Rozdział IX
Pan Mear
Dokąd się udać, gdy jest się wygłodzoną Yoggottą? Tam gdzie można jeść, to logiczne. Ale ja już nie byłem głodny. Byłem zły i chciałem walczyć: nawet, jeśli musiałbym składać się od nowa codziennie. Nie można podpisać umowy i jej nie dotrzymać, a już szczególnie, jeśli to umowa na coś takiego jak dusza. Wróciłem na Leokasję, tym razem bez problemu, nikt mnie nie rozpoznał, nie było też starego barmana, żeby się domyślił. Byłem tu zupełnie sam.
Kupcy na handel żywym towarem zjeżdżali co dziesięć dni, chyba, że dostali od kogoś prywatne zamówienie. Rozbijali za miastem obóz i prowadzili jarmark. Dokładnie taki, jaki widziałem później będąc na służbie u jednego z królów: pełno było przekupek z kwiatami, ulicznych sprzedawców jedzenia, handlarzy garderobą i biżuterią. I rzędy skutych, posiniaczonych ludzi na sprzedaż. Nosili kartki pod brzuchem, które opisywały cenę i małe złote obręcze na nadgarstkach, na których zapisane było, że należą do swojego pana i gdyby próbowali płacić tym złotem należy ich niezwłocznie odwieźć do właściciela.
Kiedy byłem mały matka prosiła mnie, żebym tam nigdy nie chodził. Bałem się tamtego miejsca, gdzie sprzedawano małych chłopców i dziewczynki tuż obok ubrań i ciasta na patyku. Ale nie byłem już dzieckiem i miałem do załatwienia swoje sprawy. Diabeł nigdy nie zapomina, a przynajmniej tak powiadają: a Yoggottom bliżej do diabłów i demonów, niż mieszkańcom Piekła kiedykolwiek było.
Myślałem bardzo dużo spędzając czas na tarasie karczmy w Endeni. Skoro moje ciało zależało tylko od mojej woli, to jak mogłem być tak bezsilny naprzeciwko ludzi? Czy nie jest tak, że sam decyduję, co jest moją granicą? Oczywiście przeceniałem wtedy swoje możliwości, ale byłem bliżej faktycznego stanu, niż spędzając czas na wózku.
Znalazłem i pana Meara, chociaż nie do końca tam, gdzie się spodziewałem. Ciemne moce to zagadkowa siła, która dba o swoje dzieci: nieważne czy to demony, anioły, czy może Yoggotty. Odpłaca się zawsze, gdy najmniej się tego spodziewamy, dba o równowagę. A może to był przypadek? Tak by powiedział pewnie mój lord: że roję sobie czary tam, gdzie ich nie ma, gdzie rządzi przypadek.
Mój obiad stał pomiędzy najemnikami, w roli jakiegoś pomagiera, najpewniej tylko przez wzgląd na dawną pozycję oszczędzonego i niesprzedanego. Nosił taką samą złotą obręcz, jak każdy z niewolników, ale nie miał ceny. Ale skoro można nabyć duszę, to wszystko można kupić, jeśli się chce.
Sprzedano mi go taniej niż się spodziewałem. Wystarczyło kilka uśmiechów i ostatnia moja sakiewka ze złotem. Więcej go nie było, ponieważ nie szukałem przez cały ten czas sposobu, żeby je zarobić. Pana Meara zabrałem do tego samego baru, gdzie przed laty posadził mnie na wózku, do tego miejsca na korytarzu, gdzie mnie znaleziono. Usiadłem na podłodze, jemu też pozwoliłem i zapytałem:
– Pamiętasz tego chłopaka, którego tutaj pobiliście? – mówiłem cicho. Nie czułem złości, ani nawet wzgardy, nie czułem przyjemnego dreszczu, jaki się odczuwa podczas zemsty. Był tylko spokój, podobny temu, jaki rodzi się w zasiadających do stołu.
– Blondyna? Pamiętam coś… to był twój krewny? Bo jeśli tak, stary, to przyjmij moje przeprosiny. Nie bardzo wiem, za co dostał… spałem wtedy – bełkotał coś jeszcze. Nie wiem co, ponieważ go nie słuchałem. Nigdy nie miałem nawyku słuchania bzdur, kiedy nie są nikomu potrzebne.
– Podpisałeś wtedy umowę, na swoją duszę. Po to przyszedł: po spłatę długu – mówiłem spokojnie i nie bałem się reakcji. Już niczego się nie bałem.
