ku dolinom, gdzie stały domy. Nie była kobietą sentymentalną, ani szczególnie wrażliwą na uroki świata, więc wnoszę, że musiało to być istotnie, przepiękne miejsce. Nie mieszkałem tam na tyle długo, by pamiętać cokolwiek ponad kolor… mam do niego stosowną słabość, której nie sposób wytłumaczyć niczym innym.
Przeprowadziliśmy się, więc, w zupełnie inne miejsce, czego też naturalnie nie pamiętam, chociaż tysiące razy próbowałem sobie przypomnieć. Nowe miejsce nie było tak malownicze, ani urokliwe, chociaż nazwa obiecywała wiele. Leokasja – mi zawsze kojarzyła się z miejscem o wodzie w kolorze błękitu i żywej zielonej roślinności, niestety moje skojarzenia jak już wiele razy bywało są mylne i doskonale o tym wiem.
Miejsce to dalekie jest od przestrzeni właściwych dzieciom, a nawet dorosłym. I nie chodzi tutaj bynajmniej o widoki nieprzystające do żadnej znanej mi definicji piękna (sceneria pustkowia, nad którym wiecznie unosi się chmura duszącego kurzu, przez który nie przebijają się nigdy ostre promienie słoneczne, chociaż żar leje się z nieba podobnie, jak deszcz w innych miejscach). Nie chodzi tu też nawet, o te drewniane, niestabilne domki z wyposażeniem o wątpliwej jakości i jeszcze mniejszej dbałości o estetykę. I nie o brud się rozchodzi - chociaż ten był szczególnie dokuczliwy, zważywszy na to, jak mało było wody, czerpanej ze studni głębinowych. Może nawet nie chodziło o jej ilość, ale o wysiłek, jaki trzeba było wkładać w jej wydobycie… teraz to i tak bez znaczenia.
Wody, więc w zasadzie nie było, był za to alkohol, papierosy i broń. Dużo broni. Moje najwcześniejsze wspomnienie to chwila, gdy wchodzą do naszego mieszkania żołnierze i człowiek o pociągłej twarzy i zasuszonych policzkach mówi, że matka zrobiła błąd i jego syn nie żyje. Mój ojciec (chyba nim był, ale pewności nie będę miał nigdy) wstaje. Chcieli zabić mnie za tego chłopca… musiał być tam kimś istotnym, ale nigdy nie dowiedziałem się kim. Nie spotkałem też więcej tych ludzi. Pewne jest, że gdyby mój ojciec nie wstał wtedy i nie powiedział tego, co doskonale pamiętam do teraz, nie byłoby mnie tu gdzie jestem i mój lord pozwalałby komuś zupełnie innemu, i zapewne mniej odpowiedzialnemu, parzyć herbatę, przygotowywać pościele i słać łóżka. To był wyraz bohaterstwa ze strony mojego taty. Powiedział: „Nie przyjechaliśmy tu dla zwyczajnych ludzi i nie za nich będziemy umierać”. Taka była moja dewiza przez kilka następnych stuleci. Nie jestem tu dla zwyczajnych ludzi i nie za nich będę umierał. Naturalnie, zastrzelili go. Pierwszy raz widziałem wtedy śmierć i krew. Powinienem już ją widzieć, ale nie pamiętam niczego wcześniej, więc sądzę, że to był pierwszy raz. Opryskała, razem z kawałkami mózgu, podłogę i stół. Te plamy na nielakierowanym drewnie nigdy nie zeszły, a matka nigdy nie wymieniła podłogi. Ja też tego nie zrobiłem… miałem ważniejsze sprawy na głowie. Wtedy się bałem. Siedziałem zlękniony za granatową, brudną kanapą, która śmierdziała kurzem i papierosami. Ojciec podobno zawsze na niej palił. Gdy umierał też miał papierosa w ręce. Ludzie, którzy weszli, wyszli, widocznie uznali, że wyrównali już swoje rachunki, albo pędziły ich inne obowiązki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że każdy ma swoje niezależnie od tego czy jest człowiekiem, czy bogiem.
Pamiętam to zdarzenie bardziej niż dokładnie. Moja matka także nie była typem tchórza, w przeciwieństwie do mnie. Stała cały czas wyprostowana, z tacą, na której mieściły się dwie szklanki herbaty i talerzyk z ciastem. Odstawiła ją, po fakcie, spokojnie na stół, zestawiła pewną ręką naczynia i ciasto, a potem podeszła do ciała oceniając szkody, jakie spowodowała krew. Nigdy nie powiedziała nic na temat jego śmierci, nie wspomniała, że tęskni. Często natomiast mówiła o stratach, jakie jego śmierć spowodowała: musiała znaleźć inną pracę niż ta, z której utrzymywała się do tej pory.
Była chirurgiem, co zresztą tłumaczyło to, że nigdy, odkąd sięgam pamięcią, aż do dnia jej śmierci nie zadrżała jej ręka, niezależnie od tego, co działo się dookoła. Taki sam był jej charakter, pachnący ostrymi przyprawami i surowością płaskiego, białego chleba. Robiła go z wody, mąki i soli, zawsze sama, nawet wtedy, gdy zatrudniliśmy służącą. Miała brązowe włosy, poznaczone siwymi pasmami i kwadratową twarz, która w mojej pamięci nosiła jeszcze ślady po dawnym, przekwitłym pięknie. Była szczupła, ale nie chuda, tylko ręce miała kościste, pewne, delikatne. Jej biedne dłonie… . Nie skarżyła się na nic, co wiązało się z emocjami. Była zimna, ale kochała mnie bardziej, niż można by przypuszczać. Ludzie to dziwne stworzenia: potrafią latami zatajać uczucia, które nie urosłyby do takiej skali, gdyby nie były ukrywane.
Nie pamiętam ani pogrzebu ojca, ani miejsca gdzie go pochowano. Matka często odwiedzała jego grób, ale ja nie byłem na nim ani razu. Nie czułem potrzeby obcowania z kimś, kogo znałem tak naprawdę tylko z zapachu papierosów, który wgryzł się w deski i obicia mebli i z tego, że ocalił mi życie. Nawet, jeśli powiedział w ostatnich chwilach coś mądrego, nawet, jeśli sprawił, że się ocknąłem, to i tak w ostatecznym rachunku to jest zupełnie nic, gdy myśli się o własnym ojcu. Więcej mężczyzn w czasie mojego dorastania nie było, a przynajmniej nie tych znaczących (po za tym jednym, o którym już wcześniej wspomniałem, ale do tego jeszcze dojdziemy).
