🇬🇧 🇵🇱

Rozdział VII
Głód

Poskładać się z powrotem, każdy atom ciała umieścić samemu we właściwym miejscu – proste zadanie, naprawdę proste. Zwłaszcza, gdy się wie jak tego dokonać. Przypomina to nieco układanie włosów, czy poprawianie ubrania przed wyjściem. Jeśli się nosi ciało jak ubranie, ma ono zupełnie przyjemniejszą naturę: nie przeszkadza tak w tym, co robimy.

Oczywiście tamtego dnia tego nie wiedziałem, ani też zupełnie niczego innego. Nie pamiętałem nawet swojego własnego imienia. Coś na K. Chyba… czym jestem? Kim? I gdzie? Strach zniknął sam… a wraz z nim wszystko inne. A może to on nie pozostawił już nic innego i dlatego odszedł? Już się nie bałem. Nie pamiętałem, czego miałbym się bać i do dziś nie wiem: co było takiego strasznego w tamtej chwili? Może nie bałem się ja, tylko moja dusza, wijąca się w bardzo charakterystyczny sposób, protestująca przeciwko losowi, na jaki ją skazuje. Może to ona sprawiała, że ten niepojęty niepokój i strach tak długo nie odpuszczały – a kiedy skończyła wreszcie tak żałośnie kwilić byłem wolny. Cierpiała chyba, ale nigdy nie miałem okazji jej o to zapytać. Zresztą… to nastręczyłoby wielu problemów: na przykład jak zwracać się do własnej duszy? Drogi ja? Proszę pana? Miła duszo? I co jej niby powiedzieć?

Nie miałem ciała i jak wkrótce miałem się przekonać duszy, jako takiej, też już nie posiadałem. Składałem się powoli, z mozołem, myląc niektóre fragmenty, to znów je naprawiając. Wszystko szło opornie. Jak można składać swoje ciało nie znając imienia, jakie się nosi? Wszystko ma swoje imię, niezależnie, jakie ono jest. Nadają je zaklęcia, ewolucja, moc sprawcza, która sprawia, że kwiat wie, że ma być kwiatem i pachnie niezmiennie od tego jak go potem nazywają. Byłem człowiekiem: to było moje imię naddane wcześniej, ale byłem już zupełnie pewny, że nim nie jestem. I nie jestem Ko… Ka… ani niczym, czym mianowała mnie moja matka. Czym więc jestem? Jak mam się poskładać?

Śmieszny dylemat patrząc na to teraz: wiem doskonale kim jestem – Yoggottą. Wiem też, że imię i forma nie mają najmniejszego znaczenia – takim jak ja naddają je panowie. Zresztą i temu nie jestem posłuszny do końca: sam wybrałem formę, w jakiej pojawiłem się na spotkaniu i imię, jakim przedstawiłem się mojemu lordowi. On chyba lubi to wcielenie, jakie przybrałem: odpowiada ono jego oczekiwaniom, jakie stale wobec mnie zwiększa. Doskonały lord o zapachu krwi… nie sądzę, żeby w wypadku, gdyby to on wybierał dałby mi czerwone włosy i delikatny uśmiech. Nie sądzę, żeby w pierwszej chwili myślał o kimś podobnej postury, jaką przybrałem. Ale nigdy też nie zażądał zmian, nawet, gdy zdawał sobie już sprawę z takiej możliwości.

"Jesz dusze, Cyrusie. Taka jest cena twojej decyzji". Przeczytaj o pierwszym posiłku Yoggotty i tragicznej śmierci barmana.
Ryc. 6 Moje pierwsze ulepione ciało

Nim ulepiłem się znów z atomów rozrzuconych w takim nieładzie zjawił się pan Asmodeusz. Nie był zły, jak się spodziewałem, ani nawet specjalnie zaskoczony. Nie byłem najwyraźniej jedyną Yoggottą, która dzięki niemu nią została. Zlepił mnie z pewnym rozbawieniem, pewnością, jakiej mi brakło. Czułem, co robi, jak rzeźbi w materii i uczyłem się jak tego dokonać – to były moje pierwsze instrukcje. Nauczyłem się lepić sobie ciało, ludzką niemalże powłoczkę do ukrywania postępującej zgnilizny, jak piszą księgi. Ukrywania tego, czym się stałem.

Nie przypominałem siebie. W lustrze, zawieszonym na ścianie w pokoju, zobaczyłem kogoś zupełnie, zupełnie innego. Dość pulchnego blondyna o zestrzyżonych w szpic włosach i kanciastej żuchwie. Nie było źle, jak na pierwszy raz. Demon obserwował mnie niezbyt dumny z naszego wspólnego dzieła, ale i zaciekawiony tym, co ode mnie usłyszy. O nic nie pytał: stał i oczekiwał na mój ruch.

– Umowa nie obowiązuje, prawda? – zapytałem zupełnie obcym sobie głosem, dość twardym, dużo bardziej niż poprzedni.

– Musiałbyś mieć, czym mi zapłacić, a nie masz. Twoja dusza zlała się w jedno z duszą śmiertelnika i przestała być energią. Ulepiła dla ciebie cielsko potwora, które schowaliśmy wspólnie za nieco ładniejszą skórką. Co zamierzasz dalej? – demony nie są dobrymi kompanami w takich sprawach. Nie przypominają w niczym dobrych przyjaciół, nie radzą tak by być delikatnymi. Są znudzone, tak, jak mój lord nigdy nie był.

– Chyba… chyba dowiedzieć się jak mam na imię – nie czułem niepewności, ani strachu. Odkryłem właśnie, że jestem nagi, ale nie było też wstydu. Nie było tylu uczuć, do których się przywiązałem ale wtedy nie zajmowało mnie to wcale: czułem ulgę po tak długim trwaniu gehenny pracy przy starym, chociaż o niej samej nawet nie pamiętałem.

– To, które masz, nie jest aktualne, bo nie jesteś człowiekiem. Znajdź kogoś, kto ci jakieś nada – odpowiedział demon. Patrzyłem na niego i wierzyłem, że może mieć rację.

– Jesteś tu, więc proszę, nadaj mi jakieś – poprosiłem, chociaż nie brzmiało to jak prośba. Zaczynało mi się wolno przypominać, co się stało, kim był człowiek, którego zwłoki leżą na łóżku, kto stoi przede mną. Wszystko zaczynało się układać kawałek po kawałeczku. Za wyjątkiem mojego imienia… zauważyłem też coś jeszcze: pamiętałem wszystko to, co pan Felister Macbrückner. Pamiętałem wszystko, czego uczył, potrafiłem też wytłumaczyć wszystko, dokładnie jak on. Miałem jego umiejętności.

– Skąd jesteś? – pytanie demona zabrzmiało przekomicznie. Skąd miałem wiedzieć skąd jestem, skoro nie znałem własnego imienia?

– Nie wiem… ze świata – odpowiedziałem mechanicznie. Skąd miałem wiedzieć skąd jestem? Nie wiedziałem nawet, czym jestem, a skoro nie wiem czym jestem i jakie mam imię, jakie ma wtedy znaczenie skąd przychodzę?

Przez myśl przemknęło mi też jeszcze coś: a jeśli pochodzę z jakiegoś obrzydliwego miejsca? Co jeśli będę bardziej poniżony przyznając się do miejsca, z którego przyszedłem, niż nie wiedząc wcale? Niektórych rzeczy nie powinniśmy wiedzieć. I do dziś dzień nie wiem, jak nazywała się ta planeta porośnięta kwieciem miłobystrza, o którym moja matka wspominała z takim rozrzewnieniem.

– Weź imię Cyrus Desmondo. Jest dobre, brzmi tak jak powinno, jak na sługę przystało. Nie najesz się już jedzeniem takim jak dotychczas. Potraktuj je jako przyjemność, albo rozrywkę… jesz dusze Cyrusie. Taka jest cena twojej decyzji – uśmiechnął się patrząc wszystkimi oczami na podłogę przy łóżku. Dopiero zauważyłem: wraz z tym jak pojawiały się w mojej głowie wspomnienia na podłodze pojawiało się ciało. Poznawałem wolno te rysy twarzy, rozumiałem powolutku, co tam leży. Moje ponad dwudziestoletnie ciało składało się tam wolno, bezwładne, chude i blade.

Moja nieśmiertelność leżąca w takim miejscu, zupełnie bezbronna. Wiedziałem instynktownie, co to jest i co należy z tym zrobić. Czułem przez skórę, że od tego wątłego, paskudnego ciałka zależy moje własne dalsze życie. Być może to jest coś, co Yoggotty po prostu wiedzą, tak jak malutkie żółwie wykluwające się na plaży wiedzą, że muszą iść w stronę morza. Wiedziałem, że trzeba stąd odejść i nie bałem się niczego. Nawet pana Asmodeusza: nie byłem już człowiekiem, a tylko ludzie naprawdę boją się swoich demonów. Mój mnie stworzył, przez przypadek, istotnie, ale jednak: stworzył.

Wziąłem je na ręce i wyszedłem stamtąd, potem na górę, na powierzchnię: nie przejmowałem się niemal zupełnie zniesmaczonymi i przerażonymi spojrzeniami innych. Nie byłem człowiekiem, więc nie obchodziło mnie zdanie innych tych istot, a może zwyczajnie nie chciałem o tym wtedy myśleć. Teraz pewnie bym im coś odpowiedział, uspokoił, poprosił o ubranie, ale nie wtedy.

Wyszedłem na powierzchnię i poszedłem do domu. Nie chciałem zostawać w tej formie, ale nie miałem ku temu żadnego wyjścia. W domku na powierzchni było pusto. Pusto i pełno kurzu, którego tak bardzo nienawidzę. Czasami myślę, że to miejsce nauczyło mnie porządku bardziej, niż mógł to zrobić ktokolwiek inny. Znalazłem księgę, która mówiła o tym, jak otworzyć portal… portal do gdzie indziej, gdzie mnie nigdy nie było, gdzie nikt niczego nie wie. Trzeba było stąd uciekać, ukryć swoje ciało w bezpiecznym miejscu. Byle jak najdalej stąd: na jakiejś obcej planecie.

Uciekłem do miejsca, gdzie ziemia była niebieska, a liście roślin żółte. Kolory zależą od kąta padania promieni słonecznych, atmosfery, chropowatości powierzchni, budowy oka… nic się nie zmienia. Spędziłem tam naprawdę dużo czasu: ponad rok. Wybudowałem w tym czasie przepiękną kaplicę: tylko to robiłem dzień w dzień pomiędzy przerwami na sen. Wiedziałem jak to zrobić, ponieważ Felister wiedział. Zbudowałem ją, pokój bez drzwi, za to z grubymi ścianami, naprawdę grubymi. Trzeba było chronić to, co miałem najcenniejsze: już nie moją martwą duszę, nie ciało – moją nieśmiertelność, jedyne, co mi zostało.