– Co? Ten świstek? A ty, co masz z tym wspólnego? To było cholerne dwa lata temu… – to było moje pierwsze tak bolesne zetknięcie się z różnicą w czasie. Na Leokasji minęło znacznie mniej czasu, niż na Endeni: miała na to wpływ lokacja. wielkość planety, szybkość jej obracania się i dogi po orbicie. W istocie zmiany czasu są codziennością dla kupców i handlarzy: nie bez powodu wybrali Leokasję: czas na niej płynął dużo wolniej niż gdzie indziej, przez co można było stać się zaufanym i wieloletnim dostawcą towarów na niektóre planety w ciągu zaledwie jednego tygodnia. Dotarło to do mnie dość szybko by nie pokazać na twarzy zdziwienia: ostatecznie miałem wiedzę pana Felistra i Frety: i obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tych faktów.
– Ja? – nastąpiło moje milczenie. Nie było złości, z jaką tu przybyłem, zniknęła zupełnie chęć walki, a człowiek, który osiem lat temu rozbudził mój apetyt na dobre, teraz nawet nie pachniał. Nie odpowiedziałem, czułem się zażenowany brakiem wyjaśnienia: umknęło mi ono w dążeniu do celu. Bo niby jakie ma znaczenie, co zrobił demonowi człowiek? Tak się wtedy widziałem, jako diabła, który podpisuje rozliczne pakty.
– No ty. Pytasz przecież – odpowiedział pan Mear. Nie chciałem jeść. To był chyba powód, dla którego prowadziłem tę rozmowę. Nie pachniało mi to, co kiedyś, wręcz cuchnęło. Po latach wiem dobrze, co się stało: gdy się pożre duszę taką, jak ta, którą zlepił pan Andrielach, nie sposób zadowolić się byle skrawkiem ze stołu.
– Nie. Nic. Jak cię pojmano? – nie wiem, dlaczego zdjąłem mu wtedy obręcz z ręki, zwracając mu wolność. Może przemawiał przeze mnie barman, albo i mi zaszkodził skwar Leokasji. Nie chciałem jeść, nie czułem już żadnego żalu do tego człowieka, a on widząc, co zrobiłem uśmiechnął się, uściskał mnie i uciekł. Nie odpowiedział mi, ale naprawdę nie chciałem wiedzieć.
Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Tak, o ile ona sama na to pozwoli. Ja już nie chciałem zapłaty.
Kiedy pan Mear uciekał w mojej głowie rodziły się inne myśli.
Jestem sam. Zupełnie sam. Ale przecież diabłów na tym świecie jest wiele, więc musi być ktoś jeszcze taki, jak ja. Dokładnie taki sam, żywiący się duszami i czekający na kolejną umowę, trzymający w kieszeni gotowe cyrografy. Nie mogę być sam… nie mogę.
Jeśli jest jeszcze ktoś podobny mi muszę go znaleźć.
Jakże naiwny byłem tamtego dnia i jak nieodpowiedzialny. Gdybym wiedział choć połowę tego, co wiem dzisiaj dogoniłbym pana Meara, zjadł obiad i poszedł ugadać się z następnym człowiekiem. Ale nie byłem wtedy tym samym, kim jestem teraz i nie chciałem być jedyny. Na mojego lorda… jak bardzo nie chciałem.
Chapter IX Mr. Mear
Where does a starving Yoggott go?
Wherever one may eat, naturally.
Yet I was no longer hungry. I was angry—and I wished to fight, even if it meant assembling myself anew every single day. One does not sign a contract and then fail to honour it, least of all when the matter at stake is something so grave as a soul.
So I returned to Leokasja. This time there were no difficulties. No one recognised me, and the old bartender was no longer there to grow suspicious. I was entirely alone.
The merchants dealing in living cargo arrived every ten days—unless someone had placed a private order. They pitched their camp outside the city and held a fair. Exactly the sort of fair I would later see while in service to one of the kings: flower sellers shouting their wares, street vendors frying food, traders displaying garments and trinkets.
And beside them—rows of chained, bruised people for sale.
They wore cards hanging beneath their stomachs that listed their price, and small golden rings around their wrists engraved with the mark of ownership. The rings declared that they belonged to their master and that should they attempt to pay with that gold, they were to be returned to their owner at once.