Miałem więc cztery lata, ojciec zginął, a nam przyszło się utrzymać samodzielnie. Leokasja nie jest i nigdy nie była planetą odpowiednią dla dam w średnim wieku z dziećmi. Matka niczego się nie bała, znaczy się bała się na pewno dużo bardziej niż ja, ale nigdy tego nie okazywała. Ubogi domek, w jakim spędzałem większość moich lat wczesno dziecięcych nie grzeszył przytulnością: jak już wcześniej wspomniałem, pełno tu było nielakierowanego drewna, z którego zbita była podłoga, ściany, strop i meble. Łóżka i kanapa obite granatowym welurowym materiałem i dwie nieambitne półki z książkami. Bardzo nieambitne, ponieważ nim skończyłem lat osiem znałem je wszystkie na pamięć. W pokojach zawsze unosił się ten specyficzny, obrzydliwy zapach kurzu i stagnacji. Zapach jednostajnego, powolnego umierania, potu i materiałów zleżałych i nazbyt zużytych. Matka oszczędzała.
Moją pierwszą samodzielną wycieczkę, czy też wyprawę, jak trafniej moim zdaniem można by ja było określić, odbyłem w wieku lat siedmiu, gdy mama dostała pracę w pewnym niewielkim ośrodku medycznym, obok baru. Opatrywała obrażenia powstałe w wyniku bójek, o ile mnie pamięć nie myli, ale nie pracowała tam długo. O nie… na całe szczęście nie.
Wyszedłem z domu przez okno, po tym jak matka zamknęła drzwi na klucz. Miałem lat siedem, a więc we własnym mniemaniu byłem już niemal dorosłym chłopcem. Nie było to takie głupie z kolei mniemanie, ponieważ na Leokasji niewiele osób dożywało do wieku pełnoletniego, a jeszcze mniej do starości. Chciałem się jednak dowiedzieć, co to za zły świat, przed którym zamyka mnie matka.
Muszę zaznaczyć, że nie byłem z gatunku chłopców żywych i cwanych… nie, nie, nie, brońcie bogowie. Należałem raczej do rodzaju tych chudych, bladych, anemicznych wręcz stworzeń, ubranych w za duże, krótkie spodenki na szelkach, kawałek koszuli po ojcu i buty, kupione na wyrost, których z całych sił starałem się nie zgubić. Na nosie miałem okulary, ale w moja pamięć nie obejmuje już tego fascynującego zagadnienia: dlaczego? Nie przypominam sobie, bym cokolwiek widział rozmazane, ale może był to mój wyraz buntu przeciwko otaczającemu mnie brudowi świata? Albo zwyczajnie wolałem uchodzić za mądrzejszego, niż w istocie byłem: dzieci posiadają bowiem ten rodzaj przedziwnej wiary, że samo wyglądanie już o czymkolwiek świadczy - potem życie weryfikuje ją według swoich posług. Ot, mój lord na przykład wcale nie wygląda na kogoś, kto nawet nie zawaha się, gdy idzie o czyjeś nędzne życie. Nie wygląda też na takiego, który by znał poezję i sztukę rozkochiwania w sobie kobiet paroma słówkami. Nie brzmi na delikatnego i usilnie nie daje po sobie poznać klasy, jaką w sobie nosi. A sposób w jaki chodzi nie zdradza postawy arystokraty. Ale mój lord nie jest tym, na kogo wygląda, zresztą jak wiele osób, które do tej pory spotkałem.
Byłem więc tym anemicznym, bladym chłopcem w wielkich okularach na nosie i za długich brązowych włosach, które starałem się chować za uszy, ale zawsze znajdowały drogę, żeby uciec. I gdy tylko wyszedłem na zewnątrz stanąłem na ubitej ziemi przed domem i stałem, bez ruchu, w milczeniu. Kłęby kurzu wzbijały się wysoko ponad miasto, ale nie dzięki powiewom wiatru jak zawsze myślałem - wiatru prawie tego dnia nie było. Było natomiast kilku rosłych mężczyzn przerzucających broń z jednego wozu na drugi. Cuchnęli alkoholem, tytoniem i potem, zresztą jak całe to miejsce, więc postanowiłem poszukać swoich rówieśników. Teraz już wiem jak głupia i nie rozsądna była z mojej strony wiara, że znajdę pomiędzy nimi kogokolwiek, kto odpowiadałby moim potrzebom intelektualnym. Kogoś, kto dzieliłby ze mną pasję wyniesioną z rodzinnego mieszkania, jaką było czytanie książek. Kogoś, kto wyjaśniłby mi to wszystko, czego nie rozumiałem, a o co nie miałem odwagi pytać. Nigdy nie rozumiałem na przykład, dlaczego ludzie tak się angażują w codzienne, nic nieznaczące sprawy, jak kłótnie o pozostawione nie w tym miejscu przedmioty, czy zazdrość, albo w ogóle emocje. Przecież to nie obiad, który należy z całą pieczołowitością podać dwustu osobom na czas, to nie sprawy najwyższej wagi, które nie ucierpią zwłoki, jak dopilnowanie czasu zaparzania herbaty i temperatury wody. To wszystko, o co ludzie się na co dzień złoszczą nie wiąże się przecież z niczym istotnym.
Kto szuka ten znajdzie, jak powiadają niektórzy zbyt zblazowani codziennym nieurodzajem własnych ekscytacji ludzie. Ja szukałem rówieśników bardzo nachalnie jak na tak małego chłopca, w takim miejscu.