Potem wróciłem na Leokasję i za pieniądze, jeszcze należące do matki kupiłem ubranie – nikogo nie dziwiło, że przyszedłem nagi. Kiedy mieszka się na Leokasji trudno nie widywać podobnych przypadków: najczęściej jest to skutek zemsty za niespłacony rachunek, albo zakładu, ale nie dla mnie.

Przedstawiałem się nowym imieniem, chociaż moja postawa nie zmieniała się specjalnie. Nadal stanowiłem element wystroju baru, tyle, że z inną twarzą i innymi rękami. To też nie było niczym nowym w miejscu, które przecież odwiedzał mój lord, aniołowie, demony, pan Lucyfer i dwukrotnie żona mojego lorda – podobno i mój doskonały lord przyszedł tam kiedyś z nową twarzą i zażądał, by go nadal słuchano.

Pamiętałem już swoje imię i nazwisko, z którym przyszedłem na świat. Kodar Antelon. Jeszcze zabawniejsze niż powinno być. Poznano mnie po tym jak gapiłem się w lakierowaną ladę, a ja nie zaprzeczyłem. Takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza na Leokasji: a wtedy nikt nie zadaje pytań. Nie trzeba wiedzieć, nie trzeba pamiętać. Wtedy, siedząc w barze, słyszałem różne rzeczy. Słyszałem, że lord nie żyje, że wybuchła wojna domowa w Piekle, a teraz toczy się pomiędzy Niebem, a demonami. Rozejm znów został zerwany… .

To zaskakujące gdzie można się dowiedzieć, co dzieje się u góry i o jaką stawkę gra się toczy. Nie na dworach możnowładców, czy nawet wśród najlepszych instytucji, jak siedziba Unii Zjednoczonych Planet. Nie. Dopiero tam, gdzie mój lord ma interesy i tam, gdzie to oznacza zmiany strefy wpływów – czyli na czarnym rynku, którego w tym czasie swoistą stolicą była Leokasja. Wojna zawsze zaczyna się w takich miejscach: nie rozprawiają o niej zawzięcie hodowcy warzyw i sprzedawcy sukienek, ale żwawo myślą o niej ci, którzy mogą opchnąć coś armii, albo zmienić swój zasięg. Dla sprzedawców broni to idealna okazja do przemytu. Gdy ludzie się boją kupią każdą broń- nieważne czy jest im potrzebna.

A więc trwała wojna, strefy wpływów należały teraz do pana Conee. Nie widziałem na oczy tego unieśmiertelnionego człowieka do momentu, aż trzeba było z nim rozmawiać z polecenia mojego lorda: czyli jeszcze bardzo długo. Gdyby nie wspomniana wojna nigdy nie spotkałbym pana Asmodeusza i mój lord nie miałby swojej żony. Nic nie potoczyłoby się tak, jak rzeczywiście się stało.

Będąc tym, kim się stałem czułem zapachy… odkryłem, że ludzie potrafiący więcej pachną dla mnie lepiej. I bez znaczenia czy są spoceni i niedomyci, czy świeżo spryskani drogimi perfumami. Oczywiście wolę tych czystych… taki nawyk, jeszcze z dzieciństwa – ale w ostatecznym stanie nie ma to żadnego wpływu na to, czy danie mnie przyciąga, czy nie. Dobre posiłki zachowują się podobnie do świeżych bułeczek w piekarni – ich zapach przyciąga i sprawia, że stajesz się głodny, nawet, jeśli jesteś pełny. Chciałem nauczyć się walczyć… to przydatna umiejętność jak zauważyłem, zwłaszcza w czasie wojny. Daru obserwacji, na całe szczęście, nie musiałem nikomu odbierać.

Nauczyłem się do tej pory, że lepiej paktować jest z realistami. Są skłonniejsi oddać coś, w co nie wierzą. Znalazłem więc siedząc w barze takiego handlarza bronią, który mówił o sprawach wojny pomiędzy Niebem a Piekłem jakby chodziło o proces przyrodniczy. Nie podobał mi się sposób, w jaki mówił, ale podobało się to, co ze sobą przynosił… nie miałem wtedy świadomości, że te umiejętności mam, jak zresztą każda Yoggotta, tak samo dobrze rozwinięte, jak zmysł tego, co trzeba zrobić z pierwszym swoim ciałem.

Poszedłem do niego i zapytałem czego chce za swoją duszę.

– A czego mogę chcieć? Browar i koronę ze szczerego złota! – był pijany. Interesów nie należy dyskutować z ludźmi pod wpływem alkoholu, jak się szybko okazało. Mogą nie pamiętać nic, kiedy wytrzeźwieją. Po za moim niezwykłym lordem: on nie zapomina o niczym, co istotne. Zresztą, gdyby czekać aż wytrzeźwieje, musiałbym nieustannie milczeć.

Przyniosłem i jedno i drugie, chociaż koronę musiałem ukraść z muzeum. Mieliśmy na Leokasji jedno, myślę, że tylko w celu przechowywania tam tego przedmiotu. Nie było głośno, gdy zginął, tu często zdarzały się podobne rzeczy.

Handlarz zabrał prezenty, podpisał papier i dalej prowadził swoje zabawy, do późnej nocy. Tańczyli z nim inni, świętowali coś, mówili, że ktoś dostał zamówienie na duże ilości broni termojądrowej, że będą z tego pieniądze. Pili, rechotali i skakali po całym lokalu, a potem pokładli się spać. Wtedy też odważyłem zgłosić się po zapłatę: było inaczej, niż z Macbruknerem, ponieważ ten człowiek jeszcze żył. I nie byliśmy w pokoju sami.

Pan Mear, bo tak miał na imię handlarz, nigdy nie sypiał sam. Nie był głupi, miał ochronę. Teraz takie błahostki nie stanowią dla mnie żadnej przeszkody: na przykład, gdy mój lord czekał na mnie w siedzibie Unii przeszedłem przez cały system zabezpieczeń. Albo wcześniej, gdy przychodziłem do Piekła, lub gdy walczyłem z panem Belzebubem i wygrałem… ah, co to była za walka! Dzisiaj nie boję się żadnej potyczki, nie przeraża mnie krew i broń: Yoggotty są nieśmiertelne i doskonale przygotowane do obrony przed ludźmi. Gdy jednak wchodziłem do pokoju znajdującego się nad barem, w którym pan Mear postanowił spędzić noc byłem kimś zupełnie innym.

Kimś nieprzyzwyczajonym, pomimo miejsca, w jakim się wychowałem, do bójek i przemocy. Wszystko, co do tej pory się działo, działo się obok mnie, nie dotyczyło nigdy tego, w czym brałem udział – podobnie jak ja byłem elementem wystroju baru, tak i dla mnie ci toczący, nawet bardzo zażarte walki, byli tylko tłem, które skrupulatnie ignorowałem: nie myślałem wtedy o tym jak teraz, nie pociągał mnie żaden rozlew krwi, nie cieszyło już niebezpieczeństwo. Zresztą… niepodobna, żeby mogło: nie czułem przecież tych ludzkich namiętności, w tym również pociągu do przygody, który jako dzieciakowi, pozwolił mi zobaczyć mojego lorda.

Zaskoczyli mnie ochroniarze handlarza, czy może zwykli najemnicy, jak to tytułuje ich mój lord. Zresztą zgodnie z prawdą trzeba powiedzieć: gdybym wtedy znał się na ludziach jak dziś i potrafił rozpoznać najemnika, jego charakter, nie próbowałbym nawet się szarpać, tylko zaproponował korzystną w ich mniemaniu cenę. Ale nie wiedziałem o najemnikach zupełnie nic, po za tym, że to nie są nigdy mili ludzie. Schwytano mnie jak zwierzę pod boki i chociaż się nie bałem, to muszę przyznać, że chciałem wtedy tylko uciekać. Nie myślałem już o posiłku i głodzie: nie był silny, a przynajmniej nie bardziej, niż ten, jak wywołuje obiad postawiony na stole nawet, gdy wcześniej nie czuliśmy nic.

Skąd mogłem wiedzieć, że mam w sobie moc, żeby się ich wszystkich pozbyć? Żeby jednym susem przerzucić ich zwaliste, tłuste cielska utytłane w kurzu i pocie przed siebie i dobić ich jednym, sprawnym, eleganckim ruchem, nie brudząc przy tym nawet tych drogich rękawiczek, jakie zacząłem nosić? Zresztą i bez przemocy można było ich uziemić kilkoma prostymi słowami, Melodią Zgubionych, jak to powiedział kiedyś jeden z moich rywali. Ale by grać trzeba znać nuty i mieć wprawne ku temu narzędzie, miękki głos rozchodzący się w odpowiedniej tonacji i łaskoczący swoje struny gdzie trzeba. Trzeba znać słowa, które nie urodzą się w sposób obrzydliwy i karykaturalny brudząc przy tym tapicerki i dywany, z dzikim wrzaskiem wypadając na świat i słońce, a wysuną się miękkim krokami z cienia i w sposób kuszący odsłonią krągłości liter, z których się składają. Nie znałem wtedy nawet kunsztu poruszania się kusząco i wprawnie, więc do głowy nie przychodziły mi też słowa, jakimi mógłbym tego dokonać. Będąc w zgodzie z prawdą: nie przychodziły do niej żadne sensowne słowa.

Czy można nie zapłacić Yoggottcie? To chyba właściwe pytanie na tę okoliczność. Dwójka rosłych, tłustych mężczyzn trzymała mnie pod boki, trzeci kazał zabrać mnie na korytarz. Nawet nie zobaczyłem zza jego szerokiej sylwetki pana Meara. Nigdy wcześniej nie znajdowałem się w podobnej sytuacji… może kiedy ten lekarz mnie bił… może. Ale nie mogło się to równać z tą pułapką, w jakiej się znalazłem. Trójka dobre opłaconych najemników naprzeciw Yoggotty. Ach… gdyby stanęło pomiędzy mną, a moim lordem i tysiąc nikt by nie przetrwał: człowiek naprzeciw Yoggotty jest bowiem podobny do trzciny, stającej oporem przeciwko huraganowi. Ale nie wiedziałem o tym wtedy… nic nie wiedziałem, oprócz tego, że chcę jeść i że moje ciało musi być bezpieczne: to naprawdę niewiele informacji.

Nie odpowiedziałem nic na ich uśmiechy, ani na rechoty. Nie byłem nigdy tak wygadany jak mój lord, nie potrafiłem odnaleźć właściwych słów, a nawet, jeśli i takie przychodziły to nie pozwalałem im wypełznąć na świat zbyt szybko, w obawie, by nie okazały się tylko kwintesencją ironii mojej sytuacji, jeśli przegram. Związali mnie i lali, nie pamiętam nawet jak długo. Omdlałem w trakcie tego procederu. Z bólu, czy może ze strachu – tak, strachu, którego od ponad roku wówczas nie odczuwałem. Wiem, że gdy się ocknąłem słońce dawno wisiało na niebie i wiem też, nie miałem siły wstać… nie mogłem, moje nogi nie chciały współpracować. Bolał kręgosłup, bardziej niż bolał… nieco ponad pośladkami – od tego bólu, w dół, nie mogłem się ruszyć, ale nie to mi chodziło po głowie: mój obiad odszedł.

Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Byłem posiniaczony i zmęczony, w podartych, zakrwawionych ubraniach: tym gorzej, że zakrwawionych moją własną posoką. Pachniała obco niemal… zwróciłem na to uwagę. Zupełnie inaczej niż krew ludzka, krew Yoggott nie ma charakterystycznego metalicznego posmaku i zapachu – przypomina raczej zapach drewnianych wiórów sypiących się spod maszyn. Zapach zeschłych roślin. W ostateczności podobni jesteśmy im bardziej niż czemukolwiek innemu w przyrodzie: nic nie może nas już ocalić, a jednak trwamy na pomnik dawnych uciech.

Nie ruszałem też trzema palcami prawej dłoni. Nie miałem zęba, lewej jedynki. Ale żyłem i myślałem: teraz uczucie ssania w przełyku przybrało na sile. Byłem głodny.

Nie wstałem. Nie potrafiłem wtedy się pozbierać. Nie miałem sił, aby wołać o pomoc: zresztą, co bym powiedział? Pobito mnie? Mnie, nieśmiertelnego? Prawdopodobnie tylko dlatego przeżyłem: ponieważ byłem nieśmiertelny. Nierozsądnie byłoby wierzyć, że miałbym na to jakąkolwiek szansę bez tego. Znalazł mnie barman, nieszczęsny, tłusty barman, który poszedł sprawdzić, jaki bałagan zostawili po sobie odchodzący goście. Zabrał mnie stamtąd i położył na łóżku, na którym jeszcze tak niedawno spoczywał mój niedoszły obiad, nawet nie wiedząc, jaki ból mi tym sprawia. Zaczynało ssać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy czułem ten zapach… smaczny, dobry. Miał to, czego chciałem. Ale byłem bezsilny, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Czy można nie zapłacić? Nie będę udawać, że wiem jak trzeba było się składać z powrotem, że to była błahostka i pomyślałem o tym od razu. Chciałem jeść i nic nie mogło mi stanąć na przeszkodzie. Oglądało mnie trzech lekarzy, żaden nie tłumaczył się z tego, co widział mi – wszyscy opowiadali o moim stanie barmanowi. Nie musieli mi nic mówić: wiedziałem doskonale co mi jest. W końcu i barman przyszedł do mnie i usiadł obok, na brzegu łóżka.

– Jesteś sparaliżowany Inteligenciku… nigdzie już nie pojdziesz. Doktory mówią żeśta kręgosłup połamali i tera nic się nie da zrobić. Ale nie martwa się tam… patrzta, jaki ci piękny wózeczek żem sprowadził… nie masz ta co się martwić. Znajdziemy ci ta jaką robotę… nie chciałbyś tu czasem za strawę i nocleg liczyć towarów? – mówił, cały czas mówił, jakby wierzył, że naprawdę nie wiem, co mi jest. Potem przyprowadził wózek… drewniany, niewygodny wózek i posadził mnie na nim. Nie odzywałem się wcale, bo jakie ma znaczenie to, co miałem do powiedzenia. Sprowadził mnie z wózkiem na dół, po schodach, kończących się po prawej od wejścia, zaraz przy barze.

Nieszczęsny pan Fetratenbauden, wszystkim znany, jako Freta. Nigdy nie przypominał mi tego uroczego zwierzątka… bardziej raczej zmęczonego psa, albo sędziwą małpę. Nie pasowało do niego to skomplikowane imię wcale: był prostym człowiekiem, doskonale wiedzącym, komu się kłaniać. Przez lata pacy w tym miejscu nauczył się doskonale jak działają ludzkie charaktery… tego, co i ja wiem dzisiaj: dokładnie tak samo jak wiedział on. Gdy był obok znosząc mnie… zapachniał mnie wtedy.

– Proszę pana… jestem głodny – wyrzęziłem świszcząc przez dziurę po zębie. Naiwnie uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Nakarmię cię Inteligenciku. Co byś chciał? Mam świetną potrawkę z mięsa trzewnego… – zrozumiał, chyba, że chcę czegoś konkretnego, bo przerwał na moment przypatrując mi się. – Maszta na coś ochotę?

– Tak proszę pana. Ma pan coś bardzo smacznego… będę dozgonnie wdzięczny, jeśli mi pan to da… do tego potrzeba mi tego na piśmie. Mam druk w kieszeni… niech pan podpisze i powie, o czym pan zawsze marzył… tylko krwią. Proszę – mówiłem słabo patrząc mu w oczy. Och, dzisiaj zrobiłbym to o wiele wprawniej, z odpowiednią gracją i ukłonem. Zjadłbym posiłek jak należy, a nie licząc na łut szczęścia, licząc, że ciało znów się rozleci, a ja ulepię nowe.

Barman znał mnie od dawna, od dziecka właściwie, bo odkąd pierwszy raz wszedłem do baru i siedziałem tam gapiąc się w lakierowany blat tak, jakby był z czystego złota. Lubił mnie, traktował dobrze, jak mało kto później: lubił mi pomagać, lubił mówić i tłumaczyć. To on mnie poznał, gdy wspomniał komuś o Inteligenciku, a ja się odwróciłem. Był chyba moim przyjacielem, chociaż trudno być pewnym: na Leokasji nigdy nic nie wiadomo.

Patrzył na mnie zdziwiony, unosił brwi do góry, uchylał usta. Myślę, że już dawno się domyślił o co mi chodzi… wiem to.

W barze było tego dnia dużo gości, jego pracownica nalewała drinki i kufle z piwem, kilku facetów strzelało do tarczy na ścianie i żaden nie chybiał, ani razu, dwie prostytutki zabawiały starego faceta siedzącego przy wejściu. Był zupełnie łysy, tak, że jego skóra odbijała światło, podobnie do wypolerowanego szkła, ale dysponował przepiękną białą brodą. Grało radio jakąś rzępolącą piosenkę na gitarę klasyczną, nucił ją też jakiś młody rudy chłopak przy barze palący papierosa. Światło wdzierało się przez brudne, wąskie okno przy drzwiach, podzielone stelażem na mniejsze okienka, nie większe od rozłożonej dłoni. Sztuczne drzewko przy moim stoliku stało dzisiaj trochę krzywo, ktoś musiał je potrącić wcześniej. Wszystko było jak zawsze, co jakiś czas ktoś zerknął na nas przelotnie. Nic się nie stało: to tylko barman i ten chłopak, którego pobili w nocy… oni słyszeli jak się szamotam, bar był otwarty całą noc, ale nikt nie wszedł tam, żeby mi pomóc.

Tylko na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Wiedział, o co proszę, wiedział, dlaczego byłem u góry. Słuchał, gdy układałem się z handlarzem. Yoggotty mają swój honor, ale przychodzi on dopiero z wiekiem i rozumem. I z uczuciami – gdy nic się nie czuje nie sposób też postępować według zasad.

Wyjął z mojej kieszeni kartkę, przeczytał i chwilę patrzył mi w oczy, spokojnie, prawie tak jak robiła to matka. Trzeba mi było pozwolić mu odejść, powiedzieć coś… ale głód ssał bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Podpisał.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że męczył mnie potworny głód, gorszy niż cokolwiek innego, gorszy jeszcze od tego strachu, jaki czułem, gdy moje ciało rozpadło się po raz pierwszy. Głód Yoggotty jest potworny, paraliżuje wszystkie zmysły i ssie w przełyku, zasysa skronie do środka, zakłada ciasną obręcz wokół mózgu i kładzie zmęczenie na oczy: a gdy rośnie i opadają wszystkie siły, w jakie uzbrojona jest każda szanująca się Yoggotta, czuć jak żołądek przyrasta do kręgosłupa, płuca się kurczą i ślina zasycha w ustach. Głód Yoggotty jest straszny, przynosi ze sobą myśli koszmarniejsze od samej śmierci i gorsze od tego, co czasami pokazuje mi mój lord. Czasami… bo czeluści jego umysłu przyćmiłyby sobą wszystkich mi podobnych. A więc głód. I niemoc. Ogarniała mnie z wszechmiar, nie miała początku ani końca, wiedziałem tylko, gdzie tkwi jej sedno. W wózku, ohydnie drewnianym, nielakierowanym, brudnym wózku. Takim samym, jak mieszkanie, w którym rosłem.

Wsunął mi ten kwitek do kieszeni, a potem uśmiechnął się słabo.

– Chodźmy na spacer – powiedział i wyprowadził wózek na zewnątrz, na kurz i słońce. Nic nie mówił pchając go przed siebie, aż na małe poletko kwiatów, żółtych kwiatów Latorcjum, jakimi mój lord doprawia swoje zioła, gdy je pije. Tam się zatrzymał i stanął przede mną.

– Inteligenciku… naprawdę jej potrzebujesz, co nie? Ten staruch od księgi cię tak załatwił? Ten, co zostawił li ten kwarcyk? – mówił cicho rozglądając się na boki. Pokręciłem głową. Yoggotty muszą nauczyć się dopiero emocji od nowa, poznać, co jest dla nich dobre… dlatego najczęściej jesteśmy tacy zarozumiali i bezwzględni. Rozmawiamy przecież z jedzeniem, z niczym więcej. Mój lord wybudził mnie z tego stanu, jako pierwszy… wtedy jeszcze niczym się nie przejmowałem. Byłem głodny, pan Mear uciekł, więc co mi zostało?

– Sam to zrobiłem i nie ma już odwrotu. Jak od pana podpisu… co pan za nią chce? Zapłacę – odpowiedziałem bez wahania. Nie zadrżał mi głos, nie drgnęła twarz. Barman kręcił głową.

Może to słońce Leokasji wypaliło mu rozum do reszty, a może miał po prostu gorszy dzień. Może czuł się winny, że nie zatrzymał ich wtedy na piętrze, gdy pierwszy raz w życiu spotkałem się z takim przyjęciem? W istocie nie było potrzeby czuć się winnym: jako Yoggotta miałem nad nimi przewagę, tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy.

– Nic nie chcę chłopcze. Jeśli to pomoże to problema nie było. Trwa wojna… i tak nie ma dokąd leźć jako się kipnie. Nigdy nic nie chcieliśta… weźta chociaż to – odpowiedział mi. Myślę, że to upał robił swoje. Upał i alkohol: bo jak można było nie chcieć niczego? Do tej pory nie rozumiem: to nie logiczne. Nie znaliśmy się przecież aż tak dobrze, jedynie u niego siedziałem. Nie odzywałem się, gdy nie pytali i zamawiałem po wielokroć wodę, czasem herbatę.