When I was a child my mother begged me never to go there. I was afraid of that place where little boys and girls were sold beside dresses and cakes on sticks.
But I was no longer a child.
And I had business to attend to.
The devil never forgets—so they say. And Yoggotts are far closer to devils and demons than the inhabitants of Hell ever were.
I spent a great deal of time thinking while sitting on the terrace of that tavern in Endenia. If my body depended solely upon my own will, how could I have been so helpless before men? Is it not I who decides where my limits lie?
Naturally I was overestimating my powers at the time—but I was far closer to the truth than I had been while sitting in that wheelchair.
I found Mr. Mear, though not exactly where I had expected.
Dark powers are a curious force. They take care of their children—whether those children are demons, angels, or Yoggotts. They repay their debts when least expected, preserving the balance.
Or perhaps it was only chance.
That is what my lord would probably say: that I imagine sorcery where none exists, where only coincidence governs events.
My dinner was standing among a group of mercenaries, serving as some sort of helper—likely spared from sale merely because of the position he had once held. He wore the same golden ring as the other slaves, though no price hung from him.
But if a soul can be purchased, then anything may be bought—provided one wishes it enough.
He was sold to me for less than I had expected. A few smiles and my final purse of gold sufficed. I had nothing else, for during all that time I had made no attempt whatsoever to earn more.
I took Mr. Mear to the same bar where, years earlier, he had seated me in that wheelchair—to the very corridor where I had been found. I sat upon the floor and permitted him to sit as well.
Then I asked quietly:
“Do you remember the boy you beat here?”
I spoke softly. I felt no anger—nor even contempt. I did not feel the pleasant thrill one expects during revenge. There was only a calmness, like the calm that descends upon those who sit down to dine.
“The blond one? I remember something… Was he your relative? If so, old fellow, you have my apologies. I’m not quite sure what he was beaten for… I was asleep at the time.”
He continued mumbling something or other. I do not know what, because I was no longer listening. I have never had the habit of listening to nonsense when it serves no purpose.
“You signed a contract then. For your soul. He has come to collect the debt.”
I spoke calmly and feared no reaction.
I feared nothing anymore.
“What? That scrap of paper? And what’s it got to do with you? That was two damned years ago—”
It was my first truly painful encounter with the difference in time.
On Leokasja, far less time had passed than on Endenia. The cause lay in its location: the planet’s size, its speed of rotation, its path along the orbit. For merchants and traders such distortions are an everyday matter. That is precisely why they chose Leokasja: time there flowed much more slowly than elsewhere, allowing one to become a trusted supplier to entire worlds in the span of scarcely a week.
I understood quickly enough not to show surprise upon my face. After all, I possessed the knowledge of Mr. Felister and Freta, and both of them had been perfectly aware of such matters.
“Me?” I fell silent.
The anger that had brought me here vanished completely. My desire to fight disappeared as well. And the man who eight years earlier had awakened my appetite now carried no scent at all.
“I mean you. You’re the one asking,” said Mr. Mear.
I did not wish to eat. That, perhaps, was the reason I continued the conversation.
What once would have tempted me now smelled foul—repulsive. Years later I would understand why. Once one has devoured a soul like the one fashioned by Lord Andrielach, it becomes impossible to be satisfied with scraps from the table.
“No. Nothing. How were you captured?” I asked.
I do not know why I removed the ring from his wrist and returned his freedom to him.
Perhaps the bartender spoke through me. Or perhaps the heat of Leokasja had addled my senses.
I no longer wished to eat. I felt no resentment toward the man, and when he saw what I had done he smiled, embraced me warmly—and ran.
He never answered my question.
Yet I truly did not wish to know.
Can one fail to pay a Yoggott?
Yes—provided the Yoggott herself allows it.
And I no longer desired payment.
As Mr. Mear fled, other thoughts began forming in my mind.
I am alone.
Completely alone.
And yet there must be many devils in this world. Surely there must be someone else like me—someone exactly the same. Someone who feeds on souls and waits for the next contract, carrying ready-made pacts in his pocket.
I cannot be alone.
I cannot.
If there is someone like me, I must find them.
How naïve I was that day—and how irresponsible.
Had I known even half of what I know now, I would have chased after Mr. Mear, eaten my dinner, and gone to strike a bargain with the next man I encountered.
But I was not yet the person I am now.
And I did not wish to be the only one.