Za miastem trwała budowa wielkiego, podziemnego budynku. Dzieci z niezrozumiałych przyczyn uwielbiają place budowy, zupełnie odwrotnie do dorosłych, którzy spędzają tam czas na pracy. W istocie to jak kręcą się po ich terenie i jedni, i drudzy nie różni się od siebie tak bardzo, jak by się mogło wydawać - dzieci są tylko o tyle gorsze, że nie boją się o kolosalne koszty ubezpieczeń zdrowotnych, albo opóźnienia czasu pracy w przypadku, gdyby coś się komuś stało. Zresztą budowy wiążą się z tworzeniem… może to ich wszystkich przyciąga? Umiejętność tworzenia, którą posiadają wszystkie, co rozumniejsze stworzenia. Boska niemal moc, którą mój lord tak rzadko demonstruje. A szkoda, ponieważ wychodzi mu to doskonale, zresztą jak wszystko, co robi. Na placu budowy naturalnie spotkałem swoich rówieśników i kilkoro starszych dzieci. Nie zaprzyjaźniliśmy się. Moje nieśmiałe próby dukania kilku słów powitania zagłuszyły śmiechy, kilka przezwisk… nic nie odpowiedziałem, tylko odszedłem w stronę miasta.
W mojej dziecięcej głowie wszystko układało się w sposób komicznie wręcz prosty, logiczny dla chłopca w wieku siedmiu lat. Są w moim wieku i powinni być tacy jak ja. Mój świat nie wybiegał wtedy po za ściany mojego mieszkania i książki matki. Nie wykraczał po za chleb, pieczony przez matkę wieczorami i bajki, jakie opowiadała mi codziennie przed śniadaniem. W tym świecie wszyscy czytali, znaczy ja i matka, i wszystko było drewniane. Ohydnie, brudno, drewniane, z drzazgami wchodzącymi pod palce i szarością kurzu wbitą pomiędzy pojedyncze włókna drzewa. Teraz wiem, że to się nie mogło udać. Nawet nie o pasje chodziło, gotów byłem wtedy na drobne niedogodności, „niezgodności charakterów”, jak to pisał w jednej z matczynych książek pewien bardzo uczony doktor, którego nazwisko dawno wypadło mi z głowy. Problem leżał w tym, że z powodu nadopiekuńczej miłości matki (którą jak wspomniałem okazywała w dziwny sposób, ale w jedyny, w który potrafiła) byłem jedynym chłopcem o kolorze skóry zbliżonym bardziej do kartek papieru, w które z takim uporem się wpatrywałem, niż do piasku spalonej słońcem rudej ziemi jak wszyscy pozostali, wliczając w to matkę. Nie miałem też żadnej tężyzny fizycznej jak moi rówieśnicy, ponieważ nie pomagałem handlarzom, barmanom, ani rzemieślnikom. Nie pracowałem przy nawadnianiu pól uprawnych, nie chodziłem do zagród gdzie pasiono zwierzęta. Byłem ulepiony z czegoś innego niż reszta tych gburowatych chłopców.
Nie wróciłem do domu, tylko poszedłem do tych wielkich, upiornych mężczyzn. Nie wszyscy oni byli wielcy, nie wszyscy wyglądali na złych i nie wszyscy byli brudni. Nawet nie wszyscy cuchnęli alkoholem i papierosami, ale mieli jedną wspólną cechę, z której nawet wtedy doskonale zdawałem sobie sprawę: wszyscy oni byli groźni - ale czasami jest tak, że się niczego nie boisz nawet, jeśli jesteś tchórzem.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, że czasami strach zwyczajnie ustępuje i pozwala nam robić nieoczekiwanie głupie i nieodpowiedzialne rzeczy, jak chociażby wałęsanie się siedmioletniego dziecka pomiędzy uliczkami Leokasji, bez większych oznak przerażenia. Przyznać muszę, że chociaż nie jest to najbezpieczniejsze miejsce, niesie ze sobą pewną dość istotną korzyść: spotkać tu można indywidua ze wszystkich stron Wszechświata. Różnych wyznań, kultur, mówiące różnymi językami. Dla małego chłopca ma to swoje korzyści, oczywiście jeśli jest dostatecznym tchórzem, by nie pyskować i nie odmawiać. Na Leokasję od wieków zjeżdżali handlarze bronią, zbrodniarze, kanciarze, hazardziści i uciekinierzy, oraz ja i moja matka. Nigdy nie odpowiedziała na pytanie dlaczego tu przybyliśmy, ale sądzę, że liczyła od początku na to, że zatrudni się w końcu tam, gdzie ostatecznie trafiła. Nim dotarłem do miejsca, gdzie cudem wręcz udało mi się złapać wypadający z paki półciężarówki szklany magazynek wypełniony, jak już teraz wiem, wyjątkowo żrącym, ale i równie wyjątkowo drogim rodzajem plazmy, osłuchałem się już z lokalnym zasobem wulgaryzmów i przyznam, chociaż nie bez wstydu, że niektóre nawet mi się spodobały. Oczywiście żadnego z nich, nigdy nie powtórzyłem, a teraz napawa mnie obrzydzeniem samo to, że powielałem je w myślach, ale pogodziłem się też z faktem, że u niektórych osób one po prostu brzmią jak muzyka. Chociażby u mojego doskonałego lorda…
- Kurwa! – to akurat poznałem najlepiej, ale na pewno nie tak dobrze jak wykrzykujący to słowo mężczyzna, który wyrósł znad paki. Chudy dość, jak na kogoś obsługującego takie sprzęty, ale nie to mnie wtedy zajmowało, tylko nagły paraliżujący strach. Potem ten człowiek dostrzegł mnie, podającego mu ten szklany zbiorniczek bladymi dłońmi. Odsapnął z ulgą, załadował go na pakę i zszedł z niej.
- Wszystko jest chłopaki – zawołał donośnie.
- Mam nadzieję, bo Tiramis nas rozszarpie! Jesteśmy w dupę o ponad godzinę, a ten skurwiel chyba się najebał – prychnął w odpowiedzi kierowca i odjechał. Wtedy pierwszy raz słyszałem to imię, ale całe szczęście nie ostatni. Nie zwróciłem na nie jednak uwagi, bardziej zajmowało mnie co się stanie dalej, ponieważ moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Mężczyzna odwrócił się do mnie i rozczochrał moje włosy z uśmiechem na twarzy.
- Dzięki mały, uratowałeś mi dupę. Od kogo jesteś? Pierwszy raz cię tutaj widzę – mówił nawet przyjaźnie, ale to raczej nie miałby miejsca gdybym przez przypadek nie złapał czegoś, co było dla niego cenne. Wtedy też to wiedziałem, ale ponieważ bardzo chciałem mieć przyjaciela pozwoliłem sobie zapomnieć. Kłamstwem byłoby twierdzenie, że to było głupie posunięcie, ale równie nieprawdziwe byłoby mówienie o tym człowieku, jako o moim przyjacielu.