Nie powiedziałem mu jednak wtedy, że powinien coś chcieć. Wyszeptałem wyuczoną na pamięć regułkę i wziąłem to, co wypadło. Tym razem dużo wprawniej nawinąłem ją na połamane palce i wsunąłem do ust i przeżuwałem, tak długo, aż ucichły jego słowa. Ciało osunęło się przede mnie na ziemię, a ja przestałem być głodny, przeżywałem swoją cichą ekstazę jedzenia, konsumowania i trawienia. Tym razem jednak nadal byłem swoim ulepionym, okaleczonym ciele, które nadal przykute było do wózka. Połamanymi palcami obracałem koła wracając do domu… bolało, ale nikt inny nie mógł już tego zrobić.

Od dnia, kiedy mnie pobili minęły cztery doby. Trzy przeleżałem na piętrze, badany przez trzech różnych lekarzy, a czwartego pożarłem jedyną osobę, która na tej przeklętej i zapomnianej przez wszystkich planecie chciała mi pomóc.

Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Pytanie warte więcej, niż sama odpowiedź. Yoggotty zawsze się najedzą i zawsze dopilnują obiadu… czasami potrzeba na to jedynie czasu: takiego samego, jakiego potrzeba na to, by doszły do siebie. Byłem sam na własne życzenie, silniejszy, ponieważ najedzony i miałem tylko jeden cel: znaleźć mój obiad i oprawców – rozprawić się z nimi. Wiedziałem już to, co wiedział barman: wiedziałem kim są i co robią. I przysięgam na mój kontrakt z lordem, że nie spodobało mi się to samo, co teraz czyni mój doskonały lord z moją pomocą. Handlowali dziećmi… i mogłem coś z tym zrobić: ich szef należał do mnie.

 

 

Chapter VII Hunger

To put oneself back together—each atom of the body placed, by one’s own hand, precisely where it belongs—is a simple task. Truly simple. Especially when one knows how it is done. It resembles, in some small measure, arranging one’s hair or adjusting one’s attire before stepping out. If one wears a body as one wears clothing, it acquires a far more agreeable nature: it interferes much less with whatever one intends to do.

Naturally, on that particular day I knew none of this. Indeed, I knew almost nothing at all. I did not even remember my own name. Something beginning with K. I believe… What am I? Who? And where?

The fear vanished of its own accord… and with it everything else. Or perhaps it was fear that left nothing behind and therefore departed. I was no longer afraid. I did not remember what I ought to fear, and to this day I cannot say: what, precisely, was so terrible in that moment? Perhaps it was not I who feared, but my soul, twisting in that very characteristic fashion of souls, protesting against the fate to which it had been condemned. Perhaps it was she who prolonged that incomprehensible unrest and dread—and when she had finally finished her pitiful wailing, I was free.

She must have suffered, though I never had the opportunity to ask her. Besides… that would have presented several practical difficulties. How, for instance, ought one address one’s own soul? My dear self? Sir? Dear soul? And what, precisely, would one say?

I had no body, and as I soon discovered, I did not truly possess a soul either. Slowly, laboriously, I began to assemble myself—misplacing certain fragments, correcting them again, proceeding with considerable difficulty. Everything resisted.

How is one to assemble one’s body without knowing the name one bears?

Everything possesses a name, regardless of what that name may be. Spells give them, evolution gives them, that creative force which ensures that a flower knows it must be a flower and continues to scent the air regardless of what others call it later. I had been a man—that had been my given name beforehand—but I was already entirely certain that I was no longer one. Nor was I Ko… Ka… nor anything my mother had once called me.

So what was I? How was I to assemble myself?

A rather amusing dilemma, viewed from my present perspective. I know very well who I am—Yoggott. I also know that neither name nor form carries the slightest importance. Creatures such as myself receive them from our masters. Although even in this I am not wholly obedient: I chose the form in which I appeared at that meeting, and the name with which I introduced myself to my lord.

I believe he rather likes the incarnation I selected. It suits the expectations he continues to raise for me. My perfect lord, who smells faintly of blood… I doubt that, had he chosen for me, he would have given me red hair and a delicate smile. Nor do I imagine his first thought would have been a figure like the one I adopted. Yet he has never once demanded that I change it, even after he understood perfectly well that such a change was possible.

Surowy szkic twarzy pulchnego blondyna o kanciastej żuchwie – pierwszej powłoki przybranej przez Cyrusa Desmondo po przemianie w Yoggottę. Styl mrocznej makabry i dark fantasy. Fig. 6. My First Molded Body

Before I had managed to assemble myself fully from the atoms scattered in such disorder, Mr. Asmodeus appeared. He was not angry, as I had expected, nor even particularly surprised. I was evidently not the only Yoggott who had become one through his agency.

He gathered me together with a certain amusement and a confidence that I sorely lacked. I felt what he was doing—how he shaped the matter—and I learned as he worked. Those were my first instructions. I learned to mold myself a body: an almost human shell, a covering meant to conceal the progressive decay of which the books speak. To conceal what I had become.

I did not resemble myself.

In the mirror hanging upon the wall of the room I saw someone entirely different: a somewhat plump blond fellow with hair cut to points and a square jaw. Not bad for a first attempt. The demon observed me, not particularly proud of our joint creation, though clearly curious what I would say next. He asked nothing. He simply stood and waited for my move.

“Then the agreement no longer stands, does it?” I asked in a voice wholly unfamiliar to me—rather harder than the one I had possessed before.

“You would need something with which to pay me,” the demon replied. “And you have nothing. Your soul fused with that of the mortal and ceased to be energy. It fashioned for you a monstrous carcass, which we have together hidden beneath a somewhat more pleasing skin. What do you intend to do now?”

Demons are not good companions in such matters. They resemble good friends in nothing. They do not advise gently. They are bored—something my lord has never been.

“I suppose… I should discover what my name is,” I said.

I felt no uncertainty, no fear. I had only just discovered that I was naked, yet even shame failed to appear. Many emotions to which I had once been attached were absent, but this did not concern me at the time. I felt only relief after so long a torment—though I did not remember the torment itself.

“That name you had is no longer current, since you are no longer human,” the demon replied. “Find someone who will give you another.”

“You are here,” I said. “So please—give me one.”

It did not sound much like a request.

Slowly, things were beginning to return to me: what had happened, who the man lying upon the bed had been, who now stood before me. Everything arranged itself piece by piece—except my name. I noticed something else as well. I remembered everything that Mr. Felister Macbrückner had known. Everything he had taught—I could explain it all exactly as he could.

I possessed his skills.

“Where are you from?” the demon asked.

The question struck me as absurdly comic. How was I to know where I came from when I did not know my own name?

“I do not know… from the world,” I answered mechanically.

And truly—how could I know? If one does not know what one is, nor what one is called, what possible importance can the place of origin have?

Another thought crossed my mind as well: what if I came from some revolting place? What if acknowledging it would humiliate me more than ignorance ever could? Some things are better left unknown. To this day I still do not know the name of the planet covered in the blossoms of miłobystrz, of which my mother spoke with such tenderness.

“Take the name Cyrus Desmondo,” the demon said. “It is a good one. It sounds as it ought—for a servant. You will no longer feed on food as you once did. Treat it as a pleasure, perhaps a diversion… you eat souls now, Cyrus. That is the price of your decision.”

He smiled—though all his eyes were directed toward the floor beside the bed.

Only then did I notice: as memories returned to me, a body was appearing there upon the floor. Slowly I recognized the features of that face. Gradually I understood what lay there.

My body of more than twenty years assembled itself slowly—thin, pale, lifeless.

My immortality lying in such a place, entirely defenseless.

Instinctively I knew what it was and what must be done with it. Through my skin I felt that my future existence depended upon that fragile, unpleasant body. Perhaps it is simply something Yoggotts know—just as tiny turtles hatching upon a beach know they must go toward the sea.

I knew I must leave.

And I feared nothing—not even Mr. Asmodeus. I was no longer human, and only humans truly fear their demons. Mine had created me—by accident, certainly, but nonetheless he had created me.

I lifted the body in my arms and left. Upstairs, then out to the surface. I paid little attention to the disgusted and frightened looks of others. I was not human, and therefore their opinions meant nothing to me—or perhaps I simply did not wish to think about them then. Today I would certainly answer them, calm them, perhaps request clothing. But not then.

I went home.

I did not wish to remain in that form, but I had no alternative. The house on the surface was empty—empty and full of dust, which I loathe profoundly. Sometimes I think that place taught me order more thoroughly than anyone ever could.

There I found a book describing how to open a portal—a portal to elsewhere, to somewhere I had never been, where no one knew anything of me. I had to flee. My body had to be hidden somewhere safe. As far away from here as possible—upon some alien world.

So I fled.

The place to which I went had blue earth and yellow leaves upon its plants. Colours depend upon the angle of sunlight, upon atmosphere, upon the roughness of surfaces, upon the structure of the eye… nothing truly changes.

I remained there a long time—over a year. During that time I built a chapel. A beautiful one. It was the only thing I did, day after day, between periods of sleep. I knew how, because Felister had known how.

I built it as a chamber without doors, with walls very thick indeed. It was necessary to protect the most precious thing I possessed. No longer my dead soul, nor even the body—but my immortality. The only thing left to me.

Afterward I returned to Leokasja and purchased clothing with the money that had once belonged to my mother. No one found it strange that I had arrived naked. On Leokasja one grows accustomed to such spectacles. Most often it is the result of revenge for an unpaid debt—or a lost wager.

I introduced myself by my new name. My posture changed little. I remained an element of the bar’s décor, merely with a different face and different hands. Even that was nothing unusual in a place visited by my lord, by angels, by demons, by Mr. Lucifer—and twice by my lord’s wife.

They say my perfect lord himself once came there with a new face and demanded to be obeyed all the same.

By then I remembered the name with which I had been born.

Kodar Antelon.

Even more ridiculous than one might expect.

They recognized me when I stared at the lacquered bar counter, and I did not deny it. Such things happen on Leokasja, and no one asks questions.

Sitting there I heard many things.

That my lord was dead. That civil war had erupted in Hell. That war now raged between Heaven and the demons. That the truce had been broken once more.

It is astonishing where one learns what truly happens in the higher spheres and what stakes are involved in their games. Not in the courts of the mighty, nor even in institutions as grand as the headquarters of the Union of United Planets.

No.

One learns such things where my lord conducts his business—where influence changes hands. In other words: upon the black market, whose capital at that time was Leokasja.

War always begins in places like that.

Vegetable growers and dress merchants do not debate it with passion. Those who can sell something to an army—or expand their reach—do. For arms dealers war is a perfect opportunity for smuggling. When people are afraid they will buy any weapon at all, whether they need it or not.

And so there was war. The spheres of influence now belonged to Mr. Conee. I would not see that immortalized man until much later, when my lord ordered me to speak with him.

Had that war not occurred, I would never have met Mr. Asmodeus—and my lord would never have had his wife. Nothing would have unfolded as it did.

But by then I had become something else entirely.

And I was hungry.