By my lord… how desperately I did not wish it.
Rozdział IX Pan Mear
Dokąd się udać, gdy jest się wygłodzoną Yoggottą? Tam gdzie można jeść, to logiczne. Ale ja już nie byłem głodny. Byłem zły i chciałem walczyć: nawet, jeśli musiałbym składać się od nowa codziennie. Nie można podpisać umowy i jej nie dotrzymać, a już szczególnie, jeśli to umowa na coś takiego jak dusza. Wróciłem na Leokasję, tym razem bez problemu, nikt mnie nie rozpoznał, nie było też starego barmana, żeby się domyślił. Byłem tu zupełnie sam. Kupcy na handel żywym towarem zjeżdżali co dziesięć dni, chyba, że dostali od kogoś prywatne zamówienie. Rozbijali za miastem obóz i prowadzili jarmark. Dokładnie taki, jaki widziałem później będąc na służbie u jednego z królów: pełno było przekupek z kwiatami, ulicznych sprzedawców jedzenia, handlarzy garderobą i biżuterią. I rzędy skutych, posiniaczonych ludzi na sprzedaż. Nosili kartki pod brzuchem, które opisywały cenę i małe złote obręcze na nadgarstkach, na których zapisane było, że należą do swojego pana i gdyby próbowali płacić tym złotem należy ich niezwłocznie odwieźć do właściciela. Kiedy byłem mały matka prosiła mnie, żebym tam nigdy nie chodził. Bałem się tamtego miejsca, gdzie sprzedawano małych chłopców i dziewczynki tuż obok ubrań i ciasta na patyku. Ale nie byłem już dzieckiem i miałem do załatwienia swoje sprawy. Diabeł nigdy nie zapomina, a przynajmniej tak powiadają: a Yoggottom bliżej do diabłów i demonów, niż mieszkańcom Piekła kiedykolwiek było. Myślałem bardzo dużo spędzając czas na tarasie karczmy w Endeni. Skoro moje ciało zależało tylko od mojej woli, to jak mogłem być tak bezsilny naprzeciwko ludzi? Czy nie jest tak, że sam decyduję, co jest moją granicą? Oczywiście przeceniałem wtedy swoje możliwości, ale byłem bliżej faktycznego stanu, niż spędzając czas na wózku. Znalazłem i pana Meara, chociaż nie do końca tam, gdzie się spodziewałem. Ciemne moce to zagadkowa siła, która dba o swoje dzieci: nieważne czy to demony, anioły, czy może Yoggotty. Odpłaca się zawsze, gdy najmniej się tego spodziewamy, dba o równowagę. A może to był przypadek? Tak by powiedział pewnie mój lord: że roję sobie czary tam, gdzie ich nie ma, gdzie rządzi przypadek. Mój obiad stał pomiędzy najemnikami, w roli jakiegoś pomagiera, najpewniej tylko przez wzgląd na dawną pozycję oszczędzonego i niesprzedanego. Nosił taką samą złotą obręcz, jak każdy z niewolników, ale nie miał ceny. Ale skoro można nabyć duszę, to wszystko można kupić, jeśli się chce. Sprzedano mi go taniej niż się spodziewałem. Wystarczyło kilka uśmiechów i ostatnia moja sakiewka ze złotem. Więcej go nie było, ponieważ nie szukałem przez cały ten czas sposobu, żeby je zarobić. Pana Meara zabrałem do tego samego baru, gdzie przed laty posadził mnie na wózku, do tego miejsca na korytarzu, gdzie mnie znaleziono. Usiadłem na podłodze, jemu też pozwoliłem i zapytałem: - Pamiętasz tego chłopaka, którego tutaj pobiliście? – mówiłem cicho. Nie czułem złości, ani nawet wzgardy, nie czułem przyjemnego dreszczu, jaki się odczuwa podczas zemsty. Był tylko spokój, podobny temu, jaki rodzi się w zasiadających do stołu. - Blondyna? Pamiętam coś… to był twój krewny? Bo jeśli tak, stary, to przyjmij moje przeprosiny. Nie bardzo wiem, za co dostał… spałem wtedy – bełkotał coś jeszcze. Nie wiem co, ponieważ go nie słuchałem. Nigdy nie miałem nawyku słuchania bzdur, kiedy nie są nikomu potrzebne. - Podpisałeś wtedy umowę, na swoją duszę. Po to przyszedł: po spłatę długu – mówiłem spokojnie i nie bałem się reakcji. Już niczego się nie bałem. - Co? Ten świstek? A ty, co masz z tym wspólnego? To było cholerne dwa lata temu… - to było moje pierwsze tak bolesne zetknięcie się z różnicą w czasie. Na