- Od ni-nikogo. J-j-ja j-jestem synem, t-t-tej l-l-lekarki.. – wydukałem. To dość ważna sprawa, że w czasie dzieciństwa jąkałem się nagminnie. Był to potworny nawyk, brzmiący zupełnie nieprofesjonalnie i nieodpowiednio do jakiegokolwiek szanującego się towarzystwa. Dobrze wychowani, eleganccy ludzie się nie jąkają, nie jąkają się damy dworów, ani nadworni kapłani. Nie jąka się też mój lord, ale ja jąkałem się jeszcze przez pół roku od tego wydarzenia. Nie długo, ale i nie tak krótko.
- Ona ma jakiegoś bachora? Jak masz na imię mały? – pytał spokojnie, zupełnie nie tak jak mówił do swoich znajomych. A więc przedstawić się, prosta czynność, którą dzisiaj wykonuję w sposób swobodny, aczkolwiek dalece elegancki, wtedy była kłopotliwa o tyle, że nie robiłem tego zbyt często, a i nie było się czym chwalić. Nie zawsze przedstawiałem się przecież, jako Cyrus Desmondo. Byłem też, przez pewien czas, kimś zupełnie innym.
- K-k-kodar – jak każda Yoggotta wstydzę się swojego ludzkiego imienia, jakie nadała mi matka w przypływie szału po, albo przedporodowego. Pomiędzy sobą mój gatunek używa tych imion, by pokazać wyższość nad kompanem rozmowy, swoją przewagę, ostrzec się wzajemnie o tym, że wszystkie te ukłony i tańce ceremonialne nie czynią z nas przyjaciół. Całe szczęście wtedy nie miałem tego problemu.
- Chodź, strzelę sobie jednego, zapalę i odstawię cię do mamuśki pinglarzu – pociągnął mnie do budynku za nami. Był to bar, jak się okazało, bar, w którym siedziało pełno ludzi, których się panicznie bałem, stały rzędami brudne butelki i krzesła. Ale to wszystko jeszcze nic, w porównaniu do widoku, który zapamiętałem tak jak i słowa ojca: do teraz. Długa, piękna, lakierowana lada, jakby pod szkłem. Lśniła tak bardzo, że świeciły się na niej nawet te niemyte szklanki, jakie tłusty barman stawiał tam raz po raz.
- Patrzta kto tu przylazł, to się pospieszył. Zapakowaliśta tę furę, co to ją ten blondas zamówił? Nie chcę, żeby mi tu potem z awanturą wpadał, blat dopiero com wstawił, a ten jak się wkurwi to na nic nie patrzy tylko lezie. I co żeś ze sobą przytaszczył za Inteligencika? – to określenie przyrosło do mnie na wiele lat. Byłem od tej chwili Inteligencikiem, wszystkim znanym, lokalnym, milczącym kujonem. Tak to się chyba nazywa, gdy ktoś spędza więcej czasu na czytaniu, niż na piciu, paleniu i seksie. Dalej ciągnęła się rozmowa dalece niecenzuralna, a ja wspiąłem się na fotel barowy i patrzyłem w tę cudowną lakierowaną powierzchnię, zabezpieczoną warstwą jakiejś przedziwnej substancji. Drewno pod nią mieniło się i nabierało barw. W wiele lat potem zjadłem pewien obiad, bogaty w informację o pochodzeniu tego rodzaju lakieru. Produkowano go z liści pewnej urokliwej rośliny rosnącej w samym centrum zupełnie innego układu słonecznego, ale na Leokasji to nie był absolutnie żaden problem.
Odstawili mnie do matki dopiero wieczorem, gdy kończyła pracę. Nie wiem dlaczego zeszło im na tym wszystkim tak długo, ale mojemu lordowi też zajmuje to wszystko dużo czasu, zwłaszcza gdy pije. Ja nie piłem, chociaż częstowali i podsuwali pudełko papierosów. To wszystko cuchnęło potem - jakie szczęście, że pałace bogów nie mają tego zapachu.
Okazało się, że bycie Inteligencikiem miało swoje poważne plusy. Ot, choćby takie, że nikt nie próbował mnie zabić przez cały pobyt na tej planecie (przynajmniej dopóki sam nie zacząłem się o to prosić, ale to nastąpiło dużo później). Robiłem dla nich wszystkich drobne przysługi, sprzątałem po zamknięciu lokalu, albo biegałem przenosząc informacje od jednego do drugiego. Wszystko to nie w zamian za pieniądze, ale za książki. Jako ośmiolatek już się nie jąkałem, ponieważ ludzie, którym przynosiłem informacje tego nie lubili. Odkryłem, że kiedy jest się spokojnym i opanuje się emocje, głos nie drży za bardzo, nie jąka się i jest gładki. Oglądając obrazki w książkach uczyłem się też rysować, wciśnięty w kąt tego baru. Tu było bezpieczniej, niż na zewnątrz, byłem elementem wystroju, jak lampa czy krzesło i tak samo mnie ignorowano. Nie rozmawiałem z nikim, chyba, że przyjmowałem polecenie.
Kiedy skończyłem osiem lat, matka przyniosła do domu tort i powiedziała, że znalazła inną pracę i nie będziemy tutaj dłużej mieszkać. Skończono budowę, jaką prowadzono za miastem i tam mieliśmy mieć nasz nowy dom. Zjeżdżali tam lekarze i naukowcy z całego Wszechświata. Tłumami wręcz. Powiedziała mi, że dobrze tam płacą i będą mieli bibliotekę. Żebym się o nic nie martwił, że tam będę bezpieczny. Posłuchałem jej. Pamiętam smak tego tortu… był kremowy na cudownym, ciemnym cieście. Słodki, jak nic, co podawała mi wcześniej. Tego samego dnia kupiła mi też piękny kieszonkowy zegarek i wstążkę do wiązania pod szyją kokardy. Lubię wstążki, są eleganckie i takie niewinne. Profesjonalnie ułagadzają wygląd.