Rozdział VII Głód

Poskładać się z powrotem, każdy atom ciała umieścić samemu we właściwym miejscu – proste zadanie, naprawdę proste. Zwłaszcza, gdy się wie jak tego dokonać. Przypomina to nieco układanie włosów, czy poprawianie ubrania przed wyjściem. Jeśli się nosi ciało jak ubranie, ma ono zupełnie przyjemniejszą naturę: nie przeszkadza tak w tym, co robimy. Oczywiście tamtego dnia tego nie wiedziałem, ani też zupełnie niczego innego. Nie pamiętałem nawet swojego własnego imienia. Coś na K. Chyba… czym jestem? Kim? I gdzie? Strach zniknął sam… a wraz z nim wszystko inne. A może to on nie pozostawił już nic innego i dlatego odszedł? Już się nie bałem. Nie pamiętałem, czego miałbym się bać i do dziś nie wiem: co było takiego strasznego w tamtej chwili? Może nie bałem się ja, tylko moja dusza, wijąca się w bardzo charakterystyczny sposób, protestująca przeciwko losowi, na jaki ją skazuje. Może to ona sprawiała, że ten niepojęty niepokój i strach tak długo nie odpuszczały – a kiedy skończyła wreszcie tak żałośnie kwilić byłem wolny. Cierpiała chyba, ale nigdy nie miałem okazji jej o to zapytać. Zresztą… to nastręczyłoby wielu problemów: na przykład jak zwracać się do własnej duszy? Drogi ja? Proszę pana? Miła duszo? I co jej niby powiedzieć? Nie miałem ciała i jak wkrótce miałem się przekonać duszy, jako takiej, też już nie posiadałem. Składałem się powoli, z mozołem, myląc niektóre fragmenty, to znów je naprawiając. Wszystko szło opornie. Jak można składać swoje ciało nie znając imienia, jakie się nosi? Wszystko ma swoje imię, niezależnie, jakie ono jest. Nadają je zaklęcia, ewolucja, moc sprawcza, która sprawia, że kwiat wie, że ma być kwiatem i pachnie niezmiennie od tego jak go potem nazywają. Byłem człowiekiem: to było moje imię naddane wcześniej, ale byłem już zupełnie pewny, że nim nie jestem. I nie jestem Ko… Ka… ani niczym, czym mianowała mnie moja matka. Czym więc jestem? Jak mam się poskładać? Śmieszny dylemat patrząc na to teraz: wiem doskonale kim jestem - Yoggottą. Wiem też, że imię i forma nie mają najmniejszego znaczenia – takim jak ja naddają je panowie. Zresztą i temu nie jestem posłuszny do końca: sam wybrałem formę, w jakiej pojawiłem się na spotkaniu i imię, jakim przedstawiłem się mojemu lordowi. On chyba lubi to wcielenie, jakie przybrałem: odpowiada ono jego oczekiwaniom, jakie stale wobec mnie zwiększa. Doskonały lord o zapachu krwi… nie sądzę, żeby w wypadku, gdyby to on wybierał dałby mi czerwone włosy i delikatny uśmiech. Nie sądzę, żeby w pierwszej chwili myślał o kimś podobnej postury, jaką przybrałem. Ale nigdy też nie zażądał zmian, nawet, gdy zdawał sobie już sprawę z takiej możliwości. [caption id="attachment_3915" align="aligncenter" width="325"]"Jesz dusze, Cyrusie. Taka jest cena twojej decyzji". Przeczytaj o pierwszym posiłku Yoggotty i tragicznej śmierci barmana. Ryc. 6 Moje pierwsze ulepione ciało[/caption] Nim ulepiłem się znów z atomów rozrzuconych w takim nieładzie zjawił się pan Asmodeusz. Nie był zły, jak się spodziewałem, ani nawet specjalnie zaskoczony. Nie byłem najwyraźniej jedyną Yoggottą, która dzięki niemu nią została. Zlepił mnie z pewnym rozbawieniem, pewnością, jakiej mi brakło. Czułem, co robi, jak rzeźbi w materii i uczyłem się jak tego dokonać – to były moje pierwsze instrukcje. Nauczyłem się lepić sobie ciało, ludzką niemalże powłoczkę do ukrywania postępującej zgnilizny, jak piszą księgi. Ukrywania tego, czym się stałem. Nie przypominałem siebie. W lustrze, zawieszonym na ścianie w pokoju, zobaczyłem kogoś zupełnie, zupełnie innego. Dość pulchnego blondyna o zestrzyżonych w szpic włosach i kanciastej żuchwie. Nie było źle, jak na pierwszy raz. Demon obserwował mnie niezbyt dumny z naszego wspólnego dzieła, ale i zaciekawiony tym, co ode mnie usłyszy. O nic nie pytał: stał i oczekiwał na mój ruch. - Umowa nie obowiązuje, prawda? – zapytałem zupełnie obcym sobie głosem, dość twardym, dużo bardziej niż poprzedni. - Musiałbyś mieć, czym mi zapłacić, a nie masz. Twoja dusza zlała się w jedno z duszą śmiertelnika i przestała być energią. Ulepiła dla ciebie cielsko potwora, które schowaliśmy wspólnie za nieco ładniejszą skórką. Co zamierzasz dalej? – demony nie są dobrymi kompanami w takich sprawach. Nie przypominają w niczym dobrych przyjaciół, nie radzą tak by być delikatnymi. Są znudzone, tak, jak mój lord nigdy nie był. - Chyba… chyba dowiedzieć się jak mam na imię – nie czułem niepewności, ani strachu. Odkryłem właśnie, że jestem nagi, ale nie było też wstydu. Nie było tylu uczuć, do których się przywiązałem ale wtedy nie zajmowało mnie to wcale: czułem ulgę po tak długim trwaniu gehenny pracy przy starym, chociaż o niej samej nawet nie pamiętałem. - To, które masz, nie jest aktualne, bo nie jesteś człowiekiem. Znajdź kogoś, kto ci jakieś nada – odpowiedział demon. Patrzyłem na niego i wierzyłem, że może mieć rację. - Jesteś tu, więc proszę, nadaj mi jakieś – poprosiłem, chociaż nie brzmiało to jak prośba. Zaczynało mi się wolno przypominać, co się stało, kim był człowiek, którego zwłoki leżą na łóżku, kto stoi przede mną. Wszystko zaczynało się układać kawałek po kawałeczku. Za wyjątkiem mojego imienia… zauważyłem też coś jeszcze: pamiętałem wszystko to, co pan Felister Macbrückner. Pamiętałem wszystko, czego uczył, potrafiłem też wytłumaczyć wszystko, dokładnie jak on. Miałem jego umiejętności. - Skąd jesteś? – pytanie demona zabrzmiało przekomicznie. Skąd miałem wiedzieć skąd jestem, skoro nie znałem własnego imienia? - Nie wiem… ze świata – odpowiedziałem mechanicznie. Skąd miałem wiedzieć skąd jestem? Nie wiedziałem nawet, czym jestem, a skoro nie wiem czym jestem i jakie mam imię, jakie ma wtedy znaczenie skąd przychodzę? Przez myśl przemknęło mi też jeszcze coś: a jeśli pochodzę z jakiegoś obrzydliwego miejsca? Co jeśli będę bardziej poniżony przyznając się do miejsca, z którego przyszedłem, niż nie wiedząc wcale? Niektórych rzeczy nie powinniśmy wiedzieć. I do dziś dzień nie wiem, jak nazywała się ta planeta porośnięta kwieciem miłobystrza, o którym moja matka wspominała z takim rozrzewnieniem. - Weź imię Cyrus Desmondo. Jest dobre, brzmi tak jak powinno, jak na sługę przystało. Nie najesz się już jedzeniem takim jak dotychczas. Potraktuj je jako przyjemność, albo rozrywkę… jesz dusze Cyrusie. Taka jest cena twojej decyzji – uśmiechnął się patrząc wszystkimi oczami na podłogę przy łóżku. Dopiero zauważyłem: wraz z tym jak pojawiały się w mojej głowie wspomnienia na podłodze pojawiało się ciało. Poznawałem wolno te rysy twarzy, rozumiałem powolutku, co tam leży. Moje ponad dwudziestoletnie ciało składało się tam wolno, bezwładne, chude i blade. Moja nieśmiertelność leżąca w takim miejscu, zupełnie bezbronna. Wiedziałem instynktownie, co to jest i co należy z tym zrobić. Czułem przez skórę, że od tego wątłego, paskudnego ciałka zależy moje własne dalsze życie. Być może to jest coś, co Yoggotty po prostu wiedzą, tak jak malutkie żółwie wykluwające się na plaży wiedzą, że muszą iść w stronę morza. Wiedziałem, że trzeba stąd odejść i nie bałem się niczego. Nawet pana Asmodeusza: nie byłem już człowiekiem, a tylko ludzie naprawdę boją się swoich demonów. Mój mnie stworzył, przez przypadek, istotnie, ale jednak: stworzył. Wziąłem je na ręce i wyszedłem stamtąd, potem na górę, na powierzchnię: nie przejmowałem się niemal zupełnie zniesmaczonymi i przerażonymi spojrzeniami innych. Nie byłem człowiekiem, więc nie obchodziło mnie zdanie innych tych istot, a może zwyczajnie nie chciałem o tym wtedy myśleć. Teraz pewnie bym im coś odpowiedział, uspokoił, poprosił o ubranie, ale nie wtedy. Wyszedłem na powierzchnię i poszedłem do domu. Nie chciałem zostawać w tej formie, ale nie miałem ku temu żadnego wyjścia. W domku na powierzchni było pusto. Pusto i pełno kurzu, którego tak bardzo nienawidzę. Czasami myślę, że to miejsce nauczyło mnie porządku bardziej, niż mógł to zrobić ktokolwiek inny. Znalazłem księgę, która mówiła o tym, jak otworzyć portal… portal do gdzie indziej, gdzie mnie nigdy nie było, gdzie nikt niczego nie wie. Trzeba było stąd uciekać, ukryć swoje ciało w bezpiecznym miejscu. Byle jak najdalej stąd: na jakiejś obcej planecie. Uciekłem do miejsca, gdzie ziemia była niebieska, a liście roślin żółte. Kolory zależą od kąta padania promieni słonecznych, atmosfery, chropowatości powierzchni, budowy oka… nic się nie zmienia. Spędziłem tam naprawdę dużo czasu: ponad rok. Wybudowałem w tym czasie przepiękną kaplicę: tylko to robiłem dzień w dzień pomiędzy przerwami na sen. Wiedziałem jak to zrobić, ponieważ Felister wiedział. Zbudowałem ją, pokój bez drzwi, za to z grubymi ścianami, naprawdę grubymi. Trzeba było chronić to, co miałem najcenniejsze: już nie moją martwą duszę, nie ciało – moją nieśmiertelność, jedyne, co mi zostało. Potem wróciłem na Leokasję i za pieniądze, jeszcze należące do matki kupiłem ubranie – nikogo nie dziwiło, że przyszedłem nagi. Kiedy mieszka się na Leokasji trudno nie widywać podobnych przypadków: najczęściej jest to skutek zemsty za niespłacony rachunek, albo zakładu, ale nie dla mnie. Przedstawiałem się nowym imieniem, chociaż moja postawa nie zmieniała się specjalnie. Nadal stanowiłem element wystroju baru, tyle, że z inną twarzą i innymi rękami. To też nie było niczym nowym w miejscu, które przecież odwiedzał mój lord, aniołowie, demony, pan Lucyfer i dwukrotnie żona mojego lorda – podobno i mój doskonały lord przyszedł tam kiedyś z nową twarzą i zażądał, by go nadal słuchano. Pamiętałem już swoje imię i nazwisko, z którym przyszedłem na świat. Kodar Antelon. Jeszcze zabawniejsze niż powinno być. Poznano mnie po tym jak gapiłem się w lakierowaną ladę, a ja nie zaprzeczyłem. Takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza na Leokasji: a wtedy nikt nie zadaje pytań. Nie trzeba wiedzieć, nie trzeba pamiętać. Wtedy, siedząc w barze, słyszałem różne rzeczy. Słyszałem, że lord nie żyje, że wybuchła wojna domowa w Piekle, a teraz toczy się pomiędzy Niebem, a demonami. Rozejm znów został zerwany… . To zaskakujące gdzie można się dowiedzieć, co dzieje się u góry i o jaką stawkę gra się toczy. Nie na dworach możnowładców, czy nawet wśród najlepszych instytucji, jak siedziba Unii Zjednoczonych Planet. Nie. Dopiero tam, gdzie mój lord ma interesy i tam, gdzie to oznacza zmiany strefy wpływów – czyli na czarnym rynku, którego w tym czasie swoistą stolicą była Leokasja. Wojna zawsze zaczyna się w takich miejscach: nie rozprawiają o niej zawzięcie hodowcy warzyw i sprzedawcy sukienek, ale żwawo myślą o niej ci, którzy mogą opchnąć coś armii, albo zmienić swój zasięg. Dla sprzedawców broni to idealna okazja do przemytu. Gdy ludzie się boją kupią każdą broń- nieważne czy jest im potrzebna. A więc trwała wojna, strefy wpływów należały teraz do pana Conee. Nie widziałem na oczy tego unieśmiertelnionego człowieka do momentu, aż trzeba było z nim rozmawiać z polecenia mojego lorda: czyli jeszcze bardzo długo. Gdyby nie wspomniana wojna nigdy nie spotkałbym pana Asmodeusza i mój lord nie miałby swojej żony. Nic nie potoczyłoby się tak, jak rzeczywiście się stało. Będąc tym, kim się stałem czułem zapachy… odkryłem, że ludzie potrafiący więcej pachną dla mnie lepiej. I bez znaczenia czy są spoceni i niedomyci, czy świeżo spryskani drogimi perfumami. Oczywiście wolę tych czystych… taki nawyk, jeszcze z dzieciństwa – ale w ostatecznym stanie nie ma to żadnego wpływu na to, czy danie mnie przyciąga, czy nie. Dobre posiłki zachowują się podobnie do świeżych bułeczek w piekarni – ich zapach przyciąga i sprawia, że stajesz się głodny, nawet, jeśli jesteś pełny. Chciałem nauczyć się walczyć… to przydatna umiejętność jak zauważyłem, zwłaszcza w czasie wojny. Daru obserwacji, na całe szczęście, nie musiałem nikomu odbierać. Nauczyłem się do tej pory, że lepiej paktować jest z realistami. Są skłonniejsi oddać coś, w co nie wierzą. Znalazłem więc siedząc w barze takiego handlarza bronią, który mówił o sprawach wojny pomiędzy Niebem a Piekłem jakby chodziło o proces przyrodniczy. Nie podobał mi się sposób, w jaki mówił, ale podobało się to, co ze sobą przynosił… nie miałem wtedy świadomości, że te umiejętności mam, jak zresztą każda Yoggotta, tak samo dobrze rozwinięte, jak zmysł tego, co trzeba zrobić z pierwszym swoim ciałem. Poszedłem do niego i zapytałem czego chce za swoją duszę. - A czego mogę chcieć? Browar i koronę ze szczerego złota! – był pijany. Interesów nie należy dyskutować z ludźmi pod wpływem alkoholu, jak się szybko okazało. Mogą nie pamiętać nic, kiedy wytrzeźwieją. Po za moim niezwykłym lordem: on nie zapomina o niczym, co istotne. Zresztą, gdyby czekać aż wytrzeźwieje, musiałbym nieustannie milczeć. Przyniosłem i jedno i drugie, chociaż koronę musiałem ukraść z muzeum. Mieliśmy na Leokasji jedno, myślę, że tylko w celu przechowywania tam tego przedmiotu. Nie było głośno, gdy zginął, tu często zdarzały się podobne rzeczy. Handlarz zabrał prezenty, podpisał papier i dalej prowadził swoje zabawy, do późnej nocy. Tańczyli z nim inni, świętowali coś, mówili, że ktoś dostał zamówienie na duże ilości broni termojądrowej, że będą z tego pieniądze. Pili, rechotali i skakali po całym lokalu, a potem pokładli się spać. Wtedy też odważyłem zgłosić się po zapłatę: było inaczej, niż z Macbruknerem, ponieważ ten człowiek jeszcze żył. I nie byliśmy w pokoju sami. Pan Mear, bo tak miał na imię handlarz, nigdy nie sypiał sam. Nie był głupi, miał ochronę. Teraz takie błahostki nie stanowią dla mnie żadnej przeszkody: na przykład, gdy mój lord czekał na mnie w siedzibie Unii przeszedłem przez cały system zabezpieczeń. Albo wcześniej, gdy przychodziłem do Piekła, lub gdy walczyłem z panem Belzebubem i wygrałem… ah, co to była za walka! Dzisiaj nie boję się żadnej potyczki, nie przeraża mnie krew i broń: Yoggotty są nieśmiertelne i doskonale przygotowane do obrony przed ludźmi. Gdy jednak wchodziłem do pokoju znajdującego się nad barem, w którym pan Mear postanowił spędzić noc byłem kimś zupełnie innym. Kimś nieprzyzwyczajonym, pomimo miejsca, w jakim się wychowałem, do bójek i przemocy. Wszystko, co do tej pory się działo, działo się obok mnie, nie dotyczyło nigdy tego, w czym brałem udział – podobnie jak ja byłem elementem wystroju baru, tak i dla mnie ci toczący, nawet bardzo zażarte walki, byli tylko tłem, które skrupulatnie ignorowałem: nie myślałem wtedy o tym jak teraz, nie pociągał mnie żaden rozlew krwi, nie cieszyło już niebezpieczeństwo. Zresztą… niepodobna, żeby mogło: nie czułem przecież tych ludzkich namiętności, w tym również pociągu do przygody, który jako dzieciakowi, pozwolił mi zobaczyć mojego lorda. Zaskoczyli mnie ochroniarze handlarza, czy może zwykli najemnicy, jak to tytułuje ich mój lord. Zresztą zgodnie z prawdą trzeba powiedzieć: gdybym wtedy znał się na ludziach jak dziś i potrafił rozpoznać najemnika, jego charakter, nie próbowałbym nawet się szarpać, tylko zaproponował korzystną w ich mniemaniu cenę. Ale nie wiedziałem o najemnikach zupełnie nic, po za tym, że to nie są nigdy mili ludzie. Schwytano mnie jak zwierzę pod boki i chociaż się nie bałem, to muszę przyznać, że chciałem wtedy tylko uciekać. Nie myślałem już o posiłku i głodzie: nie był silny, a przynajmniej nie bardziej, niż ten, jak wywołuje obiad postawiony na stole nawet, gdy wcześniej nie czuliśmy nic. Skąd mogłem wiedzieć, że mam w sobie moc, żeby się ich wszystkich pozbyć? Żeby jednym susem przerzucić ich zwaliste, tłuste cielska utytłane w kurzu i pocie przed siebie i dobić ich jednym, sprawnym, eleganckim ruchem, nie brudząc przy tym nawet tych drogich rękawiczek, jakie zacząłem nosić? Zresztą i bez przemocy można było ich uziemić kilkoma prostymi słowami, Melodią Zgubionych, jak to powiedział kiedyś jeden z moich rywali. Ale by grać trzeba znać nuty i mieć wprawne ku temu narzędzie, miękki głos rozchodzący się w odpowiedniej tonacji i łaskoczący swoje struny gdzie trzeba. Trzeba znać słowa, które nie urodzą się w sposób obrzydliwy i karykaturalny brudząc przy tym tapicerki i dywany, z dzikim wrzaskiem wypadając na świat i słońce, a wysuną się miękkim krokami z cienia i w sposób kuszący odsłonią krągłości liter, z których się składają. Nie znałem wtedy nawet kunsztu poruszania się kusząco i wprawnie, więc do głowy nie przychodziły mi też słowa, jakimi mógłbym tego dokonać. Będąc w zgodzie z prawdą: nie przychodziły do niej żadne sensowne słowa. Czy można nie zapłacić Yoggottcie? To chyba właściwe pytanie na tę okoliczność. Dwójka rosłych, tłustych mężczyzn trzymała mnie pod boki, trzeci kazał zabrać mnie na korytarz. Nawet nie zobaczyłem zza jego szerokiej sylwetki pana Meara. Nigdy wcześniej nie znajdowałem się w podobnej sytuacji… może kiedy ten lekarz mnie bił… może. Ale nie mogło się to równać z tą pułapką, w jakiej się znalazłem. Trójka dobre opłaconych najemników naprzeciw Yoggotty. Ach… gdyby stanęło pomiędzy mną, a moim lordem i tysiąc nikt by nie przetrwał: człowiek naprzeciw Yoggotty jest bowiem podobny do trzciny, stającej oporem przeciwko huraganowi. Ale nie wiedziałem o tym wtedy… nic nie wiedziałem, oprócz tego, że chcę jeść i że moje ciało musi być bezpieczne: to naprawdę niewiele informacji. Nie odpowiedziałem nic na ich uśmiechy, ani na rechoty. Nie byłem nigdy tak wygadany jak mój lord, nie potrafiłem odnaleźć właściwych słów, a nawet, jeśli i takie przychodziły to nie pozwalałem im wypełznąć na świat zbyt szybko, w obawie, by nie okazały się tylko kwintesencją ironii mojej sytuacji, jeśli przegram. Związali mnie i lali, nie pamiętam nawet jak długo. Omdlałem w trakcie tego procederu. Z bólu, czy może ze strachu – tak, strachu, którego od ponad roku wówczas nie odczuwałem. Wiem, że gdy się ocknąłem słońce dawno wisiało na niebie i wiem też, nie miałem siły wstać… nie mogłem, moje nogi nie chciały współpracować. Bolał kręgosłup, bardziej niż bolał… nieco ponad pośladkami – od tego bólu, w dół, nie mogłem się ruszyć, ale nie to mi chodziło po głowie: mój obiad odszedł. Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Byłem posiniaczony i zmęczony, w podartych, zakrwawionych ubraniach: tym gorzej, że zakrwawionych moją własną posoką. Pachniała obco niemal… zwróciłem na to uwagę. Zupełnie inaczej niż krew ludzka, krew Yoggott nie ma charakterystycznego metalicznego posmaku i zapachu – przypomina raczej zapach drewnianych wiórów sypiących się spod maszyn. Zapach zeschłych roślin. W ostateczności podobni jesteśmy im bardziej niż czemukolwiek innemu w przyrodzie: nic nie może nas już ocalić, a jednak trwamy na pomnik dawnych uciech. Nie ruszałem też trzema palcami prawej dłoni. Nie miałem zęba, lewej jedynki. Ale żyłem i myślałem: teraz uczucie ssania w przełyku przybrało na sile. Byłem głodny. Nie wstałem. Nie potrafiłem wtedy się pozbierać. Nie miałem sił, aby wołać o pomoc: zresztą, co bym powiedział? Pobito mnie? Mnie, nieśmiertelnego? Prawdopodobnie tylko dlatego przeżyłem: ponieważ byłem nieśmiertelny. Nierozsądnie byłoby wierzyć, że miałbym na to jakąkolwiek szansę bez tego. Znalazł mnie barman, nieszczęsny, tłusty barman, który poszedł sprawdzić, jaki bałagan zostawili po sobie odchodzący goście. Zabrał mnie stamtąd i położył na łóżku, na którym jeszcze tak niedawno spoczywał mój niedoszły obiad, nawet nie wiedząc, jaki ból mi tym sprawia. Zaczynało ssać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy czułem ten zapach… smaczny, dobry. Miał to, czego chciałem. Ale byłem bezsilny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Czy można nie zapłacić? Nie będę udawać, że wiem jak trzeba było się składać z powrotem, że to była błahostka i pomyślałem o tym od razu. Chciałem jeść i nic nie mogło mi stanąć na przeszkodzie. Oglądało mnie trzech lekarzy, żaden nie tłumaczył się z tego, co widział mi – wszyscy opowiadali o moim stanie barmanowi. Nie musieli mi nic mówić: wiedziałem doskonale co mi jest. W końcu i barman przyszedł do mnie i usiadł obok, na brzegu łóżka. - Jesteś sparaliżowany Inteligenciku… nigdzie już nie pojdziesz. Doktory mówią żeśta kręgosłup połamali i tera nic się nie da zrobić. Ale nie martwa się tam… patrzta, jaki ci piękny wózeczek żem sprowadził… nie masz ta co się martwić. Znajdziemy ci ta jaką robotę… nie chciałbyś tu czasem za strawę i nocleg liczyć towarów? – mówił, cały czas mówił, jakby wierzył, że naprawdę nie wiem, co mi jest. Potem przyprowadził wózek… drewniany, niewygodny wózek i posadził mnie na nim. Nie odzywałem się wcale, bo jakie ma znaczenie to, co miałem do powiedzenia. Sprowadził mnie z wózkiem na dół, po schodach, kończących się po prawej od wejścia, zaraz przy barze. Nieszczęsny pan Fetratenbauden, wszystkim znany, jako Freta. Nigdy nie przypominał mi tego uroczego zwierzątka… bardziej raczej zmęczonego psa, albo sędziwą małpę. Nie pasowało do niego to skomplikowane imię wcale: był prostym człowiekiem, doskonale wiedzącym, komu się kłaniać. Przez lata pacy w tym miejscu nauczył się doskonale jak działają ludzkie charaktery… tego, co i ja wiem dzisiaj: dokładnie tak samo jak wiedział on. Gdy był obok znosząc mnie… zapachniał mnie wtedy. - Proszę pana… jestem głodny – wyrzęziłem świszcząc przez dziurę po zębie. Naiwnie uśmiechnął się i pokręcił głową. - Nakarmię cię Inteligenciku. Co byś chciał? Mam świetną potrawkę z mięsa trzewnego… - zrozumiał, chyba, że chcę czegoś konkretnego, bo przerwał na moment przypatrując mi się. – Maszta na coś ochotę? - Tak proszę pana. Ma pan coś bardzo smacznego… będę dozgonnie wdzięczny, jeśli mi pan to da… do tego potrzeba mi tego na piśmie. Mam druk w kieszeni… niech pan podpisze i powie, o czym pan zawsze marzył… tylko krwią. Proszę – mówiłem słabo patrząc mu w oczy. Och, dzisiaj zrobiłbym to o wiele wprawniej, z odpowiednią gracją i ukłonem. Zjadłbym posiłek jak należy, a nie licząc na łut szczęścia, licząc, że ciało znów się rozleci, a ja ulepię nowe. Barman znał mnie od dawna, od dziecka właściwie, bo odkąd pierwszy raz wszedłem do baru i siedziałem tam gapiąc się w lakierowany blat tak, jakby był z czystego złota. Lubił mnie, traktował dobrze, jak mało kto później: lubił mi pomagać, lubił mówić i tłumaczyć. To on mnie poznał, gdy wspomniał komuś o Inteligenciku, a ja się odwróciłem. Był chyba moim przyjacielem, chociaż trudno być pewnym: na Leokasji nigdy nic nie wiadomo. Patrzył na mnie zdziwiony, unosił brwi do góry, uchylał usta. Myślę, że już dawno się domyślił o co mi chodzi… wiem to. W barze było tego dnia dużo gości, jego pracownica nalewała drinki i kufle z piwem, kilku facetów strzelało do tarczy na ścianie i żaden nie chybiał, ani razu, dwie prostytutki zabawiały starego faceta siedzącego przy wejściu. Był zupełnie łysy, tak, że jego skóra odbijała światło, podobnie do wypolerowanego szkła, ale dysponował przepiękną białą brodą. Grało radio jakąś rzępolącą piosenkę na gitarę klasyczną, nucił ją też jakiś młody rudy chłopak przy barze palący papierosa. Światło wdzierało się przez brudne, wąskie okno przy drzwiach, podzielone stelażem na mniejsze okienka, nie większe od rozłożonej dłoni. Sztuczne drzewko przy moim stoliku stało dzisiaj trochę krzywo, ktoś musiał je potrącić wcześniej. Wszystko było jak zawsze, co jakiś czas ktoś zerknął na nas przelotnie. Nic się nie stało: to tylko barman i ten chłopak, którego pobili w nocy… oni słyszeli jak się szamotam, bar był otwarty całą noc, ale nikt nie wszedł tam, żeby mi pomóc. Tylko na jego twarzy malowało się zaskoczenie. Wiedział, o co proszę, wiedział, dlaczego byłem u góry. Słuchał, gdy układałem się z handlarzem. Yoggotty mają swój honor, ale przychodzi on dopiero z wiekiem i rozumem. I z uczuciami – gdy nic się nie czuje nie sposób też postępować według zasad. Wyjął z mojej kieszeni kartkę, przeczytał i chwilę patrzył mi w oczy, spokojnie, prawie tak jak robiła to matka. Trzeba mi było pozwolić mu odejść, powiedzieć coś… ale głód ssał bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Podpisał. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że męczył mnie potworny głód, gorszy niż cokolwiek innego, gorszy jeszcze od tego strachu, jaki czułem, gdy moje ciało rozpadło się po raz pierwszy. Głód Yoggotty jest potworny, paraliżuje wszystkie zmysły i ssie w przełyku, zasysa skronie do środka, zakłada ciasną obręcz wokół mózgu i kładzie zmęczenie na oczy: a gdy rośnie i opadają wszystkie siły, w jakie uzbrojona jest każda szanująca się Yoggotta, czuć jak żołądek przyrasta do kręgosłupa, płuca się kurczą i ślina zasycha w ustach. Głód Yoggotty jest straszny, przynosi ze sobą myśli koszmarniejsze od samej śmierci i gorsze od tego, co czasami pokazuje mi mój lord. Czasami… bo czeluści jego umysłu przyćmiłyby sobą wszystkich mi podobnych. A więc głód. I niemoc. Ogarniała mnie z wszechmiar, nie miała początku ani końca, wiedziałem tylko, gdzie tkwi jej sedno. W wózku, ohydnie drewnianym, nielakierowanym, brudnym wózku. Takim samym, jak mieszkanie, w którym rosłem. Wsunął mi ten kwitek do kieszeni, a potem uśmiechnął się słabo. - Chodźmy na spacer – powiedział i wyprowadził wózek na zewnątrz, na kurz i słońce. Nic nie mówił pchając go przed siebie, aż na małe poletko kwiatów, żółtych kwiatów Latorcjum, jakimi mój lord doprawia swoje zioła, gdy je pije. Tam się zatrzymał i stanął przede mną. - Inteligenciku… naprawdę jej potrzebujesz, co nie? Ten staruch od księgi cię tak załatwił? Ten, co zostawił li ten kwarcyk? – mówił cicho rozglądając się na boki. Pokręciłem głową. Yoggotty muszą nauczyć się dopiero emocji od nowa, poznać, co jest dla nich dobre… dlatego najczęściej jesteśmy tacy zarozumiali i bezwzględni. Rozmawiamy przecież z jedzeniem, z niczym więcej. Mój lord wybudził mnie z tego stanu, jako pierwszy… wtedy jeszcze niczym się nie przejmowałem. Byłem głodny, pan Mear uciekł, więc co mi zostało? - Sam to zrobiłem i nie ma już odwrotu. Jak od pana podpisu… co pan za nią chce? Zapłacę – odpowiedziałem bez wahania. Nie zadrżał mi głos, nie drgnęła twarz. Barman kręcił głową. Może to słońce Leokasji wypaliło mu rozum do reszty, a może miał po prostu gorszy dzień. Może czuł się winny, że nie zatrzymał ich wtedy na piętrze, gdy pierwszy raz w życiu spotkałem się z takim przyjęciem? W istocie nie było potrzeby czuć się winnym: jako Yoggotta miałem nad nimi przewagę, tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy. - Nic nie chcę chłopcze. Jeśli to pomoże to problema nie było. Trwa wojna… i tak nie ma dokąd leźć jako się kipnie. Nigdy nic nie chcieliśta… weźta chociaż to – odpowiedział mi. Myślę, że to upał robił swoje. Upał i alkohol: bo jak można było nie chcieć niczego? Do tej pory nie rozumiem: to nie logiczne. Nie znaliśmy się przecież aż tak dobrze, jedynie u niego siedziałem. Nie odzywałem się, gdy nie pytali i zamawiałem po wielokroć wodę, czasem herbatę. Nie powiedziałem mu jednak wtedy, że powinien coś chcieć. Wyszeptałem wyuczoną na pamięć regułkę i wziąłem to, co wypadło. Tym razem dużo wprawniej nawinąłem ją na połamane palce i wsunąłem do ust i przeżuwałem, tak długo, aż ucichły jego słowa. Ciało osunęło się przede mnie na ziemię, a ja przestałem być głodny, przeżywałem swoją cichą ekstazę jedzenia, konsumowania i trawienia. Tym razem jednak nadal byłem swoim ulepionym, okaleczonym ciele, które nadal przykute było do wózka. Połamanymi palcami obracałem koła wracając do domu… bolało, ale nikt inny nie mógł już tego zrobić. Od dnia, kiedy mnie pobili minęły cztery doby. Trzy przeleżałem na piętrze, badany przez trzech różnych lekarzy, a czwartego pożarłem jedyną osobę, która na tej przeklętej i zapomnianej przez wszystkich planecie chciała mi pomóc. Czy można nie zapłacić Yoggottcie? Pytanie warte więcej, niż sama odpowiedź. Yoggotty zawsze się najedzą i zawsze dopilnują obiadu… czasami potrzeba na to jedynie czasu: takiego samego, jakiego potrzeba na to, by doszły do siebie. Byłem sam na własne życzenie, silniejszy, ponieważ najedzony i miałem tylko jeden cel: znaleźć mój obiad i oprawców - rozprawić się z nimi. Wiedziałem już to, co wiedział barman: wiedziałem kim są i co robią. I przysięgam na mój kontrakt z lordem, że nie spodobało mi się to samo, co teraz czyni mój doskonały lord z moją pomocą. Handlowali dziećmi… i mogłem coś z tym zrobić: ich szef należał do mnie.    