Leokasji minęło znacznie mniej czasu, niż na Endeni: miała na to wpływ lokacja. wielkość planety, szybkość jej obracania się i dogi po orbicie. W istocie zmiany czasu są codziennością dla kupców i handlarzy: nie bez powodu wybrali Leokasję: czas na niej płynął dużo wolniej niż gdzie indziej, przez co można było stać się zaufanym i wieloletnim dostawcą towarów na niektóre planety w ciągu zaledwie jednego tygodnia. Dotarło to do mnie dość szybko by nie pokazać na twarzy zdziwienia: ostatecznie miałem wiedzę pana Felistra i Frety: i obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tych faktów. - Ja? – nastąpiło moje milczenie. Nie było złości, z jaką tu przybyłem, zniknęła zupełnie chęć walki, a człowiek, który osiem lat temu rozbudził mój apetyt na dobre, teraz nawet nie pachniał. Nie odpowiedziałem, czułem się zażenowany brakiem wyjaśnienia: umknęło mi ono w dążeniu do celu. Bo niby jakie ma znaczenie, co zrobił demonowi człowiek? Tak się wtedy widziałem, jako diabła, który podpisuje rozliczne pakty. - No ty. Pytasz przecież – odpowiedział pan Mear. Nie chciałem jeść. To był chyba powód, dla którego prowadziłem tę rozmowę. Nie pachniało mi to, co kiedyś, wręcz cuchnęło. Po latach wiem dobrze, co się stało: gdy się pożre duszę taką, jak ta, którą zlepił pan Andrielach, nie sposób zadowolić się byle skrawkiem ze stołu. - Nie. Nic. Jak cię pojmano? – nie wiem, dlaczego zdjąłem mu wtedy obręcz z ręki, zwracając mu wolność. Może przemawiał przeze mnie barman, albo i mi zaszkodził skwar Leokasji. Nie chciałem jeść, nie czułem już żadnego żalu do tego człowieka, a on widząc, co zrobiłem uśmiechnął się, uściskał mnie i uciekł. Nie odpowiedział mi, ale naprawdę nie chciałem wiedzieć. Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Tak, o ile ona sama na to pozwoli. Ja już nie chciałem zapłaty. Kiedy pan Mear uciekał w mojej głowie rodziły się inne myśli. Jestem sam. Zupełnie sam. Ale przecież diabłów na tym świecie jest wiele, więc musi być ktoś jeszcze taki, jak ja. Dokładnie taki sam, żywiący się duszami i czekający na kolejną umowę, trzymający w kieszeni gotowe cyrografy. Nie mogę być sam… nie mogę. Jeśli jest jeszcze ktoś podobny mi muszę go znaleźć. Jakże naiwny byłem tamtego dnia i jak nieodpowiedzialny. Gdybym wiedział choć połowę tego, co wiem dzisiaj dogoniłbym pana Meara, zjadł obiad i poszedł ugadać się z następnym człowiekiem. Ale nie byłem wtedy tym samym, kim jestem teraz i nie chciałem być jedyny. Na mojego lorda… jak bardzo nie chciałem.
Chapter IX Mr. Mear
Where does a starving Yoggott go?
Wherever one may eat, naturally.
Yet I was no longer hungry. I was angry—and I wished to fight, even if it meant assembling myself anew every single day. One does not sign a contract and then fail to honour it, least of all when the matter at stake is something so grave as a soul.
So I returned to Leokasja. This time there were no difficulties. No one recognised me, and the old bartender was no longer there to grow suspicious. I was entirely alone.
The merchants dealing in living cargo arrived every ten days—unless someone had placed a private order. They pitched their camp outside the city and held a fair. Exactly the sort of fair I would later see while in service to one of the kings: flower sellers shouting their wares, street vendors frying food, traders displaying garments and trinkets.
And beside them—rows of chained, bruised people for sale.
They wore cards hanging beneath their stomachs that listed their price, and small golden rings around their wrists engraved with the mark of ownership. The rings declared that they belonged to their master and that should they attempt to pay with that gold, they were to be returned to their owner at once.