Przeprowadziliśmy się do budynku pod ziemią, wielopoziomowego, skomplikowanego szpitala, którego nie wolno było opuszczać, chyba, że w naprawdę ważnych sprawach. Wszyscy tu byli dokładnie tak samo bladzi jak ja, kilkoro był nawet jeszcze bledszych. Po za kilkoma czarnoskórymi. Było kilka pokoi, do których nie wolno było wchodzić i kilka takich,, gdzie niby nie można było, ale i tak tam wchodziłem. Ale nie to było tutaj najdziwniejsze. Tu nie było tego ohydnego, niepolakierowanego drewna, które zdążyłem znienawidzić. Były płytki na podłogach i biały materiał na ścianach, potem dowiedziałem się, że to plastik. Było tez szkło i kamery. Pierwszy raz takie widziałem… małe, elektroniczne urządzenia, które rejestrowały moją osobę, melancholijnie czasy, gdy było to jeszcze możliwe. Dawno nie widziałem się na żadnym nagraniu… zbyt dawno.
Nasze mieszkanie też było interesujące. Bladobłękitne i białe, jak wszystko w tym budynku, dosłownie wszystko, włącznie z jedzeniem. Miałem teraz swój pokój i nikt już nie opowiadał mi bajek z rana… jedyną rzeczą, jaką nadal robiła matka było pieczenie chleba. To była jedyna nić, wiążąca mnie jeszcze z rozłażącym się w szwach światem Leokasji na powierzchni.
Matka posłała mnie do szkoły – jak się okazało po to był mi zegarek i po to potrzebna była mi wstążka. Wszystkie dzieci miały tu zegarki i wstążki, czarne buciki, białe koszulki i skrojone na kant spodnie. Wyglądaliśmy identycznie: ja i pozostała dziesiątka dzieci. Mało kto tu je ze sobą zabierał, albo mało kto je miał. Uczęszczaliśmy na zajęcia prowadzone przez pana Felistra Mackbrücknera. Nie był to uroczy człowiek, przynajmniej nie dla chłopca w moim wieku.
[caption id="attachment_3713" align="aligncenter" width="311"]
Ryc. 1 Pan Felister Macbruckner[/caption]
Nosił grube, okrągłe okulary, za którymi skrzętnie ukrywał swoje świńskie, malutkie oczka. Czoło miał nie za wysokie, prostokątne niemal, brwi miał dość cienkie, osadzone niemal tuż nad oczami, Twarz obłą, spory nos i wydęte usta, wiecznie błyskające śliną. Nie był miły, praktycznie nigdy, nawet, gdy się bardzo starać i nie uczył nas zbyt wiele przydatnych rzeczy. Po za matematyką ma się rozumieć i naukami przyrodniczymi, z czego i tak nie wyciągnąłem odpowiedniej wiedzy. Mówił zawsze szybko i niczego nie powtarzał dwa razy, nie tłumaczył, gdy nie rozumieliśmy. Nie stawiał też jednak żadnych ocen, co jak się później dowiedziałem jest praktykowane w szkołach, nie kazał nam pisać testów. Zamiast tego przynosił czasami wódkę na zajęcia i pił, gdy czytaliśmy. Nasi rodzice byli zbyt zajęci, by zaprzątać sobie tym głowę, my zbyt uradowani, gdy zamykał usta chociaż na moment. Ten człowiek właśnie, nauczył mnie pojmowania rzeczy szerzej, niż poprzez materię zleżałego papieru książek. Nauczył wyjaśniania pewnych spraw, pojmowania rzeczy, jako mniej lub bardziej skomplikowanych maszyn, które czasami, gdy mówią, nazywa się ludźmi.
Pan Felister Mackbrückner nie wierzył w magię. Nie wierzył w czary. Nie wierzył w demony, anioły i bogów. Nie wierzył w siły wyższe i nadprzyrodzone. Nie wierzył w los, przeznaczenie, przepowiednie i wróżby. Nie wierzył nawet w przeczucia. Był niepoprawnym wręcz racjonalistą, sądząc po tym, że pracował w końcu dla mojego lorda. Dla pana Mackbrücknera lub też „marudera” jak nazywali go moi rówieśnicy nie było niczego, czego nie dałoby się naukowo wytłumaczyć. Lewitacja? To tylko sprzężenie elektromagnetyczne. Głosy? Wiatr rozbija się na szybach. Przemiana wody w krew? To tylko rozwój stosownego gatunku bakterii. Na wszystko było zawsze do wyjaśnienia. Długo mu wierzyłem, na długo po tym jak pierwszy raz widziałem lorda i na długo po tym jak zobaczyłem pierwsze czary w moim życiu. Do teraz zdarza mi się podchodzić do sprawy naukowo, gdy potrzeba zaklęć. Ludzka natura jest niezbadana.
Chapter 1 Leokasja
Good morning, it is a pleasure to make your acquaintance, I am the butler of Lord Tiramis. Sometimes even so simple a form of greeting is enough to send a shiver through a man. It is not at all difficult to learn how to make it so, nor to learn what ought to be said afterwards. What is important, however, is to remain within one’s role — always, regardless of external circumstances, always.
My name is Cyrus Desmondo, and this is my story.
I was born on a supposedly picturesque planet, somewhere far beyond the center of the Universe. I do not remember its name, nor the hills overgrown with grasses and the red blossoms of sweetseer, but my mother told me many times that when the light of morning fell upon those hills, the flowers — blood-coloured — seemed to melt before one’s eyes, and it appeared as though at any moment they might pour down in an avalanche of crimson toward the valleys where the houses stood.
She was not a sentimental woman, nor particularly susceptible to the charms of the world, and therefore I conclude that it must indeed have been an extraordinarily beautiful place. I did not live there long enough to remember anything beyond the colour… and I possess toward it a certain weakness that cannot be explained in any other way.
We moved, then, to an entirely different place — which naturally I do not remember either, though I have attempted thousands of times to recall it. The new place was not so picturesque, nor charming, although its name promised much. Leokasja — to me it always sounded like a place of blue waters and vivid green vegetation. Unfortunately, as has often been the case, my associations were mistaken, and I am perfectly aware of that.
This place was far removed from those suitable for children — and even for adults. And I do not mean here merely the views that conformed to no definition of beauty known to me: wastelands above which there perpetually hovered a cloud of suffocating dust, through which sharp sunbeams never pierced, although the heat poured from the sky much as rain does elsewhere. Nor do I mean the wooden, unstable houses furnished with items of questionable quality and even less concern for aesthetics. And it was not about the dirt — although that was particularly oppressive, given how little water there was, drawn from deep wells. Perhaps it was not even about the quantity of water, but about the effort required to extract it… now it is all the same.