Chapter VII Hunger

To put oneself back together—each atom of the body placed, by one’s own hand, precisely where it belongs—is a simple task. Truly simple. Especially when one knows how it is done. It resembles, in some small measure, arranging one’s hair or adjusting one’s attire before stepping out. If one wears a body as one wears clothing, it acquires a far more agreeable nature: it interferes much less with whatever one intends to do.

Naturally, on that particular day I knew none of this. Indeed, I knew almost nothing at all. I did not even remember my own name. Something beginning with K. I believe… What am I? Who? And where?

The fear vanished of its own accord… and with it everything else. Or perhaps it was fear that left nothing behind and therefore departed. I was no longer afraid. I did not remember what I ought to fear, and to this day I cannot say: what, precisely, was so terrible in that moment? Perhaps it was not I who feared, but my soul, twisting in that very characteristic fashion of souls, protesting against the fate to which it had been condemned. Perhaps it was she who prolonged that incomprehensible unrest and dread—and when she had finally finished her pitiful wailing, I was free.

She must have suffered, though I never had the opportunity to ask her. Besides… that would have presented several practical difficulties. How, for instance, ought one address one’s own soul? My dear self? Sir? Dear soul? And what, precisely, would one say?

I had no body, and as I soon discovered, I did not truly possess a soul either. Slowly, laboriously, I began to assemble myself—misplacing certain fragments, correcting them again, proceeding with considerable difficulty. Everything resisted.

How is one to assemble one’s body without knowing the name one bears?

Everything possesses a name, regardless of what that name may be. Spells give them, evolution gives them, that creative force which ensures that a flower knows it must be a flower and continues to scent the air regardless of what others call it later. I had been a man—that had been my given name beforehand—but I was already entirely certain that I was no longer one. Nor was I Ko… Ka… nor anything my mother had once called me.

So what was I? How was I to assemble myself?

A rather amusing dilemma, viewed from my present perspective. I know very well who I am—Yoggott. I also know that neither name nor form carries the slightest importance. Creatures such as myself receive them from our masters. Although even in this I am not wholly obedient: I chose the form in which I appeared at that meeting, and the name with which I introduced myself to my lord.

I believe he rather likes the incarnation I selected. It suits the expectations he continues to raise for me. My perfect lord, who smells faintly of blood… I doubt that, had he chosen for me, he would have given me red hair and a delicate smile. Nor do I imagine his first thought would have been a figure like the one I adopted. Yet he has never once demanded that I change it, even after he understood perfectly well that such a change was possible.

Surowy szkic twarzy pulchnego blondyna o kanciastej żuchwie – pierwszej powłoki przybranej przez Cyrusa Desmondo po przemianie w Yoggottę. Styl mrocznej makabry i dark fantasy. Fig. 6. My First Molded Body

Before I had managed to assemble myself fully from the atoms scattered in such disorder, Mr. Asmodeus appeared. He was not angry, as I had expected, nor even particularly surprised. I was evidently not the only Yoggott who had become one through his agency.

He gathered me together with a certain amusement and a confidence that I sorely lacked. I felt what he was doing—how he shaped the matter—and I learned as he worked. Those were my first instructions. I learned to mold myself a body: an almost human shell, a covering meant to conceal the progressive decay of which the books speak. To conceal what I had become.

I did not resemble myself.

In the mirror hanging upon the wall of the room I saw someone entirely different: a somewhat plump blond fellow with hair cut to points and a square jaw. Not bad for a first attempt. The demon observed me, not particularly proud of our joint creation, though clearly curious what I would say next. He asked nothing. He simply stood and waited for my move.

“Then the agreement no longer stands, does it?” I asked in a voice wholly unfamiliar to me—rather harder than the one I had possessed before.

“You would need something with which to pay me,” the demon replied. “And you have nothing. Your soul fused with that of the mortal and ceased to be energy. It fashioned for you a monstrous carcass, which we have together hidden beneath a somewhat more pleasing skin. What do you intend to do now?”

Demons are not good companions in such matters. They resemble good friends in nothing. They do not advise gently. They are bored—something my lord has never been.

“I suppose… I should discover what my name is,” I said.

I felt no uncertainty, no fear. I had only just discovered that I was naked, yet even shame failed to appear. Many emotions to which I had once been attached were absent, but this did not concern me at the time. I felt only relief after so long a torment—though I did not remember the torment itself.

“That name you had is no longer current, since you are no longer human,” the demon replied. “Find someone who will give you another.”

“You are here,” I said. “So please—give me one.”

It did not sound much like a request.

Slowly, things were beginning to return to me: what had happened, who the man lying upon the bed had been, who now stood before me. Everything arranged itself piece by piece—except my name. I noticed something else as well. I remembered everything that Mr. Felister Macbrückner had known. Everything he had taught—I could explain it all exactly as he could.

I possessed his skills.

“Where are you from?” the demon asked.

The question struck me as absurdly comic. How was I to know where I came from when I did not know my own name?

“I do not know… from the world,” I answered mechanically.

And truly—how could I know? If one does not know what one is, nor what one is called, what possible importance can the place of origin have?

Another thought crossed my mind as well: what if I came from some revolting place? What if acknowledging it would humiliate me more than ignorance ever could? Some things are better left unknown. To this day I still do not know the name of the planet covered in the blossoms of miłobystrz, of which my mother spoke with such tenderness.

“Take the name Cyrus Desmondo,” the demon said. “It is a good one. It sounds as it ought—for a servant. You will no longer feed on food as you once did. Treat it as a pleasure, perhaps a diversion… you eat souls now, Cyrus. That is the price of your decision.”

He smiled—though all his eyes were directed toward the floor beside the bed.

Only then did I notice: as memories returned to me, a body was appearing there upon the floor. Slowly I recognized the features of that face. Gradually I understood what lay there.

My body of more than twenty years assembled itself slowly—thin, pale, lifeless.

My immortality lying in such a place, entirely defenseless.

Instinctively I knew what it was and what must be done with it. Through my skin I felt that my future existence depended upon that fragile, unpleasant body. Perhaps it is simply something Yoggotts know—just as tiny turtles hatching upon a beach know they must go toward the sea.

I knew I must leave.

And I feared nothing—not even Mr. Asmodeus. I was no longer human, and only humans truly fear their demons. Mine had created me—by accident, certainly, but nonetheless he had created me.

I lifted the body in my arms and left. Upstairs, then out to the surface. I paid little attention to the disgusted and frightened looks of others. I was not human, and therefore their opinions meant nothing to me—or perhaps I simply did not wish to think about them then. Today I would certainly answer them, calm them, perhaps request clothing. But not then.

I went home.

I did not wish to remain in that form, but I had no alternative. The house on the surface was empty—empty and full of dust, which I loathe profoundly. Sometimes I think that place taught me order more thoroughly than anyone ever could.

There I found a book describing how to open a portal—a portal to elsewhere, to somewhere I had never been, where no one knew anything of me. I had to flee. My body had to be hidden somewhere safe. As far away from here as possible—upon some alien world.

So I fled.

The place to which I went had blue earth and yellow leaves upon its plants. Colours depend upon the angle of sunlight, upon atmosphere, upon the roughness of surfaces, upon the structure of the eye… nothing truly changes.

I remained there a long time—over a year. During that time I built a chapel. A beautiful one. It was the only thing I did, day after day, between periods of sleep. I knew how, because Felister had known how.

I built it as a chamber without doors, with walls very thick indeed. It was necessary to protect the most precious thing I possessed. No longer my dead soul, nor even the body—but my immortality. The only thing left to me.

Afterward I returned to Leokasja and purchased clothing with the money that had once belonged to my mother. No one found it strange that I had arrived naked. On Leokasja one grows accustomed to such spectacles. Most often it is the result of revenge for an unpaid debt—or a lost wager.

I introduced myself by my new name. My posture changed little. I remained an element of the bar’s décor, merely with a different face and different hands. Even that was nothing unusual in a place visited by my lord, by angels, by demons, by Mr. Lucifer—and twice by my lord’s wife.

They say my perfect lord himself once came there with a new face and demanded to be obeyed all the same.

By then I remembered the name with which I had been born.

Kodar Antelon.

Even more ridiculous than one might expect.

They recognized me when I stared at the lacquered bar counter, and I did not deny it. Such things happen on Leokasja, and no one asks questions.

Sitting there I heard many things.

That my lord was dead. That civil war had erupted in Hell. That war now raged between Heaven and the demons. That the truce had been broken once more.

It is astonishing where one learns what truly happens in the higher spheres and what stakes are involved in their games. Not in the courts of the mighty, nor even in institutions as grand as the headquarters of the Union of United Planets.

No.

One learns such things where my lord conducts his business—where influence changes hands. In other words: upon the black market, whose capital at that time was Leokasja.

War always begins in places like that.

Vegetable growers and dress merchants do not debate it with passion. Those who can sell something to an army—or expand their reach—do. For arms dealers war is a perfect opportunity for smuggling. When people are afraid they will buy any weapon at all, whether they need it or not.

And so there was war. The spheres of influence now belonged to Mr. Conee. I would not see that immortalized man until much later, when my lord ordered me to speak with him.

Had that war not occurred, I would never have met Mr. Asmodeus—and my lord would never have had his wife. Nothing would have unfolded as it did.

But by then I had become something else entirely.

And I was hungry.

May 11, 2026

One thought on “Yoggotta Rozdział 7: Głód // Yoggotta Chapter 7: Hunger

  1. Cyrus ma wiele talentow jak widze. Ale rysowac to mu ciezko hehe.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

*

*