When I was a child my mother begged me never to go there. I was afraid of that place where little boys and girls were sold beside dresses and cakes on sticks.
But I was no longer a child.
And I had business to attend to.
The devil never forgets—so they say. And Yoggotts are far closer to devils and demons than the inhabitants of Hell ever were.
I spent a great deal of time thinking while sitting on the terrace of that tavern in Endenia. If my body depended solely upon my own will, how could I have been so helpless before men? Is it not I who decides where my limits lie?
Naturally I was overestimating my powers at the time—but I was far closer to the truth than I had been while sitting in that wheelchair.
I found Mr. Mear, though not exactly where I had expected.
Dark powers are a curious force. They take care of their children—whether those children are demons, angels, or Yoggotts. They repay their debts when least expected, preserving the balance.
Or perhaps it was only chance.
That is what my lord would probably say: that I imagine sorcery where none exists, where only coincidence governs events.
My dinner was standing among a group of mercenaries, serving as some sort of helper—likely spared from sale merely because of the position he had once held. He wore the same golden ring as the other slaves, though no price hung from him.
But if a soul can be purchased, then anything may be bought—provided one wishes it enough.
He was sold to me for less than I had expected. A few smiles and my final purse of gold sufficed. I had nothing else, for during all that time I had made no attempt whatsoever to earn more.
I took Mr. Mear to the same bar where, years earlier, he had seated me in that wheelchair—to the very corridor where I had been found. I sat upon the floor and permitted him to sit as well.
Then I asked quietly:
“Do you remember the boy you beat here?”
I spoke softly. I felt no anger—nor even contempt. I did not feel the pleasant thrill one expects during revenge. There was only a calmness, like the calm that descends upon those who sit down to dine.
“The blond one? I remember something… Was he your relative? If so, old fellow, you have my apologies. I’m not quite sure what he was beaten for… I was asleep at the time.”
He continued mumbling something or other. I do not know what, because I was no longer listening. I have never had the habit of listening to nonsense when it serves no purpose.
“You signed a contract then. For your soul. He has come to collect the debt.”
I spoke calmly and feared no reaction.
I feared nothing anymore.
“What? That scrap of paper? And what’s it got to do with you? That was two damned years ago—”
It was my first truly painful encounter with the difference in time.
On Leokasja, far less time had passed than on Endenia. The cause lay in its location: the planet’s size, its speed of rotation, its path along the orbit. For merchants and traders such distortions are an everyday matter. That is precisely why they chose Leokasja: time there flowed much more slowly than elsewhere, allowing one to become a trusted supplier to entire worlds in the span of scarcely a week.
I understood quickly enough not to show surprise upon my face. After all, I possessed the knowledge of Mr. Felister and Freta, and both of them had been perfectly aware of such matters.
“Me?” I fell silent.
The anger that had brought me here vanished completely. My desire to fight disappeared as well. And the man who eight years earlier had awakened my appetite now carried no scent at all.
“I mean you. You’re the one asking,” said Mr. Mear.
I did not wish to eat. That, perhaps, was the reason I continued the conversation.
What once would have tempted me now smelled foul—repulsive. Years later I would understand why. Once one has devoured a soul like the one fashioned by Lord Andrielach, it becomes impossible to be satisfied with scraps from the table.
“No. Nothing. How were you captured?” I asked.
I do not know why I removed the ring from his wrist and returned his freedom to him.
Perhaps the bartender spoke through me. Or perhaps the heat of Leokasja had addled my senses.
I no longer wished to eat. I felt no resentment toward the man, and when he saw what I had done he smiled, embraced me warmly—and ran.
He never answered my question.
Yet I truly did not wish to know.
Can one fail to pay a Yoggott?
Yes—provided the Yoggott herself allows it.
And I no longer desired payment.
As Mr. Mear fled, other thoughts began forming in my mind.
I am alone.
Completely alone.
And yet there must be many devils in this world. Surely there must be someone else like me—someone exactly the same. Someone who feeds on souls and waits for the next contract, carrying ready-made pacts in his pocket.
I cannot be alone.
I cannot.
If there is someone like me, I must find them.
How naïve I was that day—and how irresponsible.
Had I known even half of what I know now, I would have chased after Mr. Mear, eaten my dinner, and gone to strike a bargain with the next man I encountered.
But I was not yet the person I am now.
And I did not wish to be the only one.
By my lord… how desperately I did not wish it.