Water, therefore, there was essentially none. There was, however, alcohol, cigarettes, and weapons. A great many weapons.
My earliest memory is of the moment soldiers entered our apartment, and a man with an elongated face and sunken cheeks declared that my mother had made a mistake and his son was dead. My father — I believe he was my father, though I shall never be certain — stood up.
They intended to kill me for that boy… he must have been someone important there, though I never learned who. I never saw those people again.
What is certain is that had my father not stood up at that moment and spoken the words I remember perfectly to this day, I would not be here where I am, and my lord would allow someone entirely different — and undoubtedly less responsible — to brew his tea, prepare his sheets, and make his bed. It was an act of heroism on my father’s part. He said:
“We did not come here for ordinary people, and we will not die for them.”
Such was my motto for several subsequent centuries. I am not here for ordinary people, and I will not die for them.
Naturally, they shot him.
It was then that I saw death for the first time. And blood. I should perhaps have seen it earlier, but I remember nothing before that, and so I assume it was the first time. It splattered — together with fragments of brain — the floor and the table. Those stains upon the unvarnished wood never came out, and my mother never replaced the floor. Nor did I… I had more important matters upon my mind.
I was afraid then. I sat terrified behind a navy-blue, filthy sofa that smelled of dust and cigarettes. My father apparently always smoked there. He held a cigarette even as he died.
The men who had entered left; evidently they considered their accounts settled, or perhaps other duties urged them onward. At that time I did not yet know that everyone has their duties, whether they are human or god.
I remember the event with more than precision. My mother was not the cowardly type either — unlike myself. She stood upright the entire time, holding a tray upon which rested two glasses of tea and a plate with cake. After it was over, she calmly set it upon the table, arranged the dishes and the cake with a steady hand, and then approached the body, assessing the damage the blood had caused.
She never said anything about his death. She never mentioned that she missed him. What she spoke of often were the losses his death had caused: she would need to find another job than the one by which she had previously supported us.
She was a surgeon, which explains why, from as far back as I can remember until the day of her death, her hand never trembled, regardless of what occurred around her. Such was her character as well — scented with sharp spices and the austerity of flat white bread. She baked it from water, flour, and salt, always herself, even when we later employed a maid. She had brown hair streaked with grey and a square face which in my memory still bore traces of former, faded beauty. She was slender, though not thin; only her hands were bony — certain, delicate. Her poor hands…
She did not complain of anything connected with emotions. She was cold, but she loved me more than one might suppose. People are peculiar creatures: they can conceal feelings for years, feelings which would not have grown to such proportions had they not been concealed.
I do not remember my father’s funeral, nor the place where he was buried. My mother often visited his grave, but I did not go even once. I felt no need to commune with someone whom I truly knew only from the smell of cigarettes that had bitten into the boards and upholstery — and from the fact that he saved my life. Even if he said something wise in his final moments, even if he caused me to awaken, in the final reckoning that is very little when one thinks of one’s own father.
There were no other significant men during my upbringing — except for one, whom I have already mentioned, but we shall come to him in due time.
I was four years old, my father was dead, and we were left to sustain ourselves.
Leokasja is not and never has been a planet suitable for ladies of middle age with children. My mother feared nothing — that is to say, she surely feared far more than I did, but she never showed it.
The poor little house in which I spent most of my early childhood did not abound in coziness: as I have already mentioned, there was unvarnished wood everywhere — the floor, the walls, the ceiling, the furniture. Beds and sofa upholstered in navy velvet, and two wholly unambitious bookshelves. Very unambitious indeed, for before I turned eight I knew every volume by heart.
There was always that specific, repulsive smell of dust and stagnation in the rooms. The smell of monotonous, slow dying. Of sweat and fabrics too long worn. My mother economized.
My first independent excursion — or rather expedition, as I believe it may be more accurately termed — I undertook at the age of seven, when my mother obtained employment at a certain small medical outpost adjacent to a bar. She dressed wounds inflicted during brawls, if memory serves me, though she did not work there long. Oh no… fortunately not for long.
I left the house through the window after she had locked the door. I was seven years old and therefore, in my own estimation, nearly a grown boy. It was not, in truth, such an entirely foolish estimation, for on Leokasja few lived to reach majority, and even fewer to old age. I wished to discover what sort of wicked world it was from which my mother barred me.
I must note that I was not of the lively and cunning variety of boy — no, no, heavens forbid. I belonged rather to the species of thin, pale, almost anemic creatures, dressed in oversized short trousers held up by suspenders, a fragment of my father’s shirt, and shoes purchased several sizes too large, which I endeavoured with all seriousness not to lose. Upon my nose sat spectacles, though my memory no longer encompasses that fascinating matter of why. I do not recall seeing anything blurred, but perhaps it was my form of rebellion against the surrounding filth of the world? Or perhaps I simply preferred to appear wiser than I truly was: children possess that peculiar faith that mere appearance testifies to substance — life, later, corrects this belief according to its own methods.
My lord, for instance, does not at all resemble a man who would not hesitate when confronted with some wretched life. Nor does he appear to be one versed in poetry and the art of making women fall in love with a handful of words. He does not sound gentle, and he makes a point of not displaying the class he carries within himself. The manner in which he walks betrays no aristocratic posture. And yet my lord is not what he appears to be — as are so many of the people I have encountered thus far.
Thus I was that anemic, pale boy with enormous spectacles and overlong brown hair which I attempted to tuck behind my ears, though it invariably found its way out again. And when I stepped outside, I stood upon the packed earth before the house and remained there, motionless, in silence.
Clouds of dust rose high above the town — though not, as I had always assumed, due to gusts of wind. There was scarcely any wind that day. There were, however, several broad-shouldered men transferring weapons from one wagon to another. They stank of alcohol, tobacco, and sweat, much like the entire place, and so I resolved to seek out my peers.
Now I know how foolish and imprudent it was to believe I would find among them anyone suited to my intellectual needs. Someone who might share the passion carried out of my family apartment — the reading of books. Someone who might explain to me all that I did not understand and about which I lacked the courage to inquire. I never understood, for example, why people become so engaged in daily, meaningless matters — quarrels over objects misplaced, jealousy, emotions in general. They are not dinner, which must be served with meticulous care to two hundred guests precisely on time; they are not matters of the highest urgency, such as overseeing the brewing time of tea and the temperature of water. Everything about which people grow angry each day is, in truth, attached to nothing essential.
He who seeks, finds — as certain excessively jaded individuals, deprived of daily excitements, are fond of saying. I sought my peers with a persistence quite inappropriate for so small a boy in such a place.
Beyond the town there stood the construction of a vast underground structure. Children, for reasons incomprehensible, adore construction sites — quite unlike adults, who spend their time there working. In truth, the manner in which both wander about such places differs less than one might suppose — children are merely worse in that they do not fear colossal health insurance costs or delays in work should someone come to harm. Construction is, after all, connected with creation… perhaps that is what draws them? The ability to create, possessed by all somewhat rational beings. A power almost divine — one my lord so rarely demonstrates. A pity, for he does it exceedingly well, as he does everything.
Naturally, I encountered my peers at the construction site — and several older children besides. We did not become friends. My timid attempts at mumbling a greeting were drowned by laughter, by a handful of nicknames… I replied to none of it and simply turned back toward the town.
In my childish mind everything arranged itself in a manner almost comically simple — logical for a seven-year-old boy. They are my age, and therefore they should be like me. My world did not then extend beyond the walls of our apartment and my mother’s books. It did not extend beyond the bread she baked in the evenings and the stories she told me each morning before breakfast. In that world everyone read — that is to say, my mother and I — and everything was wooden. Hideously, filthily wooden, with splinters embedding themselves beneath one’s fingers and grey dust pressed between the fibres of the grain.
Now I know it could never have succeeded. It was not even about passions — I was prepared then for minor inconveniences, for “incompatibilities of character,” as some very learned doctor once wrote in one of my mother’s books, whose name has long since escaped me. The problem lay in this: owing to my mother’s overprotective love — which, as I have mentioned, she expressed in peculiar fashion, yet in the only manner she knew — I was the only boy whose skin bore a colour closer to the pages into which I stared so stubbornly than to the sun-scorched, reddish sand of the earth like all the others, including my mother.
Nor did I possess the physical vigour of my peers, for I did not assist merchants, bartenders, or craftsmen. I did not work irrigating fields, nor did I tend animals in their enclosures. I was fashioned of something different than those boorish boys.
I did not return home. Instead, I went toward those large, dreadful men.
Not all of them were large. Not all appeared wicked. Not all were dirty. Not all reeked of alcohol and cigarettes. But they possessed one common feature, of which even then I was fully aware: they were all dangerous — yet sometimes it happens that one fears nothing, even if one is a coward.
I do not know why it occurs that fear occasionally withdraws and allows us to perform unexpectedly foolish and irresponsible acts, such as a seven-year-old child wandering through the alleys of Leokasja without visible terror.
I must admit that although it was not the safest of places, it carried with it one rather significant advantage: one could encounter here individuals from every corner of the Universe. Of differing faiths, cultures, languages. For a small boy this held certain benefits — provided he was cowardly enough not to talk back and not to refuse.
For centuries arms dealers, criminals, swindlers, gamblers, and fugitives had come to Leokasja — and my mother and I among them.
She never answered why we had arrived there, but I suspect she always intended to secure employment eventually where she ultimately did.
Before I reached the place where, almost miraculously, I managed to catch a glass cartridge falling from the bed of a truck — filled, as I now know, with an exceptionally corrosive and equally expensive type of plasma — I had already grown accustomed to the local vocabulary of vulgarities. I admit, not without shame, that some of them rather pleased me. Naturally I never repeated any of them aloud, and now the very fact that I echoed them in my thoughts disgusts me, yet I have also reconciled myself to the fact that in certain mouths they simply sound like music. In that of my excellent lord, for instance…
“Fuck!” — that one I learned best, though certainly not so well as the man shouting it, who rose from the truck bed. He was rather thin for someone handling such equipment, though that did not occupy me then — what occupied me was the sudden, paralysing fear.
Then he noticed me, holding out the glass container in pale hands. He exhaled in relief, loaded it back onto the truck, and climbed down.
“All good, boys!” he shouted.
“I hope so, because Tiramis will tear us apart! We’re over an hour late, and that bastard’s probably drunk,” the driver snorted in reply and drove off.
It was the first time I heard that name — though fortunately not the last. I did not, however, pay particular attention to it then. I was far more concerned with what would happen next, for my legs had refused to obey me.
The man turned toward me and ruffled my hair with a smile.
“Thanks, kid, you saved my hide. Who do you belong to? I’ve never seen you here before.”
He spoke almost kindly, though that kindness would likely not have been extended had I not accidentally caught something valuable to him. I knew that even then — yet because I so very much desired a friend, I allowed myself to forget it. It would be a lie to claim it was not foolish. It would also be untrue to call that man my friend.
“I-I-I b-b-belong to n-n-no one. I-I-I’m the s-s-son of th-th-the d-d-doctor…” I stammered.
It is rather important to note that during childhood I stuttered incessantly. A dreadful habit — sounding wholly unprofessional and inappropriate for any respectable company. Well-bred, elegant individuals do not stutter. Court ladies do not stutter. Court priests do not stutter. My lord does not stutter. Yet I did — for another half year after that event. Not long, but not so short either.
“She’s got a brat? What’s your name, kid?” he asked calmly, quite unlike the way he spoke to his companions.
To introduce oneself — a simple act which today I perform with ease, though always with proper elegance — was then troublesome, for I did not do it often, and there was little of which to boast. I was not always Cyrus Desmondo. For a time, I was someone else entirely.
“K-K-Kodar.”
Like every Yoggotta, I am ashamed of my human name, given to me by my mother in a fit of prenatal or postnatal frenzy. Among ourselves my kind uses such names to assert superiority over one’s conversational partner, to signal advantage, to warn one another that all bows and ceremonial dances do not make us friends. Fortunately, at that time, I did not yet have that problem.
“Come on, I’ll have a smoke and drop you off at your mummy’s, bookworm.”
And thus I entered the bar.
The bar, as it turned out, was filled with the sort of people I feared most profoundly. Bottles stood in uneven rows behind the counter, greasy and clouded, chairs scraped against a floor that seemed permanently sticky, and the air itself appeared to perspire. Yet none of that engraved itself upon my memory so deeply as one singular object.
The counter.
Long. Beautiful. Lacquered.
It gleamed as though sealed beneath glass, so thoroughly coated that even the unwashed tumblers placed upon it by the corpulent bartender reflected light in small, shameful halos. The wood beneath the varnish shimmered and deepened in colour, as though the very grain had been persuaded into elegance.
Years later I consumed a meal during which I was furnished with extensive information regarding the origin of that particular lacquer. It was derived from the leaves of a certain charming plant growing in the very centre of an entirely different solar system. On Leokasja such things posed no difficulty whatsoever.
“Look who finally showed up,” the bartender grunted. “You load that shipment the blond one ordered? I don’t want him storming in here later — just had this counter put in, and when he gets pissed he doesn’t look where he’s smashing.”
“And what’s that you dragged in? A little intellectual?” he added, squinting at me.
Intellectual.
The word attached itself to me for many years. From that moment on I was the Intellectual — the local, silent swot. That is what one calls a person who spends more time reading than drinking, smoking, or engaging in sex. I did not yet partake in any of those diversions, though they generously offered me cigarettes and slid glasses across the counter as though I might, at any moment, decide to become someone else.
I climbed onto a barstool and stared at that lacquered surface as though it were a revelation. Conversation swirled above my head, largely uncensored and of little aesthetic value. The man who had brought me in lit his cigarette and drank. I observed. That is what I did best.
They returned me to my mother only in the evening, when she was finishing her shift. I do not know why it took them so long. Perhaps drinking stretches time. It certainly does for my lord, especially when he indulges heavily. I did not drink. Though they insisted. Everything reeked of sweat. What a blessing that the palaces of gods are free from that particular odour.
Being the Intellectual, it transpired, carried certain significant advantages. For instance: no one attempted to kill me during my entire stay upon that planet — at least not until I began, much later, to invite such attempts myself.
I performed small favours for them all. I swept the bar after closing. I carried messages from one individual to another. Not for money — never for money — but for books.
By the age of eight I no longer stuttered. The men to whom I delivered information did not care for hesitation. I discovered that when one remains calm, when one masters emotion, the voice does not tremble, does not fracture, does not betray weakness. It becomes smooth.
In the corner of that bar, wedged between a cracked wall and a barrel that smelled permanently of stale beer, I learned to draw by studying the illustrations in those books. I was safer there than outside. Inside, I was part of the décor — like a lamp or a chair — and thus ignored. I spoke to no one unless receiving instruction.
When I turned eight, my mother brought home a cake and informed me that she had found other employment and that we would no longer live there. The construction beyond the town had been completed. Our new home would be beneath the earth.
Doctors and scientists from across the Universe were arriving in veritable crowds. She told me they paid well. She told me there would be a library. She told me I need not worry — that there I would be safe.
I listened.
I remember the taste of that cake — creamy upon a marvellous dark sponge. Sweet beyond anything she had ever previously given me. That same day she purchased for me a beautiful pocket watch and a ribbon to tie beneath my collar in the shape of a bow.
I am fond of ribbons. They are elegant. Innocent. They professionally pacify one’s appearance.
We moved into the underground structure — a multi-level, intricate hospital complex which one was not permitted to leave except in matters of genuine importance.
Everyone there was as pale as I was. Some even paler. Save for a few dark-skinned individuals who moved through the corridors like deliberate punctuation.
There were rooms one was forbidden to enter. And rooms one was not supposed to enter — which I entered nonetheless.
But what was strangest of all was this: there was no unvarnished wood. None of that hideous, splintering material I had grown to despise. There were tiles upon the floors. White surfaces upon the walls — later I learned they were plastic. There was glass. There were cameras.
It was the first time I had seen such devices — small electronic eyes recording my person during those melancholy times when such recording was still possible.
I have not seen myself in any recording for a very long time. Far too long.
Our apartment was pale blue and white, like everything in that building — literally everything, including the food. I now had my own room. No one told me stories in the morning anymore. The only thing that remained unchanged was the bread. My mother continued to bake it herself.
It was the final thread binding me to the disintegrating surface world of Leokasja.
She sent me to school — that was the purpose of the watch and the ribbon. All the children wore watches and ribbons, black shoes, white shirts, sharply pressed trousers. We were identical — I and the remaining ten children. Few people brought their offspring there. Or perhaps few had any.
Our lessons were conducted by Mr. Felister Mackbrückner.
He was not a charming man — at least not to a boy of my age.
Fig. 1. Mr. Felister Mackbrückner
He wore thick, round spectacles behind which he carefully concealed small, porcine eyes. His forehead was not especially high — almost rectangular. His eyebrows thin and set close to the eyes. His face round, his nose substantial, his lips perpetually moist, glistening unpleasantly.
He was not kind. Almost never. Even when one exerted oneself to earn it.
Nor did he teach us many practical things. Except mathematics, naturally, and certain natural sciences — though even from those I extracted less knowledge than perhaps I should have.
He always spoke quickly. He never repeated himself. He did not explain when we failed to understand. He assigned no grades. He administered no examinations.
Instead, he sometimes brought vodka to class and drank while we read.
Our parents were too occupied to concern themselves. We were too relieved when he fell silent, even for a moment.
And yet it was this man who taught me to comprehend matters beyond the brittle substance of book pages. He taught me to interpret certain phenomena, to perceive things as more or less complex machines — machines which, when they speak, are sometimes called people.
Mr. Mackbrückner did not believe in magic.
He did not believe in sorcery.
He did not believe in demons, angels, or gods.
He did not believe in higher forces or the supernatural.
He did not believe in fate, destiny, prophecy, or divination.
He did not even believe in intuition.
He was, judging by the fact that he ultimately worked for my lord, an almost incorrigible rationalist.
For Mr. Mackbrückner — or “the Bore,” as my peers called him — there existed nothing that could not be explained scientifically.
Levitation? Electromagnetic coupling.
Voices? Wind striking glass panes.
Water turning to blood? The development of an appropriate strain of bacteria.
There was always an explanation.
I believed him for a long time. Long after I first saw my lord. Long after I witnessed my first magic.
Even now, it happens that I approach matters scientifically when spells are required.
Human nature remains… insufficiently examined.
One thought on “Yoggotta rozdział 1 Leokasja // Yoggotta Chapter 1 Leokasja”
Fizi
Kocham taki styl pisania (〃゚3゚〃)